sobota, 19 listopada 2016
Raj w katedrze w Padwie
Giusto De' Menabuoi, Paradiso / Heaven - Raj, 1375-1376, Padova, duomo, Battistero
https://www.facebook.com/storiedellarte/?fref=nf&pnref=story
piątek, 18 listopada 2016
Odtworzą chrzest Mieszka sprzed ponad tysiąca lat. I to w Płocku!
16:14, 05.10.2016 | Małgorzata Rostowska
Nie
wiadomo, gdzie Mieszko I przyjął chrzest, a polanę z obrazu Matejki
można włożyć między bajki. Za to dzięki średniowiecznej księdze
odnalezionej przez przypadek w Sandomierzu można odtworzyć, jakie pieśni
zaśpiewano podczas liturgii odprawionej w tę najważniejszą dla polskiej
historii sobotę. W listopadzie usłyszymy je w płockiej katedrze. Po
raz pierwszy w Polsce! Mało tego - koncert poprowadzi słynny Marcel
Peres!
Mieszko I nie został ochrzczony w biały
dzień na polanie, jak chciał tego Matejko. Muzykolog i mediewista dr
hab. Jakub Kubieniec nie ma co do tego wątpliwości.
Mieszko wcześnie poszedł spać
Bardziej prawdopodobne, że zapadał już
zmrok. Władca Polan zapewne wszedł do kościoła w białej szacie. W ławie
uklękła Dobrawa. W ciszy świątyni rozległ się chorał gregoriański. Była
pewnie Wielka Sobota, bo przed wiekami właśnie wtedy odbywały się
chrzty. Rozpoczynała się liturgia wigilii paschalnej. Gdy było już po
wszystkim, polski władca pewnie był zmęczony. Musiał wcześniej położyć
się spać, by nazajutrz - snuje opowieść sprzed wieków prof. Kubieniec
- wstać na swą pierwszą w życiu rezurekcję.
Nie wiemy, czy nasz protoplasta został ochrzczony przez zanurzenie
w specjalnym baptysterium przypominającym sadzawkę we wnętrzu
kościoła, czy polano mu głowę nad chrzcielnicą. Ba, nie wiemy nawet,
czy stało się to w Gnieźnie, Poznaniu, Ostrowie Lednickim czy
Ratyzbonie. Za to można odtworzyć z dużym prawdopodobieństwem liturgię
chrzcielną pierwszego polskiego władcy i wykonane wówczas śpiewy.
Właśnie je usłyszymy w płockiej katedrze w wykonaniu słynnego Marcela
Pérèsa oraz zespołów: Jerycho i Bractwo Różanego Wianka już w
listopadzie.
Wszystko dzięki muzykologom - dr. hab.
Jakubowi Kubieńcowi i dr. Bartoszowi Izbickiemu, a także miastu, które
przystało na ich niecodzienną propozycję. Brzmiała ona mniej więcej
tak: Zaśpiewamy to, co 1050 lat temu słyszał Mieszko I, Dobrawa,
biskupi z zagranicy i cała świta podczas chrztu.
Niespodziewane odkrycie. A wszystko przez pomyłkę
Cały projekt, który realizują obaj
panowie, miał wyglądać nieco inaczej. Ale plany zmieniły się, gdy w
Sandomierzu Jakub Kubieniec dokonał przez przypadek (wybrał się tam w
innym celu) niespodziewanego odkrycia w sandomierskiej bibliotece
diecezjalnej.
Okazało się bowiem, że gdy wziął do ręki
rękopis, opisany w katalogu jako antyfonarz z XVI wieku, wewnątrz
zamiast niego odnalazł o ok. 150 lat starszy graduał z połowy XIV w.!
-
Dla muzykologa jest jasne, że to dwa zupełnie różne typy ksiąg, ale
pomyłki w tym zakresie zdarzają się stosunkowo często zarówno w starych,
jak i nowych katalogach- mówi prof. Kubieniec.
W skrócie mówiąc - antyfonarz to księga godzin kanonicznych, a graduał - zbiór pieśni wykonywanych podczas liturgii mszalnej.
- Byłem bardzo zaskoczony odkryciem -
nie ukrywa wykładowca Uniwersytetu Jagiellońskiego. - Nie odnotowano go w
fachowej literaturze muzykologicznej, bo do tej pory, mimo
szczegółowych badań i kwerend m.in. ks. prof. Jerzego Pikulika, nikt nie
wiedział o jego istnieniu.
Średniowieczny graduał umknął badaczom i
przeleżał całe lata (a może wieki?) zupełnie zapomniany. Odnalazł się
teraz. W sam raz na 1050. rocznicę chrztu Polski.
Ceremonia trwała i trwała!
Zabytkowy rękopis przydał się w ustalaniu, jak od strony liturgii mogło wyglądać to wydarzenie sprzed ponad dziesięciu wieków.
- Cała kościelna uroczystość mogła
trwać nawet cztery - pięć godzin - ocenia prof. Kubieniec. - Było to tak
uroczyste i ważne wydarzenie, że zapewne nie szczędzono na nie czasu.
Zapewne po udzieleniu chrztu Mieszko
przystąpił również do sakramentu komunii św. i bierzmowania - przed
wiekami bowiem sakramenty inicjacji chrześcijańskiej przyjmowało się
jednocześnie. Do dziś tę tradycję przechowują Kościoły wschodnie.
Liturgia przybyła z Bawarii i Nadrenii
Średniowieczne księgi liturgiczne z
Bawarii i Nadrenii, które zdaniem badaczy miały największy wpływ na
polską tradycję muzyczno-liturgiczną u początków chrześcijaństwa,
zdradzają nam, jak mógł wyglądać obrzęd chrztu i wielkosobotnia msza.
- Choć dopiero Sobór Trydencki ujednolicił liturgię, rytuały nie zmieniały się wówczas tak szybko jak dziś, a różnice dotyczyły szczegółów jak sformułowanie słów w modlitwie czy liczba przyklęknięć - mówi Bartosz Izbicki.
Uczynny kopista zostawił nam w nutach wskazówki
Ale już wybór czytań i pieśni często
różnił się w zależności od diecezji. Informację o śpiewach liturgicznych
przynosi najstarszy zachowany w Polsce graduał z Wiślicy (czyli zbiór
śpiewów mszalnych) datowany na ok. 1300 r., a manusprypt odkryty
niedawno w Sandomierzu pozwala w pewnej mierze rozwikłać zapisane w
nutach zagadki o wykonaniu danych partii.
- Rękopis za pomocą niuansów notacyjnych
przekazuje nam cenne wskazówki wykonawcze dotyczące m.in. rytmu,
zdobień, wariantów melodii - mówi Bartosz Izbicki. - Jeśli na przykład
kopista zaznaczył nutę jako podwójną, a gdzie indziej występuje ona jako
pojedyncza, to możemy przypuszczać, że tu śpiewano ją jako dłuższą.
- Wszystkie te wskazówki są bardzo interesujące, bo zwykle te zapisy są bardzo ascetyczne - dodaje prof. Kubieniec.
Pewność mogłyby dać tylko... nagrania
Te dwa polskie rękopisy zostały
porównane ze źródłami bawarskimi i nadreńskimi - to przybliżyło badaczy
do odtworzenia śpiewów liturgii chrzcielnej Mieszka I.
Jak bardzo prawdopodobne jest to, że
faktycznie 1050 lat temu właśnie takie pieśni i właśnie w ten sposób
wykonane słyszał Mieszko I?
- Bardzo prawdopodobne - twierdzą zgodnie.
Czym musielibyśmy dysponować, by mieć pewność?
- Nagraniami - śmieje się Bartosz
Izbicki. - Inaczej zawsze będą pewne różnice. Nawet gdybyśmy porównali
wykonanie hejnału z wieży mariackiej dziś i sto lat temu, zauważylibyśmy
zmiany. A tu mówimy nie o prostej melodii, ale o zasobie setek śpiewów i
utworów, często przekazywanych z pamięci z pokolenia na pokolenie.
Trzon pozostał jednak ten sam.
Pieśni o ślepcu z płockich antyfonarzy
Jak zapowiada Bartosz Izbicki, podczas koncertu w Płocku pieśni i części mszy zostaną skrócone do godziny. Mają w tym wprawę.
-Dwa lata temu na Festiwalu Muzyki
Jednogłosowej przedstawialiśmy śpiewy ku czci św. Zygmunta, które
niegdyś wykonywane były jako całodobowe oficjum - wspomina Bartosz
Izbicki.
Do koncertu wybrano najciekawsze
fragmenty bogatej liturgii Wielkiej Soboty poszerzone o prolog, na który
składają się śpiewy związane z przygotowaniem do chrztu.
- Zaśpiewamy pieśni inspirowane
ewangeliczną historią spotkania przez Pana Jezusa ślepca w drodze do
Jerycha, a nawiązujące do legendy, zgodnie z którą do momentu chrztu
Mieszko był ślepy - zapowiada muzykolog. - Mówimy „legendy”, bo ta
opowieść zbyt często powtarza się w przypadku również innych
średniowiecznych władców.
Co ciekawe pieśni o ślepcu,
reprezentujące najstarszą warstwę chorału gregoriańskiego, zostały
zaczerpnięte z XV-wiecznych płockich antyfonarzy.
W programie koncertu są również m.in.
pieśni związane z obrzędem poświęcenia ognia, wielkosobotnie czytania i
kantyki, Litania do Wszystkich Świętych, a także pieśni związane
bezpośrednio z liturgią chrzcielną oraz następnie - części stałe mszy
Wielkiej Soboty. Na koniec wykonana zostanie antyfona „Quasi modo geniti
infantes” śpiewana podczas mszy w pierwszą niedzielę po Wielkanocy, gdy
dokonywano obrzędu zdjęcia przez nowo ochrzczonych białych szat, które
nosili przez cały tydzień.
Słynny Pérès. Po raz drugi w Płocku, po raz pierwszy z takim repertuarem
Koncert zostanie przygotowany podczas
warsztatów w Warszawie, które poprowadzi Marcel Pérès, ikona światowej
muzyki dawnej. To również on poprowadzi koncert finałowy w Płocku i
zaśpiewa partie solowe.
- To będzie pierwszy raz, gdy Marcel
Pérès wykona utwory zaczerpnięte nie ze starorzymskich czy korsykańskich
rękopisów, ale polskiego graduału - cieszy się dr Izbicki. - To
niebywałe, że muzyk tej klasy będzie pracował nad polskimi źródłami.
- Cieszę się, bo to wydarzenie wpisuje się w naszą dbałość o kulturę wysoką - podkreśla prezydent Płocka, Andrzej Nowakowski. - Ten koncert będzie z jednej strony fantastycznym zamknięciem obchodów 1050. rocznicy chrztu Polski, a z drugiej z radością przyjmą go ci płocczanie i mieszkańcy innych polskich miast, którzy uczestniczą w odbywającym się od przeszło 20 lat w Płocku Festiwalu Muzyki Jednogłosowej. Jestem przekonany, że zarówno repertuar, jak i nazwisko słynnego Marcela Pérèsa przysłużą się promocji naszego miasta w Polsce.
Koncert odbędzie się w czwartek, 10 listopada o godzinie 19.00 w płockiej katedrze. Wstęp jest bezpłatny.
Dr hab. Jakub Kubieniec - muzykolog, adiunkt w Instytucie Muzykologii UJ, badacz średniowiecznego chorału łacińskiego.
Dr Bartosz Izbicki - historyk i
muzykolog współpracujący z Zakładem Muzykologii Instytutu Sztuki PAN,
twórca Bractwa Śpiewaczego Vexilla Regis oraz zespołu Jerycho. Prowadzi
projekt badawczy polegający na opracowaniu i udostępnianiu
najważniejszych polskich rękopisów średniowiecznych. Wystąpił na płockim
FMJ w 2014 r. Od tego czasu z zespołem Jerycho wykonał ponad 40
koncertów prezentujących muzykę z polskich źródeł oraz wydał trzy płyty.
Marcel Pérès- światowej sławy
francuski muzykolog, kompozytor, autorytet w teorii i wykonaniu chorału
gregoriańskiego. Z założonym przez siebie zespołem Ensemble Organum
nagrał kilkadziesiąt płyt, cały czas ma pomysły na kolejne. Wystąpił na X
Festiwalu Muzyki Jednogłosowej w 2004 r. Robert Majewski określił ten
koncert mianem „największego wydarzenia artystycznego w powojennym
Płocku”.
Warsztaty i koncert są elementem
finałowym projektu "Chrzest Polski - muzyczne korzenie i dziedzictwo"
realizowanego przez Stowarzyszenie Muzyka Dawna w Jarosławiu w ramach
programu Narodowego Centrum Kultury "Chrzest 966".
(Małgorzata Rostowska)
http://portalplock.pl/pl/11_wiadomosci/13508_odtworza_chrzest_mieszka_sprzed_ponad_tysiaca_lat_i_to_w_plocku.html
czwartek, 17 listopada 2016
Polska: Wizyta ks. Karola Stehlina FSSPX
Polska: Wizyta ks. Karola Stehlina FSSPX
W dniach 11–13 listopada br. po raz pierwszy od czasu nominacji
na przełożonego azjatyckiego dystryktu Bractwa odwiedził Polskę ks.
Karol Stehlin FSSPX. W tych dniach dobrze znany polskim wiernym gość
odwiedził kolejno: kaplicę w Poznaniu, przeorat w Krakowie oraz przeorat
w Warszawie. Wizyta była połączona z prezentacją najnowszych książek
ks. Stehlina: Gwiazda przewodnia czasów ostatecznych. Mistyka Objawień Matki Bożej w Fatimie oraz Poświęcenie się Niepokalanej, które ukazały się nakładem Wydawnictwa Te Deum.
Całe spotkanie przebiegło w bardzo radosnej, czasem wzruszającej atmosferze. Przekraczając rano skromne progi naszej kaplicy ks. Stehlin powiedział: „Wydaje mi się, jakbym był tu wczoraj”…
Zapraszamy do obejrzenia galerii zdjęć.
W kazaniu podczas uroczystej Mszy św. ks. Stehlin nie ukrywał swojej tęsknoty za Polską, której oddał 20 lat życia i gorliwej działalności duszpasterskiej. W wykładach dla wiernych opowiadał o swoich nowych zadaniach: nawracaniu mieszkańców Azji oraz budowaniu na całym świecie Rycerstwa Niepokalanej Tradycyjnej Obserwancji. W przerwach między wykładami do ks. Stehlina ustawiała się długa kolejka po autograf. Można też było posilić się różnorodnymi ciastami, sałatkami i kiełbasą na gorąco. W przygotowaniu tych smakołyków i sprawnej obsłudze kuchni niezastąpieni okazali się członkowie, a zwłaszcza członkinie MI.
Również w Warszawie miała miejsce ceremonia przyjęcia nowych rycerzy – tego zaszczytu dostąpiło ok. 100 osób.
Chyba nie trzeba dodawać, jak powszechna wśród wiernych stała się opinia, że ks. Karol powinien odwiedzać Polskę znacznie częściej. Niecierpliwie czekamy!
Galeria zdjęć z pobytu ks. Stehlina w Warszawie.
https://news.fsspx.pl/2016/11/polska-wizyta-ks-karola-stehlina-fsspx/
Poznań
Spotkanie rozpoczęła uroczysta Msza św. śpiewana ku czci św. Marcina; po niej odbyło się spotkanie z ok. 200 wiernymi z Poznania i okolic, a także z Bajerza, Szczecina i Łodzi. Na miejscu przygotowano ciepłe napoje oraz smaczny poczęstunek, na który składały się sałatki, ryby, ciasta, a także przysmak dnia – rogale świętomarcińskie. Po pokrzepieniu ciał zgromadzeni udali się do położonego nieopodal Centrum Konferencyjnego IOR, gdzie czekała na nich uczta duchowa: dwa wykłady ks. Stehlina o tematyce fatimskiej i Rycerstwie Niepokalanej oraz jeden o apostolacie Bractwa w Azji, połączone z prezentacja multimedialną. W czasie przerw można było nabyć nową książkę i otrzymać autograf autora. Na zakończenie, po powrocie do kaplicy, miała miejsce ceremonia przyjęcia do MI ok. 40 nowych rycerzy.Całe spotkanie przebiegło w bardzo radosnej, czasem wzruszającej atmosferze. Przekraczając rano skromne progi naszej kaplicy ks. Stehlin powiedział: „Wydaje mi się, jakbym był tu wczoraj”…
Zapraszamy do obejrzenia galerii zdjęć.
Kraków
Przeorat z trudem pomieścił prawie setkę osób, które tu zjechały z całego południa Polski, żeby znowu zobaczyć tak miłego a dawno niewidzianego gościa. Po wykładzie nt. Rycerstwa Niepokalanej i uroczystej Mszy św. nastąpił skromny poczęstunek (bigos i ciasta), podczas którego wierni mieli okazję porozmawiać przez chwilę z ks. Stehlinem i nierzadko zdziwić się, że ich jeszcze tak dobrze pamięta. Przez cały czas trwały poszukiwania wolnych egzemplarzy Gwiazdy przewodniej, żeby na nich uzyskać autograf autora – ostatecznie wszystkie paczki, które miały jechać do kaplic w Chorzowie i Wrocławiu, zostały rozparcelowane, a książki wykupione na miejscu. Po różańcu nastąpił wykład o apostolacie Bractwa w Azji (zapraszamy do jego odsłuchania), ilustrowany licznymi zdjęciami – nie obyło się tu bez pomocy ks. Anzelma, który musiał pacyfikować krnąbrny rzutnik. Następnie miał być jeszcze krótki III wykład, znowu o Rycerstwie, ale – zresztą ku zadowoleniu zebranych – znacznie się przeciągnął. Po nim wierni przeszli do kaplicy, by odnowić swoje milicyjne przyrzeczenia, a siedem osób złożyło je po raz pierwszy, przystępując do Rycerstwa Niepokalanej.Warszawa
Największym wyzwaniem dla ks. Stehlina okazało się jednak spotkanie z wiernymi w Warszawie – bowiem w niedzielę 13 listopada do przeoratu w warszawskiej Radości przybyło ok. 400 osób; znacznie więcej niż zwykle, gdyż pojawiło się wielu wiernych z innych kaplic, m.in. z Lublina, Olsztyna i Torunia. I oczywiście niemal każdy liczył przynajmniej na chwilę osobistego kontaktu z gościem…W kazaniu podczas uroczystej Mszy św. ks. Stehlin nie ukrywał swojej tęsknoty za Polską, której oddał 20 lat życia i gorliwej działalności duszpasterskiej. W wykładach dla wiernych opowiadał o swoich nowych zadaniach: nawracaniu mieszkańców Azji oraz budowaniu na całym świecie Rycerstwa Niepokalanej Tradycyjnej Obserwancji. W przerwach między wykładami do ks. Stehlina ustawiała się długa kolejka po autograf. Można też było posilić się różnorodnymi ciastami, sałatkami i kiełbasą na gorąco. W przygotowaniu tych smakołyków i sprawnej obsłudze kuchni niezastąpieni okazali się członkowie, a zwłaszcza członkinie MI.
Również w Warszawie miała miejsce ceremonia przyjęcia nowych rycerzy – tego zaszczytu dostąpiło ok. 100 osób.
Chyba nie trzeba dodawać, jak powszechna wśród wiernych stała się opinia, że ks. Karol powinien odwiedzać Polskę znacznie częściej. Niecierpliwie czekamy!
Galeria zdjęć z pobytu ks. Stehlina w Warszawie.
https://news.fsspx.pl/2016/11/polska-wizyta-ks-karola-stehlina-fsspx/
środa, 16 listopada 2016
Ks. Jean-Régis Fropo: posoborowy rytuał chrztu jest do kitu
Ks. Jean-Régis Fropo, francuski egzorcysta mówi bez ogródek: posoborowy rytuał chrztu jest do kitu
Posted by Marucha w dniu 2016-11-08 (wtorek)
I podaje konkretne przykłady osób ochrzczonych już w nowym rycie, które egzorcyzmował:1) mężczyznę z Karaibów, który został przeklęty przez znachorkę jeszcze podczas życia płodowego.
2) kobiety, u której demon podczas egzorcyzmów wyznał, że siedzi w niej od urodzenia, bo jej matka ją znienawidziła, jako nieślubne dziecko.
3) chłopak ochrzczony w wieku lat 13, którego matka podczas gdy była z nim w ciąży została brutalnie zgwałcona i od tego czasu w dziecko wstąpił demon.
4) chłopak, którego wuj jest kapłanem sekty satanistycznej i który wegnał weń demona tuż po urodzeniu.
7) Siedmioletnie dziecko z Korei, ochrzczone w wieku 4 lat. Od urodzenia dziwnie się zachowuje, pomagają tylko egzorcyzmy.
– za każdym razem zadając pytanie: dlaczego obrzędy chrztu świętego sprawowane według posoborowego rytuału nie zneutralizowały tego zła?
Czytelnicy Breviarium wiedzą dlaczego. Bo w posoborowym, lajtowym „rytualiku” Chrztu Świętego nie ma już egzorcyzmów. Jak pisze w swojej monumentalnej „Reformie Liturgicznej 1948-1975” o. Bugnini – zostały usunięte, żeby nie straszyć rodziców i chrzestnych.
Dowiadujemy się też, że jest wielu ginekologów i położników pracujących w szpitalach, którzy są członkami sekt satanistycznych, którzy poświęcają szatanowi wszystkie noworodki urodzone w tym samym momencie na całym świecie, wykorzystując do tego celu krew z łożyska.
Autor twierdzi, że Watykan jest świadomy problemu nieskuteczności obrzedów w nowym rycie (aha – Dextimus), a biskupi pochylają się z troską (czyli zlewają temat) , po czym poleca odłożenie posoborowego rytualiku na półeczkę i posługiwanie się starym, przedsoborowym.
Redakcja Breviarium również poleca stary ryt sakramentu Chrztu Świętego, sól i wodę egzorcyzmowaną i inne tego typu „wynalazki” znane w Kościele od wieków.
Napisał Dextimus dnia 5.11.16
Za http://www.hommenouveau.fr/1815/religion/nouveau-rituel-du-bapteme—le-cri-d-alarme-d-un-exorciste.htm
Więcej o nowym i starym rycie Chrztu Świętego można znaleźć na Internecie, np. szukając hasła „Nowy i stary ryt Chrztu”.
Admin
sobota, 12 listopada 2016
Wielkie cierpienie św. Faustyny Kowalskiej, w dniu 17.XII.1936 kiedy urodził się Jorge Mario Bergoglio
W „Dzienniczku” św. Faustyny pod datą 17 grudnia 1936 roku - jest to dzień narodzin obecnego papieża - czytamy:
17
XII [1936]. Dzisiejszy dzień ofiarowałam za kapłanów; w dniu tym więcej
cierpiałam niż kiedykolwiek: i wewnętrznie, i zewnętrznie. Nie
wiedziałam, że w jednym dniu tyle wycierpieć można. Starałam się
odprawić godzinę świętą, w której duch mój kosztował goryczy ogrójcowej;
walczę sama jedna, wsparta ramieniem Jego, przeciw wszelkim
trudnościom, które stają jak mury nieprzebite przede mną, jednak ufam w
mocy imienia Jego i nie lękam się niczego”
(cytat z „Dzienniczka”, nr 823)
czwartek, 10 listopada 2016
Kataklizmy i znaki - Franciszek
Kataklizmy i znaki
Data publikacji: 2016-11-06 06:00
Data aktualizacji: 2016-11-08 07:47:00
Jonas Ekstromer/TT
Mądrzy
ludzie mówią, że nie ma przypadków, są tylko znaki. Od czasu uderzenia
gromu w Bazylikę św. Piotra w feralny dzień ogłoszenia abdykacji
Benedykta XVI znaków ciągle przybywa: pękanie pastorału – symbolu władzy
pasterskiej – w ręku papieża Franciszka (po raz ostatni podczas
pielgrzymki do Sarajewa, wcześniej w Ziemi Świętej), runięcie papieża na
ziemię przed obliczem Pani Jasnogórskiej, choć kilkanaście minut
wcześniej adoracja Świętej Ikony odbywała się na siedząco. Coraz
wyraźniej odczuwane w Rzymie trzęsienia ziemi, które od lata pustoszą
Italię, a całkiem ostatnio (30 października) zrujnowały rodzinne miasto
Patrona Europy św. Benedykta. Legła w gruzach bazylika jego imienia, w
której Służbę Bożą sprawują benedyktyni także w klasycznym rycie
Kościoła. Z Nursji benedyktyni zostali wygnani przez Napoleona w 1810
roku. Powrócili w 2000 roku. Teraz przygniótł ich ten dramatyczny znak.
Parę dni wcześniej w Rzymie papież Franciszek uroczyście przyjmował
Marcina Lutra in effigie.
Coś niedobrego nadciąga – mówią te znaki. A może już nadeszło.
Wielu dojdzie do wniosku, że autor ulega „apokaliptycznemu myśleniu” (choć przecież Apokalipsa jest w kanonie Pisma). Nie sposób jednak nie odnieść wrażenia, że za sprawą Stwórcy niebo (gromy) i ziemia (wstrząsy) o czymś chcą powiedzieć, a właściwie na coś odpowiedzieć. Między znakami mamy bowiem niespotykany w dziejach Kościoła zamach na sakramenty święte (Sakrament Ołtarza i małżeństwa w pierwszej kolejności) w postaci decyzji podejmowanych na synodzie ds. rodziny, a później opisanych w adhortacji Amoris laetita. Dzisiaj z ust wpływowych, najbliższych współpracowników papieża Franciszka słyszymy, że oznacza to dopuszczenie osób rozwiedzionych i żyjących w „związkach cywilnych” do Komunii Świętej (kardynał Kasper).
Jednostronny obraz historii
Mamy zatem do czynienia nie tylko z próbą rehabilitacji rozbicia jedności Kościoła przez protestancką reformację z tłumaczeniem, że Luter „chciał dobrze” i „działał w stanie wyżej konieczności” (tako rzecze w swojej najnowszej książce o twórcy reformacji jego rodak i duchowy brat, kardynał Kasper). Okazuje się, że to mało. Otóż 31 października (w przeddzień nastąpiło zniszczenie rodzinnego miasta św. Benedykta) w Lund dowiedzieliśmy się, dzięki wspólnej katolicko-luterańskiej deklaracji podpisanej przez papieża Franciszka, że „katolicy i luteranie wspólnie ranili jedność Kościoła”.
Jezuicka przebiegłość! Jakże nasi „bracia odłączeni” dali sobie wmówić tak jednostronny obraz historii! Przecież od niemal pięciu wieków wiadomo, że winni są tylko katolicy. Kim był Marcin Luter, gdy rozbijał jedność Kościoła? Księdzem katolickim. Kim był Ulrich Zwingli, twórca reformacji w Szwajcarii? Księdzem katolickim. Kim był Albrecht Hohenzollern, twórca pierwszego państwa luterańskiego? Wielkim mistrzem katolickiego zakonu Najświętszej Maryi Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie. Kim był król Anglii Henryk VIII? Katolikiem i już po zerwaniu z Rzymem uważał się, aż do swojej śmierci, za katolika. Kim byli biskupi, którzy (z wyjątkiem jednego) potulnie zatwierdzili tytuł Henryka VIII jako „Głowy Kościoła w Anglii”? Biskupami katolickimi. Z jakiej rodziny wywodził się Jan Kalwin? Z tzw. porządnej, katolickiej rodziny z Noyon (ojciec Kalwina był kościelnym notariuszem). Należy więc uznać, że deklaracja z Lund cofa nas na drodze ekumenicznego dialogu, utrwala niedobre schematy, zamiast otwierać na nowe wyzwania i wytyczać perspektywy prawdziwie owocnego dialogu. Czegóż jednak można było się spodziewać po deklaracji podpisywanej przez duchowego syna św. Ignacego z Loyoli – głównego szermierza kontrreformacji?
Ale żarty i ironia na bok. Odbrązawiacze „duchowego dorobku” reformacji podkreślają, że były co prawda „pewne nieprzyjemne incydenty”, wszakże ciąg wydarzeń rozpoczętych w 1517 roku przez Lutra, doprowadził do duchowego „ubogacenia” i był – jak ostatnio słyszymy – „działaniem w stanie wyższej konieczności”.
Dramatyczne „incydenty”
Reformacja była ciosem w Ciało Chrystusowe. W te mistyczne – czyli w Kościół – i w te jak najbardziej realne – w Najświętszy Sakrament. Jego systematyczne profanowanie przez zwolenników reformacji to właśnie te „dramatyczne incydenty”, o których przelotnie wspominają tak aktywni dzisiaj po stronie kościelnej rozmaici advocati diaboli.
Wspomnijmy więc dwa, bardzo konkretne „incydenty”. Cytuję dwa fragmenty książek nie należących bynajmniej do kategorii katolickiej apologetyki.
Pierwszy dotyczy napadu protestanckiego tłumu na katolicką katedrę w Antwerpii na początku antyhiszpańskiej rewolty w drugiej połowie szesnastego wieku: „Wysoko nad głównym ołtarzem znajdował się wizerunek Zbawiciela wyrzeźbiony w drewnie i umieszczony między figurami dwóch łotrów, z którymi go ukrzyżowano. Motłochowi udało się zarzucić sznur na szyję Chrystusa i ściągnąć go w dół. A potem ludzie rzucili się na Niego z toporami i młotami rozbijając na tysiące kawałków. Oszczędzono obu łotrów, jakby mieli być świadkami dokonującego się u ich stóp gwałtu”. I dalej: „Gwałtom dokonywanym przez świętokradców towarzyszyły niegodne postępki, które mogły świadczyć o ich pogardzie do dawnej wiary. Pewien naoczny świadek powiada, że wzięli z ołtarza opłatek [Najświętszy Sakrament – G.K.] i włożyli papudze do dzioba. Inni zbierali na stos obrazy świętych i podpalali je lub też kładli na nich kawałki zbroi i deptali. Inni zakładali szaty skradzione z kościołów i biegali w nich po ulicach. Inni jeszcze smarowali księgi [liturgiczne] masłem, by łatwiej się paliły” (A. Wheatcorft, Habsburgowie, tł. B. Sławomirska, Kraków 2000, s. 114).
Drugi fragment opisuje instalację nowego protestanckiego porządku w Genewie: „Odbywa się to wszystko w dość niespokojnej atmosferze: w roku 1532 jeden z obrazów Maryi Panny krwawi z ran, jakie mu zadano. Przeniesiony do kościoła Świętej Magdaleny w Genewie staje się przedmiotem kultu, zaskakującego w tym czasie Reformacji. 1 maja 1534 roku zostaje natomiast okaleczony posąg świętego Antoniego, któremu celowo wydłubuje się oczy. 8 sierpnia 1535 roku rozgrywa się scena prawdziwego zbiorowego szaleństwa, podczas której młodzi ludzie niszczą obrazy i przedmioty kultu, krzycząc: „Mamy bogów księżowskich, czy chcecie ich trochę?”. Tłum porywa następnie pięćdziesiąt konsekrowanych hostii i daje je do zjedzenia psu” (B. Cottret, Kalwin, tł. M. Milewska, Warszawa 2000, s. 131).
I teraz pytanie: do jakiego „duchowego ubogacenia”, do jakiej „odnowy Kościoła” mogło wieść zjawisko historyczne, które rozpoczynało się w ten sposób? Jakie „nadużycia” chciano w ten sposób zlikwidować? I dlaczego temu wszystkiemu towarzyszyły łzy Matki?
Grzegorz Kucharczyk
Coś niedobrego nadciąga – mówią te znaki. A może już nadeszło.
Wielu dojdzie do wniosku, że autor ulega „apokaliptycznemu myśleniu” (choć przecież Apokalipsa jest w kanonie Pisma). Nie sposób jednak nie odnieść wrażenia, że za sprawą Stwórcy niebo (gromy) i ziemia (wstrząsy) o czymś chcą powiedzieć, a właściwie na coś odpowiedzieć. Między znakami mamy bowiem niespotykany w dziejach Kościoła zamach na sakramenty święte (Sakrament Ołtarza i małżeństwa w pierwszej kolejności) w postaci decyzji podejmowanych na synodzie ds. rodziny, a później opisanych w adhortacji Amoris laetita. Dzisiaj z ust wpływowych, najbliższych współpracowników papieża Franciszka słyszymy, że oznacza to dopuszczenie osób rozwiedzionych i żyjących w „związkach cywilnych” do Komunii Świętej (kardynał Kasper).
Jednostronny obraz historii
Mamy zatem do czynienia nie tylko z próbą rehabilitacji rozbicia jedności Kościoła przez protestancką reformację z tłumaczeniem, że Luter „chciał dobrze” i „działał w stanie wyżej konieczności” (tako rzecze w swojej najnowszej książce o twórcy reformacji jego rodak i duchowy brat, kardynał Kasper). Okazuje się, że to mało. Otóż 31 października (w przeddzień nastąpiło zniszczenie rodzinnego miasta św. Benedykta) w Lund dowiedzieliśmy się, dzięki wspólnej katolicko-luterańskiej deklaracji podpisanej przez papieża Franciszka, że „katolicy i luteranie wspólnie ranili jedność Kościoła”.
Jezuicka przebiegłość! Jakże nasi „bracia odłączeni” dali sobie wmówić tak jednostronny obraz historii! Przecież od niemal pięciu wieków wiadomo, że winni są tylko katolicy. Kim był Marcin Luter, gdy rozbijał jedność Kościoła? Księdzem katolickim. Kim był Ulrich Zwingli, twórca reformacji w Szwajcarii? Księdzem katolickim. Kim był Albrecht Hohenzollern, twórca pierwszego państwa luterańskiego? Wielkim mistrzem katolickiego zakonu Najświętszej Maryi Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie. Kim był król Anglii Henryk VIII? Katolikiem i już po zerwaniu z Rzymem uważał się, aż do swojej śmierci, za katolika. Kim byli biskupi, którzy (z wyjątkiem jednego) potulnie zatwierdzili tytuł Henryka VIII jako „Głowy Kościoła w Anglii”? Biskupami katolickimi. Z jakiej rodziny wywodził się Jan Kalwin? Z tzw. porządnej, katolickiej rodziny z Noyon (ojciec Kalwina był kościelnym notariuszem). Należy więc uznać, że deklaracja z Lund cofa nas na drodze ekumenicznego dialogu, utrwala niedobre schematy, zamiast otwierać na nowe wyzwania i wytyczać perspektywy prawdziwie owocnego dialogu. Czegóż jednak można było się spodziewać po deklaracji podpisywanej przez duchowego syna św. Ignacego z Loyoli – głównego szermierza kontrreformacji?
Ale żarty i ironia na bok. Odbrązawiacze „duchowego dorobku” reformacji podkreślają, że były co prawda „pewne nieprzyjemne incydenty”, wszakże ciąg wydarzeń rozpoczętych w 1517 roku przez Lutra, doprowadził do duchowego „ubogacenia” i był – jak ostatnio słyszymy – „działaniem w stanie wyższej konieczności”.
Dramatyczne „incydenty”
Reformacja była ciosem w Ciało Chrystusowe. W te mistyczne – czyli w Kościół – i w te jak najbardziej realne – w Najświętszy Sakrament. Jego systematyczne profanowanie przez zwolenników reformacji to właśnie te „dramatyczne incydenty”, o których przelotnie wspominają tak aktywni dzisiaj po stronie kościelnej rozmaici advocati diaboli.
Wspomnijmy więc dwa, bardzo konkretne „incydenty”. Cytuję dwa fragmenty książek nie należących bynajmniej do kategorii katolickiej apologetyki.
Pierwszy dotyczy napadu protestanckiego tłumu na katolicką katedrę w Antwerpii na początku antyhiszpańskiej rewolty w drugiej połowie szesnastego wieku: „Wysoko nad głównym ołtarzem znajdował się wizerunek Zbawiciela wyrzeźbiony w drewnie i umieszczony między figurami dwóch łotrów, z którymi go ukrzyżowano. Motłochowi udało się zarzucić sznur na szyję Chrystusa i ściągnąć go w dół. A potem ludzie rzucili się na Niego z toporami i młotami rozbijając na tysiące kawałków. Oszczędzono obu łotrów, jakby mieli być świadkami dokonującego się u ich stóp gwałtu”. I dalej: „Gwałtom dokonywanym przez świętokradców towarzyszyły niegodne postępki, które mogły świadczyć o ich pogardzie do dawnej wiary. Pewien naoczny świadek powiada, że wzięli z ołtarza opłatek [Najświętszy Sakrament – G.K.] i włożyli papudze do dzioba. Inni zbierali na stos obrazy świętych i podpalali je lub też kładli na nich kawałki zbroi i deptali. Inni zakładali szaty skradzione z kościołów i biegali w nich po ulicach. Inni jeszcze smarowali księgi [liturgiczne] masłem, by łatwiej się paliły” (A. Wheatcorft, Habsburgowie, tł. B. Sławomirska, Kraków 2000, s. 114).
Drugi fragment opisuje instalację nowego protestanckiego porządku w Genewie: „Odbywa się to wszystko w dość niespokojnej atmosferze: w roku 1532 jeden z obrazów Maryi Panny krwawi z ran, jakie mu zadano. Przeniesiony do kościoła Świętej Magdaleny w Genewie staje się przedmiotem kultu, zaskakującego w tym czasie Reformacji. 1 maja 1534 roku zostaje natomiast okaleczony posąg świętego Antoniego, któremu celowo wydłubuje się oczy. 8 sierpnia 1535 roku rozgrywa się scena prawdziwego zbiorowego szaleństwa, podczas której młodzi ludzie niszczą obrazy i przedmioty kultu, krzycząc: „Mamy bogów księżowskich, czy chcecie ich trochę?”. Tłum porywa następnie pięćdziesiąt konsekrowanych hostii i daje je do zjedzenia psu” (B. Cottret, Kalwin, tł. M. Milewska, Warszawa 2000, s. 131).
I teraz pytanie: do jakiego „duchowego ubogacenia”, do jakiej „odnowy Kościoła” mogło wieść zjawisko historyczne, które rozpoczynało się w ten sposób? Jakie „nadużycia” chciano w ten sposób zlikwidować? I dlaczego temu wszystkiemu towarzyszyły łzy Matki?
Grzegorz Kucharczyk
Lubomierz: można już podziwiać bezcenne relikwie świętych
Można już podziwiać bezcenne znalezisko w kościele w
Lubomierzu. W parafii św. Maternusa B.M. kilka miesięcy temu natrafiono
na relikwie świętych, które gromadzone były przez około pięć wieków
przez siostry benedyktynki, założycielki klasztoru. Skarby znalazł
proboszcz w drewnianej skrzyni, ukrytej na plebanii kościoła. Zobaczcie
zdjęcia!



- To niezwykle cenne odkrycie. Niektóre z
odnalezionych przedmiotów pochodzą z XIV wieku - mówi w rozmowie z
Onetem ks. Erwin Jaworski. Oprócz relikwii świętych i błogosławionych, w
skrzyni znajdowały się również szaty i naczynia liturgiczne.
Ukryte skarby
- Siostry benedyktynki gromadziły relikwie świętych
od czasu powstania klasztoru w Lubomierzu. Wiedzieliśmy jedynie, że
znajdują się one w jednym z poklasztornych budynków - tłumaczy proboszcz
z parafii św. Maternusa.
Do odkrycia doszło kilka miesięcy temu. Na początku
odnaleziono 30 relikwii. Następnie rozpoczęła się akcja przeszukiwania
pomieszczeń, które nie były do tej pory odwiedzane przez nikogo. - Razem
z osobami ze Stowarzyszenia Klasztor Lubomierz przeszukaliśmy m.in.
strych i zakamarki kościoła i plebanii - dodaje kapłan.
Bezcenne relikwie świętych
Grupa poszukiwaczy natrafiła w końcu na stary
kufer, który znajdował się we wnęce w pomieszczeniu dawnego archiwum
parafialnego na plebanii. Jak się okazało, w jego wnętrzu znajdował się
bezcenny skarb - zbiór około 300 relikwii świętych błogosławionych i
męczenników.
- Większa ich część pozostała w oryginalnych,
starych relikwiarzach. Na odwrocie jednego z nich znajduje się wykaz
umieszczonych w nim relikwii. Ze spisanej ręcznie listy można odczytać,
że są tam relikwie św. Maternusa - patrona lubomierskiej parafii oraz
relikwie Świętych Apostołów: Piotra, Filipa, Jakuba, Bartłomieja,
Tadeusza, Mateusza, Macieja, a także Marii Magdaleny - mówi ks. Erwin
Janowski.
Starodruki z 1738 roku
Innym, równie cennym odkrytym w Lubomierzu skarbem
benedyktynek są starodruki. Wśród nich znajduje się prawdopodobnie
wrocławski "Mszał Rzymski Missale Romanum" pochodzący z 1738 roku.
Egzemplarz ten ma wysoką wartość historyczną także ze względu na
umieszczone w nim ryciny polskiego rytownika i ilustratora wielu prac
religijnych Bartłomieja Strachowskiego.
Teraz wszystkie odnalezione skarby można podziwiać w
kaplicy kościoła w Lubomierzu. Jak podkreśla w rozmowie z Onetem ks.
proboszcz Erwin Janowski, "prawdopodobnie jesteśmy jedyną w naszym kraju
świątynią z tak duża ilością relikwii świętych".
(DK)
http://wroclaw.onet.pl/lubomierz-bezcenne-relikwie-swietych-mozna-juz-podziwiac/wme8qn
środa, 9 listopada 2016
wtorek, 8 listopada 2016
"Kiedy ranne wstają zorze"
W II Rzeczpospolitej pieśń "Kiedy ranne wstają zorze" (autor: Franciszek Karpiński 1792 r.) śpiewana w Wojsku Polskim na porannym apelu. Tutaj w wykonaniu Chóru Lachmana (HARFA).
Subskrybuj:
Posty (Atom)












