Tekst o protestantyzacji katolicyzmu czytaliście chętnie i wiele
razy, a zgodnie z obietnicą jego rozwinięciem będzie artykuł na temat
wpływów i przenikania ideologii marksistowskiej oraz komunizmu do
Kościoła. Taka kolejność wynika z konsekwencji wdrażania
protestantyzujących zmian, które umożliwiły dalszą modyfikację i
destrukcję katolicyzmu od środka.
Tak jak poprzednio, opieram się o analizy ks. Michała Poradowskiego –
teologa, socjologa, pedagoga i specjalisty w dziedzinie wszystkich
trzech religii biblijnych. Korzystam z jego książki “Kościół od wewnątrz
zagrożony”, którą można za kilka złotych zakupić na allegro i do czego
bardzo zachęcam. Została wydana w 1983 roku, dlatego tekst ten dotyczy
sytuacji na świecie z tamtego okresu, zanim prądy te pojawiły się
szeroko w Polsce.
Jeśli nie czytałeś poprzedniego tekstu traktującego o
protestantyzacji katolicyzmu, możesz to zrobić klikając poniżej w jego
tytuł:
Protestantyzacja katolicyzmu – 5 przemilczanych procesów
Co mam na myśli mówiąc “marksizacja” katolicyzmu?
Oskarżenia o tworzenie teorii spiskowych ze strony postępowych
katolików, gdy mowa o marksizacji wywodzą się prawdopodobnie z
niezrozumienia, czym ta marksizacja właściwie jest. Powszechna wiedza o
marksizmie jest tragicznie uboga, bowiem jednym Marks kojarzy się
wyłącznie z komunizmem na wzór rosyjski, który rzekomo już nie istnieje,
a innym wręcz przeciwnie – z wizją cudownego społeczeństwa pełnego
dobrobytu dla wszystkich, która “nie została zrozumiana” przez
komunistów XX wieku.
Jeśli chodzi o marksizację katolicyzmu,
mam na myśli tę
drugą, tragicznie nieprawdziwą i w konsekwencji niszczycielską wizję i
próby wtłoczenia jej w umysły katolików. W marksizacji katolicyzmu
chodzi właśnie o redefinicję pojęcia Królestwa Bożego w taki sposób, by
oznaczało ono socjalistyczne społeczeństwo przyszłości nie związane z
żadną religią, skupione wyłącznie na dobrobycie. Ma to być dobrobyt
wyłącznie materialny, fizyczny. Marksizacja wymaga więc
nauczenia ludzi, że Kościół to instytucja charytatywna, co w dobie
powszechnego niemal ateizmu lub “indywidualnej duchowości” staje się
bardzo łatwe.
Katolicyzm jako religię traktuje się coraz częściej jako zbędną
“nadbudowę” dodaną w celach politycznych i finansowych przez kler do
“bazy”, jaką według marksistów miało stanowić “prawdziwe” nauczanie
Jezusa.
Twierdzą oni bowiem – zgodnie ze swoim fundamentalnym założeniem o nieistnieniu świata duchowego –
że
Jezus był człowiekiem, którego celem było nauczenie ludzi służby innym.
Nie przyszedł więc, by mu służono, ale właśnie by samemu służyć i tej
postawy nauczać.
Z tej wizji będzie wynikała cała masa teorii wplatanych niestety w
katolicką teologię, które rozsadzają Kościół od środka czyniąc z niego
jedynie organizację charytatywną odartą z elementu nadprzyrodzonego. Co
najgorsze,
do całej tej manipulacji dobudowuje się elementy
pewnego braterstwa i podobieństwa z marksistami, którzy sami siebie
przedstawiają przecież jako obrońców biednych i uciśnionych – niemalże
więc naśladowców Jezusa-altruisty.
Jedyną zaś drogą, jaka prowadzi do wdrożenia socjalizmu jest jednak
rewolucja, toteż naturalną konsekwencją przyjęcia przez katolików
takiego punktu widzenia ma być przyłączenie się do niej.
Co mam na myśli, gdy mówię w tym kontekście o “teologii”?
Trzeba nadmienić, że produkowane przez niektórych teologów teksty o
wydźwięku marksistowskim wcale do teologii nie należą. Na tym jednak
polega problem, bo
ze względu na wykształcenie i teologiczną
specjalizację ci ludzie mogą “przepchnąć” całą masę szkodliwych teorii
sprzecznych z prawdziwym nauczaniem Kościoła. Przez wielu nie zostanie
to odrzucone właśnie przez fałszywy autorytet.
To typowa dla marksizmu strategia kształcenia “po swojemu” osób
darzonych później autorytetem (naukowców, polityków, ludzi mediów),
którzy korzystając z posłuchu prowadzą następnie działania propagandowe.
Jest od dekad znana i stosowana, a przede wszystkim diabelnie
skuteczna. Jako przykład ciągle przytaczam tu takie osoby, jak pani
“profesor” twierdząca, iż pary homoseksualne mają tyle dzieci, co
heretoseksualne lub więcej. Ta osoba nadal jest profesorem i nadal jest
słuchana przez nieświadome tłumy.
W epoce wojny informacyjnej
nie ma już znaczenia prawda, bo przekonania budowane są poprzez
autorytety, którym wierzy się bez względu na treść.
Ks. Poradowski za przykład takiej pseudoteologii, a w istocie po
prostu deklaracji ideowo-politycznych podaje dzieło “Teologia della
rivoluzione” Giuseppe Vacariego z 1971 roku, które już samym tytułem
pokazuje marksistowski charakter, a na dodatek zostało wydane przez
komunistyczną firmę Feltrinelli. Istnieje też wiele prac opisujących
“potrzebę” współdziałania komunistów i chrześcijan, jak np. “Theologie
des Kommunismus?” szwajcarskiego komunisty Konrada Farnera, które w
żaden logiczny sposób nie ma związku z teologią.
No dobrze, wiemy już, co mamy na myśli. Zobaczmy teraz, jakie procesy
marksizacji i komunizacji katolicyzmu ks. Poradowski zauważał już w
latach 80’, a które dziś osiągają nieporównywalnie większe “wyniki”.
Saduceizm czasów współczesnych
Ks. Poradowski, opisując ten problem zaczyna od przypomnienia nam, kim byli saduceusze chrześcijańscy.
Nie
wierzyli oni w zmartwychwstanie ciała, czego naturalną konsekwencją
było pojmowanie religii jako środka do zapewnienia sobie powodzenia w
życiu doczesnym. Nie był to ateizm, jednak niewiara w życie pozagrobowe
powodowała traktowanie religii w sposób magiczny i utylitarystyczny.
Pogląd ten, jakże by inaczej, istniał w chrześcijaństwie od czasów
Lutra, a współcześnie odnawiają go marksiści i stopniowo wprowadzają do
wewnątrz Kościoła.
Naturalną konsekwencją przyjęcia tego światopoglądu jest skupienie na
doczesności, co stanowi kolejny krok w stronę całkowitego porzucenia
duchowości. Religię będzie się uznawało za “dopalacz” w życiu doczesnym,
a więc po prostu narzędzie.
Marksiści uważają, że człowiek wierzący w życie wieczne jako okres
wiecznego szczęścia w obliczu Boga alienuje się, przestaje zwracać uwagę
na życie doczesne i materialne.
Zniszczenie idei wyrzeczenia
się świata, tak silnej w duchowości katolickiej musi więc być jednym z
kamieni milowych na drodze do marksizacji Kościoła.
Saduceizm chrześcijański ma więc konsekwencje bardzo zbliżone do idei
zbawienia bez względu na uczynki, choć postępuje jeszcze dalej. Jest za
to całkowicie sprzeczny z katolicyzmem.
Zainteresowani pseuoteologią saduceuszy chrześcijańskich mogą przyjrzeć się takim protestanckim teologom, jak:
- Dietrich Bonhoeffer
- Rosemary Radford Reuther
- P. van Buren
- J.A.T. Robinson
- Harvey Cox
- E. L. Mascall
Jeśli chodzi o teologów katolickich opisujących tego typu wypaczenia, są to:
- jezuita Robert L. Richard
- apostata (ex-dominikanin) Jordan Bishop McClave
Co ciekawe, “saducejskie” dzieła tych osób nadwyraz często zawierają w
tytule słowo “sekularyzacja”, tak dosadnie opisujące procesy dotykające
katolicyzm w dniu dzisiejszym.
Socjalistyczne (anty)Królestwo Boże na ziemi
Sprawa redefinicji Królestwa Bożego na ziemi pokazuje zadziwiającą
zdolność marksistów do wykorzystywania niejasności. Kwestia ta jest
bowiem opisywana przez tzw. eskatologię, czyli dział teologii zajmujący
się właśnie sprawami tegoż ziemskiego Królestwa. Jest to jednak bardzo
nieprecyzyjna, niejasna i pozostawiająca wiele pola do interpretacji
dziedzina teologii, co oczywiście dało się sprawnie wykorzystać.
W tym punkcie uwidacznia się też bezpośredni wpływ protestantyzacji
katolicyzmu po Soborze Watykańskim II na jego marksizację, która jest
konsekwencją przenikania idei postluterańskich do KRK.
Pogląd o wspólnym celu marksizmu i chrześcijaństwa, jakim
miało być ziemskie społeczeństwo przyszłości, zaczął rozwijać teolog
protestancki, Karl Barth. Był on też działaczem związków zawodowych i
członkiem socjalistycznych ugrupowań oraz komunistycznych ruchów
zawiązanych po objęciu przez Hitlera władzy w Niemczech.
Zachwycał się rewolucją rosyjską i twierdził, że poprzez
anarchistyczną krytykę wszelkich autorytetów można dojść do realizacji
Królestwa Bożego.
To właśnie od Bartha wywodzi się
marksistowskie rozumienie Królestwa Bożego na ziemi. Uważał on, że
chrześcijańskim obowiązkiem jest realizacja marksistowskiej wizji, a
jako anarchista rozumiał społeczeństwo idealne jako bezpaństwowe.
Kontynuatorzy jego idei rozwijali tę wizję “Królestwa Bożego”, świeżo
po Soborze Watykańskim II dodając do niej “teologię nadziei”. Ważną dla
tego nurtu pracą była praca o takim właśnie tytule wydana przez Jurgena
Moltmanna.
Nadzieja, jako nadająca życiu ludzkiemu dynamikę i
będąca motorem napędowym jego działań powinna wedle tej teorii być
skierowana właśnie w stronę budowy szczęśliwego społeczeństwa
przyszłości, zgodnego z ideologią marksistowską.
Ekumeniczne nastroje i wymuszona nowymi zasadami otwartość sprawiła,
że tymi herezjami zatruło się wielu księży, tak że do dziś porusza się
te tematy na wszystkich papieskich uniwersytetach. Tzw. teologię nadziei
przyjmują też komuniści nawołując jednak, by zmieniła się ona w
“teologię komunizmu”. Niektórzy z nich, jak wspomniany wcześniej Farner,
uważają bowiem komunizm za jedyną nadzieję na przyszłość, bez której
żadnego chrześcijaństwa być nie może.
Wiara bez religii
Zbieżność celów i poglądów protestantyzmu i marksizmu widać dość wyraźnie w idei wiary bez religii.
Oczywiście,
dla marksistów i komunistów wiara na równi z religią stanowi “opium dla
ludu”, jednak mają oni świadomość, że z jednym i drugim na raz nie da
się wygrać.
Wyniszczenie moralności spowodowane odrzuceniem nauczania
katolickiego (moralności dyktowanej religią, a nie interesem) było
widoczne w wiekach XVI-XVII w społeczeństwach wyznających doktryny
luterańskie, a tym szlakiem podążają też marksiści w procesie
rozsadzania katolicyzmu.
Bo skoro Kościół naucza, że wiara jest
najważniejsza, to spora część katolików da się oszukać stwierdzeniem, że
jest ona wyłącznym warunkiem dobrego życia i zbawienia. Stąd bliska droga do praktycznego protestantyzmu, a od wiary bez religii – do marksizmu i “dobroludzizmu”.
Nurt ten jest już właściwie mainstreamowy, bo
nawet prawica
jest już przesiąknięta przekonaniem, że bez Kościoła można budować
wspaniałe państwo zostawiając wiarę w domach i umysłach, byleby nie
wychodziła poza nie. Z kolei lewica z oczywistych względów
popiera ten proces rugowania religii z życia publicznego i popycha go o
wiele dalej, do poziomu skrajnego i systematycznego wyniszczania tak
prawem (np. wymuszanie nieużywania biżuterii z symboliką religijną w
miejscach pracy) jak i słowem i “sztuką” w myśl niszczycielskiej Teorii
Krytycznej.
Najlepszym przykładem tego, jak daleko zaszedł proces odcinania wiary
od religii jest krytyka ze strony samej prawicy skierowana wobec takich
ludzi jak Grzegorz Braun za klerykalizm i priorytetowy status Kościoła
katolickiego w jego programie wyborczym, czy “pobudkowym”.
Najsmutniejsze w tym całym zamieszaniu jest to, że walka z samą
religijnością idzie nieraz z samej hierarchii Kościoła. Coraz częstsza
krytyka Różańca ze strony duchownych pod płaszczykiem “braku
konieczności monotonnego powtarzania ciągle tego samego”, odchodzenie od
kultu Matki Boskiej, wyśmiewanie egzorcyzmów, nazywanie Szatana
“konceptem intelektualnym reprezentującym zło”, rugowanie wizualnych
reprezentacji świętych z przestrzeni, przemiana Mszy w show i dyskotekę,
zeświecczenie strojów księży, a to tylko te najbardziej widoczne. Nie
wiemy, czy ci ludzie wiedzą, w jakim kierunku zmierzają. Konsekwencje
czynów nie są jednak zależne od tego, czy się ich spodziewamy.
Chrześcijaństwo ateistyczne i marksistowskie
Ponieważ z katolicyzmem walczy cała armia ludzi o różnych poglądach,
ich cele i metody będą się różniły, tak jak różnią się prądy
marksizujące i protestantyzujące wewnątrz samego Kościoła.
Chrześcijaństwo ateistyczne można by nazwać “ostatecznym rozwiązaniem”
kwestii katolickiej, bo opiera się na wyrzuceniu z tej religii dosłownie
wszystkiego poza naśladownictwem Jezusa z Nazaretu w sprawach służby
innym.
Jak wspominałem, komuniści i marksiści z góry odrzucający możliwość
istnienia świata duchowego, życia pozagrobowego, a więc i sensu
jakiejkolwiek wiary, reinterpretują ideę Królestwa Bożego tak, by
odpowiadała socjalistycznej wizji idealnego społeczeństwa.
Pozorny
bunt Jezusa wobec religijnych nakazów żydowskich rozumieją jako jego
areligijność, wszelkie Jego słowa na temat wiary “przegapiają” lub
uważają za dopisane później legendy, a ekstremalne wręcz miłosierdzie i
altruizm traktują jako… misję wyswobodzenia świata z kapitalistycznego
ucisku.
Tak, w pierwszym wieku naszej ery Jezus okazuje się być
marksistą/komunistą. Nie on jeden jednak, bo fantazja tych ludzi nie
omija nawet Mojżesza, który zgodnie z nową interpretacją był
rewolucjonistą ratującym swój naród przed wyzyskiem ze strony Egipcjan.
Katolicy, którzy trafią na księdza-marksistę i usłyszą takie rewelacje
mogą zostać sprowadzeni na drogę do katomarksizmu i zmienić się w
wyznawców “dobroludzizmu”, zgodnie z którym wszystko co duchowe to jakaś
szopka, bo przecież liczy się tylko dobro innych, a w życie pozagrobowe
i tak już nikt nie wierzy.
Do czego nas to zaprowadzi?
za: http://sredniowieczny.pl/marksizacja-nauczania-kosciola/