czwartek, 27 września 2007

święty Stanisław Kostka





Święty Stanisław, młody nowicjusz, Jezuita, należy do Patronów Polski - ciekawa strona na ten temat:
http://www.stkostka-rypin.plock.opoka.org.pl/stkostka/patronindex4.htm

Wspaniałe świadectwo o jego śmierci wydał poeta polski, Cyprian Kamil Norwid. Wiersz został umieszczony w miejscu, skąd Królowa Aniołów w dzień swojego Święta zabrała swojego czciciela do siebie. Rzeźbę wykonał Pietro Le Gras.


W komnacie, gdzie Stanisław święty zasnął w Bogu,
na miejscu łoża jego stoi grób z marmuru
taki, że widz, niechcący wstrzymuje się u progu,
myśląc, że święty we śnie zwrócił twarz od muru
i rannych dzwonów echa w powietrzu dochodzi.


Nad łożem tym i grobem świeci wizerunek
Królowej nieba, która z Świętych chórem schodzi
i tron opuszcza, nędzy spiesząc na ratunek.
Palm, kwiatów wiele aniołowie niosą,
skrzydłami z ram lub nogą występują bosą.


Gdzie zaś od dołu obraz kończy się ku stronie,
w którą Stanisław Kostka blade zwracał skronie
jeszcze na ram złoceniu róża jedna świeci:
niby, że po obrazu stoczywszy się płótnie,
upaść ma jak ostatni dźwięk, gdy składasz lutnię.
I nie zleciała dotąd na ziemię - i leci.




"W roku 1714 papież Klemens XI wydał dekret kanonizacyjny, ale samego aktu kanonizacji dokonał w roku 1726 papież Benedykt XIII wraz ze św. Alojzym Gonzagą."

sobota, 22 września 2007

ORDO MISSAE


... w formacie *.doc i *.pdf. Format strony A5.



  1. DOC
  2. PDF

piątek, 21 września 2007

MATKA BOSKA BOLESNA



Święty Sylwan (1866-1938), mnich


« Obok Krzyża Jezusa stała Matka Jego »

Nie doszliśmy do pełni miłości Matki Bożej, i dlatego też nie możemy pojąć do końca Jej boleści. Jej miłość była doskonała. Miłowała bezgranicznie swojego Boga i Syna, a przecież równie wielką miłością kochała ludzi. I co przeżyła, kiedy ci ludzie, których tak kochała i których zbawienia do końca pragnęła, ukrzyżowali Jej umiłowanego Syna?

Nie możemy tego pojąć, gdyż nasza miłość do Boga i do ludzi jest zbyt nikła. Jak miłość Bożej Matki nie ma granic i przekracza nasze zrozumienie, tak Jej boleść jest ogromna i dla nas niepojęta.


" Dokąd poszedł Twój Umiłowany, o najpiękniejsza z Niewiast? Powiedz, dokąd zabrano Twego Ukochanego, abyśmy szukali Go wraz z Tobą. "
Antyfona z Liturgii na cześć Matki Bożej Bolesnej.



sobota, 15 września 2007

DEKLARACJA DOKTRYNALNA BRACTWA

___________________________________________

Deklaracja
J. E. Arcybiskupa Marcelego Lefebvre

- 21 listopada 1974 -

________________________________________________



Z całego serca, z całej naszej duszy, jesteśmy przywiązani do katolickiego Rzymu, strażniczki katolickiej wiary i tradycji koniecznych do tego, by tę wiarę zachować, do wiecznego Rzymu, nauczycielki mądrości i prawdy.

Odrzucamy natomiast i zawsze odrzucaliśmy podążanie za Rzymem o tendencji neomodernistycznej i neoprotestanckiej, który jawnie się ukazał w czasie i po Soborze Watykańskim II, we wszystkich płynących z tego Soboru reformach.

Te wszystkie reformy w istocie przyczyniły się i wciąż sie przyczyniają do zniszczenia Kościoła, do upadku Kapłaństwa, do zniszczenia Ofiary i Sakramentów, do zanikania życia zakonnego, do nauczania naturalistycznego, opartego na błędach Teilharda de Chardin, które króluje na Uniwersytetach i w Seminariach, do katechezy płynącej z liberalizmu i protestantyzmu, potępionych wiele razy przez uroczyste magisterium Kościoła.

Żaden autorytet, nawet najwyższy w hierarchii, nie może zmusić nas do porzucenia czy pomniejszenia naszej katolickiej wiary, jasno wyrażonej i wyznawanej przez Kościelne magisterium juz od dziewiętnastu stuleci.

« Gdybyśmy nawet my, mówi święty Paweł, albo Anioł z Nieba głosili wam coś innego, niż ja wam przekazałem, niech będzie wyklęty. » (Gal. 1, 8.)
Czy nie to powtarza nam dzisiaj Ojciec Święty? A jeżeli pojawia się pewna sprzeczność w jego słowach i czynach, jak i w czynach diecezji, wówczas wybieramy to, co zawsze było nauczane i zamykamy uszy na niszczące Kościół nowości.

___________________________________________________________________________________

Nie można w znaczący sposób zmienić « lex orandi » nie zmieniając jednocześnie « lex credendi ». Nowej mszy odpowiada nowy katechizm, nowe kapłaństwo, nowe seminaria, nowe uniwersytety, charyzmatyczny, zielonoświątkowy Kościół, a wszystko to w sprzeczności ortodoksji i odwiecznemu magisterium.

Ta Reforma, wypływając z liberalizmu, z modernizmu, cała jest zatruta: wynika z herezji i prowadzi do herezji, nawet jeżeli wszystkie jej akty nie są formalnie heretyckie. Jest więc rzeczą niemożliwą, by świadomy i wierny katolik przyjął tę Reformę i w jakikolwiek sposób się jej podporządkował.

_________________________________________________________________________________

Jedyną postawą wierności Kościołowi i katolickiej doktrynie, dla naszego zbawienia, jest kategoryczna odmowa przyjęcia tej Reformy.

Dlatego właśnie bez żadnego buntu, goryczy, żalu, prowadzimy dalej nasze dzieło kształcenia kapłanów, w świetle odwiecznego magisterium, przekonani, że nie możemy uczynić większej przysługi Świętemu, Katolickiemu Kościołowi, Ojcu Świętemu i przyszłym pokoleniom.

Dlatego też ze wszystkich sił zachowujemy to, w co wierzono i praktykowano zawsze co do wiary, moralności, kultu, nauczania katechizmu, kształcenia kapłanów, instytucji Kościoła, w Kościele wszystkich czasów i co zostało zapisane w księgach wydanych przed modernistycznym wpływem Soboru, oczekując, że prawdziwe światło Tradycji rozproszy mroki, które zaciemniają niebo nad wiecznym Rzymem.

Czyniąc tak, z łaską Bożą, pomocą Najświętszej Dziewicy Maryi, świętego Józefa, świętego Piusa X, jesteśmy przekonani, że pozostaniemy wiernymi Katolickiemu i Rzymskiemu Kościołowi, następcom Piotra i że okażemy się wiernymi rozdawcami « mysteriorum Domini Nostri Jesu Christi in Spiritu Sancto * ». Amen.


Mgr Marcel Lefebvre


* tajemnic Pana Naszego Jezusa Chrystusa w Duchu Świętym

środa, 12 września 2007

Apologia...

12 września 2007, N. Imienia Maryi.

APOLOGIA UCZNIÓW ARCYBISKUPA


Ostatnie decyzje Ojca Świętego, a szczególnie Jego Motu Proprio dotyczące Mszy świętego Piusa V, prowokują często dyskusje na temat Bractwa świętego Piusa X. Wiele się mówi o decyzjach przełożonych Bractwa, a i z ust samych „tradycjonalistów” nierzadko pada zarzut, że postawa Bractwa jest zbyt nieprzejednana. Dlaczego nie dążycie do praktycznej zgody, która otworzyłaby wam drzwi tak wielu kościołów, pytają zwolennicy „pokoju z Rzymem”. Aby tę postawę zrozumieć, trzeba się jednak cofnąć może nawet o kilkadziesiąt lat, trzeba stanąć z boku, a przede wszystkim, spojrzeć z poziomu nadprzyrodzonego, wyciągając nie tylko Sumę teologiczną świętego Tomasza, ale prosząc tego wielkiego świętego o światło na temat sensu i wielkości Kościoła, Prawdy oraz odpowiedzialności i misji każdego z katolickich biskupów.

SKĄD SIĘ WZIĘŁO BRACTWO

Każde Zgromadzenie ma swoje źródła, o które Kościół zawsze pyta, osądzając o jego przydatności i wielkości. Zawsze patrzy się uważnie na osobę założyciela, i zazwyczaj, a nawet zawsze, na potwierdzenie świętości Kościoła, Bóg posługuje się wielkimi świętymi, którzy zresztą powstanie Zakonu czy Zgromadzenia okupują zazwyczaj cierpieniem. Tak było ze świętym Dominikiem, Franciszkiem, tak było z reformą Karmelu, z założeniem Redemptorystów czy tysiąca innych pobożnych instytutów czy zgromadzeń, będących klejnotami w koronie Kościoła, lśniącymi głęboką pobożnością i świętością swoich członków. Istnieje też duch, duchowość, stanowiąca jasną ścieżkę, prowadzącą według Ewangelii, oraz cel, odróżniający jeden Zakon od drugiego.

Założycielem Bractwa jest, jak wiadomo, zmarły już Arcybiskup Marcel Lefebvre. Nie będziemy tutaj pisać o pięknych cnotach, jakie potwierdzają liczne świadectwa z całego świata, padające z ust nie tylko wiernych tzw. ruchu Tradycji. Przyjrzyjmy się samemu Zgromadzeniu i jego duchowości, zapytajmy, jaka ona jest i po co Kościołowi takie dzieło.

Arcybiskup przez wiele lat kształcił seminarzystów, już jako młody dość ksiądz, kiedy został najpierw profesorem w seminarium swojego Zakonu, a potem już jako Biskup, zakładając i wspomagając seminaria w Afryce. Często myślał, a i mówił, pisał o tym, że dobrzy księża są absolutnym warunkiem istnienia chrześcijaństwa, żarliwego chrześcijaństwa, i starał się, jak mógł, prowadzić i wzbudzać powołania. Widział bardzo dobrze konieczność całościowej, głębokiej kapłańskiej formacji, kształtującej tak umysł, jak i serce. Francuska szkoła duchowości była mu bliska, czerpał też pełnymi garściami z prostej i pięknej nauki Wielebnego Ojca Libermanna. Osią tej duchowości jest wiedza doktrynalna, tak istotna dla ukształtowania się katolickiego osądu i wrażliwości, miłość do Kościoła, do jego dogmatów, ale też życie wewnętrzne. To życie skupiało się przede wszystkim na liturgii, będącej „życiem samego Chrystusa”, na Mszy, to życie toczyło się przede wszystkim u stóp tabernakulum, przy Matce Bożej. Tą duchowością przesiąkał Arcybiskup, duchowością prostą, radosną i dogmatyczną, nieustannie rozważając dzieła Łaski, Tajemnice Trójcy i Chrystusa oraz Jego Matki, powracając do nauczania Kościoła i czerpiąc życie z Sakramentów. Duchowość ta, kontemplacyjna, ale zrównoważona, idąca do wiernych z wielką miłością, była, według Arcybiskupa Lefebvre, źródłem prawdziwego i owocnego kapłaństwa. Z wielką wdzięcznością, w swoich wspomnieniach, Arcybiskup pisał o profesorach z seminarium w Rzymie, dziękując im za zaszczepienie w nim miłości do Papieskiego nauczania, szczególnie do Encyklik, do zdrowej duchowości. Taki był jego ideał – ideał kapłaństwa, które czerpie ze źródła łask, które pochyla się nad nauką Kościoła.

WIEDZA BEZ DUCHOWOŚCI JEST BEZOWOCNA, DUCHOWOŚĆ BEZ WIEDZY – ŚLEPA

Taką też zasadę wpoili młodemu jeszcze seminarzyście Marcelemu Lefebvre jego duchowi mistrzowie. Szacunek do wszystkiego, co pochodzi od Kościoła, do Jego oficjalnej modlitwy, jaką jest liturgia, pogłębił się u Arcybiskupa właśnie w seminarium, gdzie długo był mistrzem ceremonii, przygotowując wszystkie liturgiczne uroczystości, opiekując się zakrystią i Sanktuarium.

TRADITIO

To wszystko, jak skarb, postanowił przekazywać dalej, widząc w tym po prostu konsekwencję sakr biskupich, obowiązek spoczywający na nim jako na księdzu i na katolickim Pasterzu. W Afryce kandydatom do kapłaństwa pragnął dać to, co otrzymał, co kochał: spuściznę Kościoła, Wiarę, Liturgię, Tradycję. Tradidi vobis ut et accepi, można powiedzieć. Podkreślał też jednak znaczenie cnoty nadprzyrodzonej Miłości, Caritas, którą zresztą był zafascynowany od pierwszych lat w stanie duchownym. Nie chciał, aby księża byli „suchymi dogmatykami”, nie na darmo zresztą hasłem jego episkopatu stały się słowa świętego Pawła: „Uwierzyliśmy Miłości”. Wiele razy powtarzał swoim wiernym, a potem kapłanom Bractwa, o potrzebie naśladowania Boga, który jest Miłością. „Jeśli nie będziemy Miłością, będziemy wynaturzeni” napisał w jednej ze swoich książek. „Ponieważ to Bóg nas stworzył na swoje podobieństwo, a Bóg jest Miłością”.

SOBÓR

Nadszedł Sobór i jego wypaczenia – Arcybiskup stał się w międzyczasie Przełożonym Zgromadzenia Ojców Ducha Świętego. Już wcześniej zaczęły się trudności, nowy, liberalny duch. Trudno było walczyć z tendencją misjonarzy, a nawet biskupów, do socjalizmu, do negowania społecznej nauki Kościoła. Po powrocie do Francji Arcybiskup ze zdumieniem zrozumiał, że sprawy mają się bardzo źle. Tendencje lewicowe przenikały myślenie francuskiego kleru. W seminariach fascynowano się zakazanymi niedawno teoriami. Na Soborze, wybierając pomiędzy odwiecznym nauczaniem, a nową, niejasną nauką, starszy już hierarcha powiedział jasno: nie mogę. Starał się, jak tylko mógł, podczas obrad Soboru, przeciwdziałać progresistom, ale skutek był niewielki. Kilka z soborowych dokumentów wyraźnie oddalało się od przejrzystej, katolickiej doktryny. Walka o liturgię również okazała się dramatem, biorąc pod uwagę, że definicja Mszy, jaką podano na samym początku, była po prostu protestancka.

Arcybiskup po Soborze postanowił przejść na zasłużoną emeryturę i pisać książki. Nie wiedział dla siebie miejsca w „nowym” Kościele i nie widział wcale zapowiadanych oznak wiosny. Zmiany napełniały go raczej smutkiem.

POCZĄTEK BRACTWA

Wówczas zgłosiło się do niego kilku seminarzystów, prosząc go o opiekę i kierownictwo, o pomoc w zostaniu prawdziwie katolickimi kapłanami. Po pewnym wahaniu Arcybiskup się zgodził, widząc swój obowiązek biskupa, obowiązek pracy dla Kościoła i przekazywania Wiary. Bractwo od samego początku miało być po prostu dziełem kapłańskim, szkołą kapłańskiej świętości w wierności odwiecznej nauce Kościoła i Jego świętej liturgii, oraz duchowości świętych. Założyciel nie zakładał niczego więcej, niczego nowego, ekscentrycznego, niezwykłego. W ciągu kilku lat liczba seminarzystów ciągle rosła, a seminarium żyło swoim życiem, życiem spokojnym, można powiedzieć, modlitwy, nauki, a czasami wypraw seminarzystów w góry, otaczających Ecône. Dzień do dzisiaj toczy się wokół porannej Mszy, wypełnia go nauka i modlitwa, wspólna i osobista. Nauka dogmatów, oparta na świętym Tomaszu, zakłada też obronę Wiary. Tego ostatniego moderniści nie mogli ścierpieć. Nie dość, że ten Biskup nie przyjął nowej liturgii, to jeszcze ich krytykował, jasno, wyraźnie i ze spokojem. Mówił, że nie umie słuchać ślepo Soboru, który nie zgadza się z poprzednim nauczaniem. I zaczęło się prześladowanie.

Powoływano się rzecz jasna na autorytet Soboru, na posłuszeństwo, które zresztą święty Tomasz nazwałby ślepym i nierozumnym. Przyjeżdżano z nowym mszałem, zapewniając starszego już hierarchę, że jeśli chociaż raz odprawi nową mszę, kłopoty znikną. Arcybiskup się modlił, zachowywał spokój i odpowiadał zawsze podobnie: nie mogę.· Musiałbym zaprzeczyć temu, w co wierzę. Aby przyjąć kontrowersyjne soborowe dokumenty, musiałbym zaprzeczyć katechizmowi, którego się nauczyłem jeszcze jako dziecko. Kto mnie zwolni z wyznawania Wiary jako chrześcijanina i z głoszenia jej jako biskupa? Nie umiał i nie chciał wpadać w sprzeczności. Dla niego nigdy nie istniał kompromis prawdy z błędem, nie istniała tak zwana wolność religijna. „Jak to się ma do pierwszego przykazania? Jakie prawa mogą mieć błędy? A co z Prawem Boga, odwiecznym Prawem do otrzymania Chwały od swoich stworzeń?” pytał. Na te argumenty zazwyczaj odpowiadano mu tylko: „Bądźcie posłuszni”...

„Co takiego robię?” pytał Arcybiskup. Odsłaniał prawdę o stanie Kościoła... zadając kłam optymistycznym teoriom progresistów.

DZIWNA WIOSNA

Problem sakr biskupich, do których doszło, zakładał właśnie stan konieczności, który rzecz jasna budził opór zwolennikom teorii „wiosny Kościoła”. Według nich, Kościół był właśnie w rozkwicie, miał mnóstwo katolickich biskupów, księży i seminarzystów i nie potrzebował wcale anachronicznego seminarium, które wciąż tkwiło w dawnej liturgii i cytowało chórem świętego Tomasza. Którego nie da się istotnie pogodzić z teorią ewolucji dogmatów, tak potrzebną hierarchom, bez obaw negującym podstawowe prawdy Wiary Katolickiej, chociażby dotyczące Nieba, Piekła, Czyśćca czy konieczności Chrztu. Nie mówiąc już o niezliczonych dziwactwach, wypowiadanych na temat Najświętszego Sakramentu, herezjach głoszonych o Matce Bożej, a nawet otwartych, zbiorowych buntach wobec Papieskiego nauczania dotyczącego chociażby aborcji czy święceń kobiet. Liturgiczne „innowacje” przeżywały właśnie swoje smutne apogeum, a ten starzejący się biskup chciał powrotu łaciny... Trudno jednak zaprzeczyć nie tylko statystykom, ale i temu, że dyscyplina czy duchowe życie w wielu seminariach przeżyło prawdziwy kryzys, bo centrum życia w wielu domach stał się niestety telewizor, a siostry zakonne masowo, we Francji, porzucały habity, nie po to, aby opuścić Zgromadzenia, ale po to, by ... chodzić do fryzjera. Wypowiedzi wiernych i sondaże, zwłaszcza w krajach zachodnich, wskazywały na coraz większą ignorancję wobec podstaw Wiary, albo wręcz świadome odrzucanie nauki Kościoła, Rzym zaś nabrał wody w usta, woląc publiczne przeprosiny, często nie za swoje zbrodnie, niż przyznanie do prawdziwego i strasznego w skutkach błędu, jakim były niektóre soborowe dokumenty i decyzje.

DUCHOWOŚĆ BRACTWA

Co się działo wówczas w Ecône i w kaplicach Bractwa? Przekazywano Katolicką Prawdę, a kapłanów karmiono kapłańską duchowością. Żyło się Sakramentami, pouczano o chrześcijańskich obowiązkach, o doskonałości, o Wierze. Niczego niezwykłego w kaplicach i seminariach by się nie znalazło – żadnych osobistych nauk, żadnych nowości czy „cudów”. Jedynym Cudem jest Najświętszy Sakrament i Msza, ołtarz, wokół którego skupia się wszystko, „Ofiara Pana Naszego, mistyczne odnowienie Kalwarii”. To jest centrum waszego życia, mawiał Arcybiskup. Sam chętnie spędzał czas przed tabernakulum. Pytany o duchowość Bractwa odpowiadał, jak zawsze, z rozbrajającą prostotą: duchowość Bractwa to duchowość Kościoła. Nie chcemy innej.

W SERCU KOŚCIOŁA – A DLACZEGO NIE Z RZYMEM?

Msza jest sercem Kościoła, mawiał założyciel Bractwa, nakłaniając zawsze seminarzystów i księży do szczerej i synowskiej modlitwy za Ojca Świętego. Dlaczego więc dzisiaj Bractwo nie chce skorzystać z ugody, nie zabiega o zniesienie sankcji, o zbliżenie do Rzymu? Bractwo nigdy nie uznało za słuszną ani ekskomuniki, ani innych kar. Uznawało zawsze, że nie można kogoś karać za szczere pragnienie ratowania Kościoła, za to, że Arcybiskup chciał stworzyć i uchronić od zniknięcia katolickie seminarium, przepełnione miłością do Kościoła, do dusz, uchronić od zniszczenia odwieczną Liturgię, której dzisiaj Jego Świątobliwość Benedykt XVI zwrócił należne jej prawa. Rzym musiałby przyznać, że Kościół przez zmiany i soborowe niejasności znalazł się na skraju przepaści, a w chwili sakr było to szczególnie jaskrawo widoczne. A na ten temat Rzym milczy, a czy duchowi synowie Arcybiskupa mogliby przyznać, że się pomylił, wiedząc dobrze, że jemu zawdzięczają swoje kapłaństwo i całą duchową drogę?

Ale to tylko jedna kwestia. Bractwo jest dziełem Kościoła, i tylko jemu służy, wychowując dobrych księży, którzy potem kierują wiernych na ewangeliczne ścieżki, ni mniej, ni więcej tylko tak, jak nauczali inni wielcy święci... Strzeże Prawdy, Sakramentów, Duchowości wszystkich czasów, nie tylko tej niedawnej, ale i wcześniejszej. Odważnie mówi o błędach. Również tych na samych szczytach hierarchii. Porzucenie tej misji byłoby minięciem się z powołaniem tego Zgromadzenia. O to przecież Arcybiskup walczył całe życie, o całą Wiarę, o odnowienie wszystkiego w Chrystusie, według słów świętego Papieża Piusa X. Bractwo pragnie właśnie dlatego dogmatycznej, teologicznej dyskusji, wiedząc, że przykład idzie przecież z góry, z Rzymu... wiedząc dobrze, że nie walczy tylko o małe, zaciszne miejsce choćby w katedrze, gdzie w błogim spokoju mogłoby celebrować Liturgię z największą nawet pompą, ale walczy o cały Kościół, o Jego duchowe dobro, jakim jest posłuszeństwo Bożej Prawdzie. Wszystko inne byłoby, wbrew pozorom, duchowym egoizmem i sprowadzaniem roli Bractwa do zapewnienia sobie spokojnej pozycji i nawet pewnego poważania...

Nigdy nie twierdził, że nowa msza zawsze jest nieważna, odżegnywał się od kategorycznych sądów, jakoby wszyscy poza „Tradycją” mieli trafić prosto do piekła, nie chciał mieć nic wspólnego z teoriami sedewakantystów. Tym niemniej chciał pozostać wiernym łasce swoich Sakr Biskupich, obowiązkowi zachowania i głoszenia Wiary, w porę, nie w porę, przestrzegania owieczek przed błędami. Zwłaszcza przed modernizmem, sączącym się w dusze, przed liberalizmem, przed protestancką mentalnością, którą przeniknięta została nowa teologia i praktyka liturgii i mszy. Ostrzegał przed tą nową, szeroką drogą łatwości, letniości, zgody ze światem, przyjemnościami i jego wszelkimi teoriami. Jednocześnie modlił się za Rzym, i starał nigdy niczego nie mówić od siebie, a zawsze opierać się na nauczaniu Magisterium, na dogmatach. Czy wolno nam chcieć być mądrzejszymi niż Rzym, chcieć go nawracać? Pytają niektórzy. Ponieważ Bóg jest Prawdą, a zadaniem Kościoła jest Jej przekazywanie, pytanie należy zadać inaczej: a czy Rzym potrzebuje nawrócenia?

LITURGIA I FSSPX - co myślał założyciel ?


Msza Pontyfikalna w szwajcarskim Seminarium Bractwa





wtorek, 11 września 2007

Seminarium w Econe


modlitwa przed Najświętszym Sakramentem
w kościele Bractwa Kapłańskiego świętego Piusa X
w Econe (Szwajcaria)

http://wwfr.seminaire-econe.com/

polecana...


Czyli jeszcze jeden ciekawy Tradycyjny serwis: http://introibo.bloog.pl

poniedziałek, 10 września 2007

Ewangelia na dziś

Dobrze pasująca do malutkiego stadka Tradycji...

Ewangelia według świętego Łukasza 12,32-34.




Nie bój się, trzódko mała, gdyż podobało się Ojcu powierzyć wam Królestwo. Sprzedajcie, co macie, a czyńcie jałmużnę. Czyńcie sobie trzosy, które nie niszczeją, niewyczerpany skarb w Niebiosach, gdzie złodziej nie przychodzi, a robak nie niszczy. Bo tam, gdzie skarb twój, tam też będzie serce twoje.


piątek, 7 września 2007

Arkadiusz Robaczewski - Msza powraca...



Drżą masoni i heretycy!




Ujednolicenie dogmatów, złagodzenie nauki moralnej, uproszczenie rytuału nie przyciąga niewierzących, lecz zbliża do nich.


N. G. Davila




14 września wchodzi w życie, ogłoszone przez Ojca św. Benedykta XVI kilka miesięcy wcześniej Motu Proprio Summorum Pontificum, zezwalające na sprawowanie Mszy św. w rycie trydenckim (klasycznym, rzymskim) bez wymaganej dotąd specjalnej zgody biskupa.


Od początku w większości wypowiedzi fachowców, a także – niestety – biskupów i księży, lekceważono ten dokument, próbując sprowadzić jego znaczenie do zaspokojenia resentymentu nielicznej garstki hobbystów – estetów, którzy nie rozumieją albo nie są zdolni przyjąć „powiewu Ducha”. Gest Benedykta XVI to marginalny, w gruncie rzeczy, niepotrzebny gest wielkoduszności wobec zbłąkanych maluczkich – zdają się mówić w swych wypowiedziach o nieznajomości łaciny i dokonaniach reformy liturgii.


Na takie pojmowanie zagadnienia „powrotu” Mszy rzymskiej nie pozwalają jednak słowa samego dokumentu. Papież bowiem przypomina wielką rolę jaką liturgia rzymska odegrała w kształtowaniu się nie tylko wiary i pobożności, lecz także kultury narodów: „W ten sposób święta liturgia sprawowana według zwyczaju rzymskiego ożywiała nie tylko wiarę i pobożność, lecz również kulturę licznych narodów. Wiadomo, że w swych różnych formach łacińska liturgia Kościoła, we wszystkich wiekach ery chrześcijańskiej, pobudzała życie duchowe niezliczonych świętych oraz umocniła wiele narodów w cnocie religijności i zapłodniła ich pobożność”.


Przypomina też, że Mszał św. Piusa V nigdy nie został zniesiony ani unieważniony. To prawda i – wyjaśnienie tego faktu pozostaje póki co zagadką i wyzwaniem dla historyków Kościoła – do dziś nie wiadomo, jak to się stało, że rozprzestrzenił się i zajął miejsce rytu trydenckiego nowy obrządek Mszy św. – Novus Ordo Missae (NOM), który, jak twierdzą fachowcy nie wypełnia wcale soborowej konstytucji o liturgii, a nawet od niej odbiega. Bo przypomnieć trzeba, że reforma liturgii nie jest bezpośrednim dziełem soboru watykańskiego II, ale komisji, która ukonstytuowała się już po jego zakończeniu. W jej skład wchodzili teologowie protestanccy (to oni nadawali ton pracom i byli zadowoleni z ich końcowego rezultatu), a przewodniczył jej Annibale kard.Bugnini – postać wielce kontrowersyjna, delikatnie rzecz ujmując. Warto wspomnieć o przyczynach owej „kontrowersyjności”: Papież Jan XXIII pozbawił go, z powodu nieortodoksyjności poglądów, funkcji wykładowcy liturgiki na Uniwersytecie Laterańskim; papież Paweł VI uczynił zeń przewodniczącego Komisji Liturgicznej Concilium, zajmującej się przygotowaniem reformy liturgicznej. Po przygotowaniu tej reformy papież wszedł w posiadanie informacji, że kard. Bugnini jest, od połowy lat 60, członkiem loży masońskiej. Usunął go z Kurii Rzymskiej i powierzył misję nuncjusza apostolskiego w Iraku. Kard Bugnini, jak się przypuszcza, zakończył swe życie samobójstwem.


To właśnie pracom owej komisji zawdzięczamy nowy mszał Pawła VI i NOM. Tryb ich wprowadzenia jak też same owoce od początku budziły kontrowersje wśród hierarchów. Kardynałowie Ottaviani i Bacci tuż po ogłoszeniu nowego mszału, przedstawili Pawłowi VI dokument, wypracowany przez wybitnych teologów, pt. „Krótka analiza krytyczna Novus Ordo Missae”. Czytamy w tym dokumencie: „NOM zarówno w całości, jak i w szczegółach stanowi znaczące odejście od katolickiej teologii Mszy św., sformułowanej podczas XXII sesji Soboru Trydenckiego, który przez ustanowienie precyzyjnych kanonów rytu wzniósł barierę nie do pokonania przeciwko wszelkiej herezji zdolnej zaatakować integralność misterium”. Niestety, osłabienie tych barier nie było roztropne, gdy mentalność nowożytna, ta sama, która wedle słów Rosy Alberioni, „wygnała Chrystusa” zyskała nieograniczony przystęp do umysłów katolików na całym świecie poprzez systemy edukacji, prasę, radio, telewizję, Internet. Kilkanaście lat później fakt reformy tak komentował Joseph kard. Ratzinger: "Byłem skonsternowany z powodu usunięcia starego Mszału, ponieważ czegoś takiego nie zna historia liturgii" (s. 130). "Pius V kazał przerobić istniejący mszał rzymski, tak, jak to odbywało się już w długowiekowej historii. Wielu jego następców przerabiało ten mszał, nigdy nie przeciwstawiając jednego mszału drugiemu (...) Teraz zaś (po reformie liturgii – red.) ogłoszenie zakazanym mszału, który był wypracowywany przez wieki, poczynając od czasów sakramentarzy Kościoła starożytnego, spowodowało wyłom w historii liturgii i jego następstwa mogły być tylko tragiczne. Jak to już zdarzało się wiele razy w przeszłości konieczność rewizji Mszału była w pełni sensowna i całkowicie zgodna z dyspozycjami soboru (watykańskiego II – red.). Ale tym razem (mowa o reformie liturgii po Soborze – red.) wydarzyło się coś więcej. burzono starożytną budowlę i tworzono inną. (...)Jestem przekonany, że kryzys, który przeżywamy obecnie, jest spowodowany upadkiem liturgii."(s. 133) I dalej: "Czy dla zwalczenia owej manii niwelowania wszystkiego i trywializowania nie można by pomyśleć o przywróceniu do użycia dawnego rytu? Samo to nie byłoby rozwiązaniem. Jestem oczywiście zdania, że należałoby o wiele hojniej udzielać prawa zachowania dawnego rytu wszystkim tym, którzy sobie tego życzą. Nie widzę zresztą, co miałoby być w tym niebezpiecznego lub nie do przyjęcia. Wspólnota, która ogłasza nagle jako ściśle zabronione to, co dotąd było dla niej czymś najświętszym i najwznioślejszym, oraz której przedstawia się jako coś niestosownego żal, odczuwany przez nią z tego powodu, sama stawia się pod znakiem zapytania. Jak można jej jeszcze wierzyć? Czy jutro nie zakaże ona tego, co dzisiaj nakazuje? (...) Tolerancja względem awanturniczych fantazji jest u nas prawie nieograniczona, za to praktycznie nie ma jej względem dawnej liturgii. Z pewnością w ten sposób znaleźliśmy się na złej drodze" (tamże).


Motu Proprio Summorum Pontificum jest manewrem, który ma doprowadzić do zawrócenia z owej „złej drogi”. Jego postanowienia nie są odgórnym nakazem, tylko odpowiedzią na realne potrzeby Kościoła. O ile kilkanaście lat temu, grupa wiernych gotowych do uczestnictwa w Mszy trydenckiej stanowiła nic nie znaczący margines, o tyle dziś są już w kilkunastu miastach w Polsce całe wspólnoty, które świadomie uczestniczą w liturgii rzymskiej. Co najważniejsze – wskazują tendencje rozwojową. Wprowadzaniu na początku lat 70. ubiegłego wieku reformy liturgii towarzyszył niebywały entuzjazm, w Polsce może nieco stonowany. Jednakże nikt z ówczesnych reformatorów nie spodziewał się zapewne, że trzydzieści lat po owych reformach zacznie w Kościele, w tym również w Polsce wzrastać pokolenie, które nie zna nowej Mszy. W tych miejscach, gdzie w Polsce jest odprawiana Msza Wszechczasów (trydencka) przychodzi coraz więcej młodych, rodzin, małżeństw. Są to małżeństwa, które mają dwoje, troje, nierzadko czworo dzieci; niektóre z tych dzieci są już w wieku, gdy zwykle przyjmuje się Pierwszą Komunię św. Rodzice ich szczycą się, że ich pociechy nie wiedzą, co to nowa Msza. Kto wie, czy za kilka, kilkanaście lat to nowa Msza nie będzie w Kościele marginesem? Na Zachodzie: we Francji, czy w Niemczech, Kościół żywy wśród wiernych to najczęściej ten, który czerpie z Mszy Wszechczasów.


Ową tendencję rozwojową wskazują też pojawiające się powołania kapłańskie. Pierwszy rok formacji w Seminarium Instytutu Dobrego Pasterza w Courtalain we Francji (powołany w dniu 8 września 2006 roku Instytut ma prawo do sprawowania wyłącznie liturgii trydenckiej i formowania kapłanów w oparciu o tradycyjne nauczanie Kościoła) ukończył kleryk Tomasz Wuczko, wywodzący się z lubelskiego środowiska tradycjonalistów. W tym roku do tegoż seminarium przejdą dwaj klerycy z Metropolitarnego Seminarium Duchownego z Warszawy, ks. Grzegorz Śniadoch i ks. Sergiusz Orzeszko. Jeden z nich za rok otrzyma tam święcenia kapłańskie, drugi diakonatu. Oprócz nich kilku Polaków rozpocznie w tym samym seminarium formację przygotowującą do kapłaństwa. Pracują tam zresztą polscy kapłani wyświęceni w Bractwie św. Piusa X, albo posługujący w tymże Bractwie, którzy przenieśli się do IDP. W Polsce pracuje dwóch kapłanów z Bractwa św. Piotra: ks. Wojciech Grygiel i ks. Andrzej Komorowski. Poza tym jest kilkunastu księży czynnie zaangażowanych na rzecz Tradycji: o. Krzysztof Stępowski CSsR z Warszawy, ks. kan. Krzysztof Podstawka z Lublina, czy x. Wojciech Grześkowiak ze Śląska, który prowadzi swą własną stronę internetową – choć o nim samym tam mało, więcej o Kościele i jego Tradycji. Zresztą, działalność w Internecie jest wcale pokaźna, prawie każde lokalne środowisko ma swą stronę. Od lat działają dwa serwisy poświęcone tradycji: www.fidelitas.pl i www.christianitas.pl. Istnieje też serwis www.sanctus.pl, na którym znaleźć można odsyłacze do wielu stron poświęconym Tradycji. Jest też od lat wydawane poważne czasopismo „Christianitas”, gdzie publikowane są poważne studia na temat Tradycji, kryzysu w Kościele i cywilizacji chrześcijańskiej. Wobec tych faktów jasnym jest, że tradycyjny ryt rzymski, po latach nieobecności, albo obecności marginalnej – wyraźnie się odradza.


Nic zresztą dziwnego – ma on bowiem w sobie ożywczą moc pochodzącą od samego Jezusa Chrystusa. To właśnie ów ryt kształtował wiarę i pobożność, a także, jak zaznacza w dokumencie papież – kulturę wielu ludów i narodów na przestrzeni wieków.

Czasami, gdy się słucha wypowiedzi niektórych liturgistów, a także hierarchów, nie można oprzeć się wrażeniu, że traktują dokument papieski, a także samą tradycyjną liturgię z nonszalancją, na jaką nie powinni sobie pozwolić. Czy dają wyraz ignorancji i niezrozumienia, gdy mówią, że Msza „po łacinie” się nie przyjmie, bo dziś już nikt nie zna łaciny? Wszak we Mszy „po łacinie” – Mszy trydenckiej – uczestniczyli wierni prości, niewykształceni, również młodzieńcy i dzieci, rycerze i żołnierze, którym język Imperium Romanum nie był dobrze znany. Mimo to uświęcali się oni, uczestnicząc w niej właśnie, otrzymywali łaski potrzebne do mężnego przeciwstawiania się złu, poświęceń jakich choćby w Polsce, wymagało przetrwanie w niełatwych warunkach zaborów, okupacji, w mrokach stalinowskiej nocy. Nie była to Msza tylko dla ludzi wykształconych, uświęcała ona i dawała łaski „prostaczkom”. Czy nasze babcie i prababcie, które przekazywały żywą wiarę, które wychowywały kapłanów i żołnierzy, świętych ojców rodzin, nie czerpały jej z Mszy trydenckiej? Do uczestnictwa w Mszy jest potrzebna otwartość na Boga i Jego działanie. Nie tyle konieczne jest rozumienie znaczenia słów, co znaczenia sensu – o tym rozróżnieniu często zapominają dziennikarscy i niestety, także duchowni komentatorzy tego wydarzenia, jakim było ogłoszenie Motu Proprio. Cóż z tego, że rozumiemy znaczenie, gdy nie rozumiemy sensu? Z pewnością wprowadzenie języków narodowych niewiele tu zmieniło: któż z wiernych rozumie sens słów wypowiadanych przez kapłana, choćby takich, jak: „Oto Baranek Boży”, albo któż, mimo iż wypowiada te słowa po polsku potrafi powiedzieć o co chodzi, gdy w Credo mówi: „Współistotny Ojcu”. Takich przykładów można by mnożyć, nie o to jednak chodzi. Uczestnicząc w Mszy św. uczestniczymy w Tajemnicy Ofiary. Czyż naprawdę można być tak naiwnym, by myśleć, że da się przetłumaczyć na jakikolwiek język świata tajemnicę, którą wyrażamy słowami: „On to dla nas, ludzi i dla naszego Zbawienia zstąpił z Nieba, przyjął Ciało z Maryi Dziewicy, i stał się Człowiekiem”, albo: „To jest Ciało Moje”. Z pewnością, dzięki Mszy św. sprawowanej w języku polskim nie rozumiemy lepiej Tajemnicy Eucharystii, Męki, nie widzimy wyraźniej, że odbywa się po raz kolejny, tym razem bezkrwawy – Ofiara Odkupienia. Tych Tajemnic nie da się przetłumaczyć na żaden język świata. Można je tylko kontemplować, wnikając w nie, w wielkiej aktywności ducha i czerpać, poprzez wewnętrzne zaangażowanie w uczestnictwo w tych Tajemnicach. Z pewnością, liturgia trydencka ze swoją majestatycznością, swym pochodzeniem wyraźnie „nie z tego świata” – do takiej postawy zdecydowanie bardziej przysposabia. Powinni to duszpasterze doceniać zwłaszcza dziś, gdy cały świat jest „antykontemplacyjny”, rozedrgany, pełen dźwięków, wydarzeń, hałasu, migających barw. Z tego powodu Msza powinna być w sposób wyraźniejszy inna niż rzeczywistość pozaliturgiczna. Powinna ułatwiać postawę wewnętrznego skupienia i kontemplacji – być w pewnym sensie ewangelicznym znakiem sprzeciwu wobec ducha tego świata, który z pewnością nie wspomaga w dążeniu do zbawienia.


Oczywiście, uczestniczenie w Mszy trydenckiej wymaga większego zaangażowania, trudu i wysiłku. Także od kapłana, który ją sprawuje. To naprawdę dużo kosztuje. Ale jak nauczał Jan Paweł II: „tylko to, co kosztuje, posiada wartość”, a także: „musicie od siebie wymagać, nawet, gdyby inni od was nie wymagali”. Dlatego z radością przyjmujemy na nowo odkryty i przywrócony skarb Mszy św. trydenckiej, który będzie nam dawał siły, byśmy nie tylko mogli od siebie wymagać, ale także tym wymaganiom sprostać.


Zobacz też:


Toplista Tradycji Katolickiej
Powered By Blogger