
Ks. Emanuel
du Chalard FSSPX
Od samego początku był Ksiądz jednym z najbliższych
współpracowników abp. Lefebvre’a. Ja sam poznałem Księdza, gdy
przyjechał Ksiądz głosić rekolekcje kapłańskie w Ecône i nauczył mnie
doceniać ducha stanowiska naszego Bractwa. Jaka była idea kapłaństwa
abp. Lefebvre’a, czym było dla niego kapłaństwo?
Po pierwsze nie powiedziałbym, że byłem „bliskim współpracownikiem”
abp. Lefebvre’a. To prawda, że znałem go praktycznie od samego początku
istnienia Bractwa, odkąd wstąpiłem do seminarium w Ecône we wrześniu
1970 r., a więc w roku, w którym seminarium zostało otwarte. Później
pozostawałem z nim w kontakcie, ponieważ regularnie kilka razy w roku
odwiedzał Rzym, ale także dlatego, że chciał być dobrze zorientowany w
tym, co dzieje się w Wiecznym Mieście. To wszystko.
Mówić o abp Lefebvrze i o kapłaństwie to właściwie mówić o tym samym.
Arcybiskup był nie tylko przykładem pełni kapłaństwa, ale był również,
jak napisano, „doktorem” lub „mistrzem” kapłaństwa. Tak wiele kazań,
konferencji, tak wiele rekolekcji! Prawdziwie kochał kapłaństwo i
uznawał je za wielki dar Boży.
Dobrze wiemy, że Arcybiskup nie mógł mówić o kapłaństwie, nie mówiąc o
Mszy św. Lubił powtarzać: „Nie ma Mszy bez kapłana i nie ma kapłana bez
Mszy”. Msza św., ponieważ jest uobecnieniem na ołtarzu Ofiary naszego
Pana, jest dziełem Odkupienia wciąż ponawianym, w każdym czasie, nawet
dzisiaj. A „Odkupienie” oznacza zbawienie – zbawienie dusz, zbawienie
świata.
Nasz założyciel, wielki misjonarz, mówił, że Msza święta i piękna
liturgia są w swej istocie misyjne. Msza święta jest największym skarbem
Kościoła. Jeśli traci swój sens, to wszystko jest stracone. W Kościele
wszystko zaczęło się rozpadać, kiedy sens Mszy został utracony, do czego
doszło na skutek reformy liturgicznej.
Prawdziwa reforma liturgiczna powinna ponownie odnaleźć prawdziwy
sens Mszy św. oraz nieskończone bogactwo liturgii. Sukces wszystkich
dzieł abp. Lefebvre’a tkwi właśnie w tym.
Często widzimy, że obecny kryzys w Kościele jest tak naprawdę
przede wszystkim kryzysem „ludzi Kościoła”, a szczególnie jego
kapłanów. Niektórzy z nich są zdezorientowani, inni zbyt „oryginalni”,
wielu jest „pospolitych”, omal że przygniecionych przyziemnym sposobem
widzenia rzeczywistości; jednym słowem, są oni „światowi”. Jakie są
główne bolączki obecnego kryzysu kapłaństwa?
Głównym powodem kryzysu kapłaństwa jest utrata kapłańskiej
tożsamości. Wielu księży nie wie, kim są ani dlaczego są kapłanami. To
konsekwencja faktu, że nie wiedzą, czym jest Msza św.
Każdy, kto choć trochę zna tajemnicę ołtarza, rozumie wielkość i
znaczenie kapłaństwa. Podczas ceremonii święceń pontyfikał – a
przynajmniej tradycyjny pontyfikał – bardzo jasno poucza biskupa, że
„kapłan jest ustanawiany w celu odprawiania Mszy św. za żywych i
umarłych”.
Pamiętam, jak któregoś dnia przed spotkaniem zaprzyjaźnionych księży
zapytałem pewnego zakonnika, czego ci kapłani potrzebują. Jego odpowiedź
była natychmiastowa: „Niech im ksiądz wytłumaczy co to jest kapłaństwo,
bo oni tego nie wiedzą”. To wydarzenie uderzyło mnie, a zarazem
uświadomiło, że ci księża – i to nie jest ich wina – zostali pozbawieni
prawdziwej formacji kapłańskiej.
Zna Ksiądz książkę
La sainteté sacerdotale (‘Kapłańska
świętość’, wyd. Clovis 2008 – przyp. tłum.), napisaną przy użyciu
cytatów ze słów abp. Lefebvre’a. Wielu duchownych ją czytało, a jeden z
biskupów, który został wyświęcony w latach 70., zwierzając mi się z
wielkim smutkiem, zapytał: „Ale czemu nikt nam tego nie wytłumaczył?”.
W pracy duszpasterskiej młodzi kapłani są niekiedy bardzo
nieroztropni. Są bardzo „młodzi”, a czasem po prostu brakuje im
wskazówek, jednak często szukają ich w Tradycji. Na co możemy liczyć ze
strony młodego duchowieństwa?
Nie byłbym zbyt surowy dla młodych księży interesujących się
Tradycją. Wielu z nich studiuje i czyta dobre książki; swoją posługę
wykonują dosyć dobrze – robią, co mogą. Inni mogliby zrobić dużo więcej.
Ich niedostatkiem nie jest brak wielkoduszności, ale brak formacji. Oni
po prostu nie znają wszystkich niezbędnych środków potrzebnych do
pozyskania jak największej liczby dusz. W seminarium uczono ich, że
pierwszym narzędziem uświęcenia jest oddanie się apostolatowi, co nawet
stwierdza kodeks prawa kanonicznego z 1983 r. Brakuje im jednak
prawdziwego życia duchowego, którego potrzebują, aby móc to zrobić.
Według Tradycji i całego Magisterium kapłan jest przede wszystkim
człowiekiem modlitwy, co bardzo dobrze wyraża kodeks z 1917 r.;
apostolat jest na drugim miejscu.
Apostolstwo bez modlitwy jest niczym „wiatrak” – wiele wysiłku,
wielki ferwor, ale brak prawdziwych owoców. Pius X w swojej adhortacji
apostolskiej
Haerent animo bardzo dobrze to wyjaśnił. Coraz
więcej kleryków i młodych księży na całym świecie interesuje się
Tradycją. Jestem przekonany, że jeśli Pan Bóg ich do tego natchnął i na
to pozwolił, to niewątpliwie jako przygotowanie do ich powrotu do
Tradycji.
Przykład zgromadzenia franciszkanów Niepokalanej rozbudził
nadzieje. Jego członkowie często byli oskarżani o „kryptolefebryzm”. A
jednak ich poglądy dotyczące Mszy, soboru i sytuacji Kościoła bardzo
różnią się od naszych. Co Ksiądz o tym sądzi?
Wydaje mi się, że tym, co ze strony zakonów spotyka się z największym
brakiem akceptacji czy tolerancji, nie jest kwestia Mszy św. lub
soboru, ale tradycyjnego życia zakonnego, jakie przez stulecia
prowadziły wszystkie zgromadzenia.
Widać to wyraźnie, gdy czyta się wywiady oraz teksty autorstwa osób
odpowiedzialnych za życie zakonne lub odpowiedzialnych za ten rok [2015]
jako jemu poświęcony. Zdaje się, że dla nich jedynym prawdziwym
problemem jest nadmierne przywiązanie i wierność wobec dawnych form
życia zakonnego, co hamuje prawdziwą reformę. Ci innowatorzy zdają się
nie troszczyć o osobiste uświęcenie, szacunek dla złożonych ślubów,
życie modlitewne i umartwienie, które są fundamentem poważnie
traktowanego życia religijnego.
Co do franciszkanów Niepokalanej, to fakt, że docenili wspierające tradycyjną Mszę św.
motu proprio
papieża Benedykta XVI i że publikowali teksty dotyczące rangi nauczania
II Soboru Watykańskiego, był z pewnością pretekstem do uderzenia w
nich. Ostatecznie tym, co nie mogło zostać zaakceptowane, było ich
wzorowe życie zakonne oraz powaga i wierność, z jaką traktowali własną
regułę, będące wyrzutem sumienia dla członków innych zakonów, zwłaszcza
synów św. Franciszka. Być może były pewne trudności z kierunkiem, w
jakim to szło – nie wiem; tak mówią. Jednak które zgromadzenie zakonne
nie przeżywa trudności? To ludzkie. Ale w takich wypadkach władza
koryguje, a nie niszczy!
Franciszkanie Niepokalanej są rodzajem ostatecznego dowodu na
niepowodzenie reform soborowych. Ten zakon, żyjący w rzeczywistym
ubóstwie, prowadzący intensywne życie modlitewne i praktykujący
prawdziwą pokutę był przeciwieństwem reform ukierunkowanych raczej na
życie łatwiejsze i bardziej otwarte na świat. Co więcej, mieli
powołania, a było ich coraz więcej, gdy okazali pewną sympatię względem
tradycyjnej Mszy św.
Ten, kto porzuca Tradycję, jałowieje, a kto do niej powraca, staje
się płodny. Nasz Pan powiedział, że drzewo poznaje się po owocach. Ale
zamiast dostrzec w tych zakonnikach znak dany przez Opatrzność dla
zażegnania kryzysu życia zakonnego, woleli ich zniszczyć… jak Pan Jezus
powiedział w Ewangelii: [jest to podobne do tego] jak Żydzi w Starym
Testamencie zabijali prawdziwych proroków, którzy wzywali ich do powrotu
na właściwą drogę.
Co najmniej tyle można powiedzieć, że ci, którzy od wewnątrz pracowali przy ich niszczeniu, współpracowali w dziele szatańskim.
Niemniej jednak jest coś nieobliczalnego w umieszczeniu ich
pod kontrolą kuratora, a następnie czystce – czy może powiedzmy:
prześladowaniu – gdy jednocześnie, przynajmniej na pozór, panujący w
Kościele ton to, jak się wydaje, tylko otwartość i miłosierdzie. Jak by
to Ksiądz skomentował?
Nie śledziłem tych wydarzeń od samego początku, ale jest dla mnie
oczywiste, że surowość zastosowanych środków i wykorzystanych metod była
daleka od wyrozumiałości i miłosierdzia – nawet jeśli sądzić, że były
tam błędy – ale również daleka od szacunku dla osób, tak mocno
akcentowanego przez sobór i kodeks prawa kanonicznego z 1983 r.
Niestety, w przypadku Kongregacji ds. Zakonów stosowanie podobnych
metod nie jest niczym wyjątkowym. Jest mnóstwo innych spraw, które,
gdyby wierni o nich usłyszeli, mogłoby sprowokować prawdziwy skandal i
przynieść wstyd „ludziom Kościoła” używającym swojej władzy wbrew
wszelkiej sprawiedliwości.
Jeśli chodzi o to, co dotyczy zakonnic, to przecieki
dotyczące raportu po prostu mnie zgorszyły – raport mówi bowiem, że
„siostry za dużo się modlą i za dużo pokutują” i że siostry klauzurowe
są „zbyt zamknięte”, że pilnie potrzebują „programu reedukacji zgodnego z
kryteriami II Soboru Watykańskiego”. Klasztory przymusowej reedukacji:
czy tak ma wyglądać życie zakonne?
Nie umiem powiedzieć niczego więcej w tej sprawie. Mogę tylko
stwierdzić, że od lat życie zakonne, zwłaszcza życie kontemplacyjne,
jest niedoceniane. Wielu biskupów wywiera presję na klasztory
kontemplacyjne, aby „bardziej się otworzyły”, aby przyjmowały grupy,
grupy szkolne, grupy modlitewne, aby słuchały wiernych itd. Przez lata,
nawet przed soborem, życie małżeńskie było wywyższane kosztem
pogardzanego, przynajmniej w sposób dorozumiany, dziewictwa
konsekrowanego; w rzeczywistości życie konsekrowane jest lepsze od
małżeństwa.
Według nowinkarzy mężczyzna i kobieta są przeznaczeni do tego, aby w
pełni zrealizować się w życiu małżeńskim. Jakby dziewictwo konsekrowane
było przeszkodą w tym, by w pełni stać się mężczyzną lub kobietą! To
jest absurdalne! W końcu to podejście zniszczyło nie tylko życie
konsekrowane, ale również samo małżeństwo – takie, jakim chciał je Bóg.
Nie wiemy, co rok życia konsekrowanego przyniesie zakonom
kontemplacyjnym, ale istnieją poważne powody do obaw. Te klasztory
naprawdę są latarniami morskimi i piorunochronami Kościoła. Niszcząc je,
można pogrążyć Kościół.
Zmieńmy temat. Przez ostatnie trzy lata obserwowaliśmy
początki działalności przedseminarium w Albano. Odważni młodzi ludzie
wstąpili do niego; niektórzy z nich zdecydowali się pójść do seminarium.
Czy może Ksiądz powiedzieć kilka słów o początkowej formacji powołań?
Nawet jeśli liczba Bożych dróg jest nieskończona, to zwykle naturalną
kolebką powołań jest katolicka rodzina, a później przykład prawdziwych i
świętych kapłanów w parafii. Służba liturgiczna – ministrantura –
odgrywa decydującą rolę, przybliżając przepełnionych szacunkiem młodych
chłopców do ołtarza. Tradycyjna liturgia daje poczucie tajemnicy i
sacrum, które dziś dla wielu ludzi już nie istnieją. Ideałem katolickiej
rodziny była duża rodzina, zawsze uważana za chwałę dla Kościoła. Zatem
duże rodziny są zwykle źródłem wielu powołań, w Bractwie jest wiele
tego rodzaju przykładów. Ktoś mógłby zapytać, skąd ten związek pomiędzy
dużymi rodzinami i powołaniami?
Duża rodzina wymaga od rodziców ducha ofiarności i poświęcenia, a od
dzieci zdolności do dzielenia się, do wyrzeczenia. Nie mogą żyć jako
egoiści; starsze pomagają młodszym. Czy istnieje lepszy sposób, aby
wychować dziecko w duchu ofiary i służby?
Powołanie jest przede wszystkim odpowiedzią na Boże wezwanie do
poświęcenia siebie, do zostawienia wszystkiego i podążania za Panem
Jezusem. Ten, kto nie jest zdolny do poświęcenia, będzie mieć trudności z
odpowiedzią na Jego wezwanie. Poza tym życie seminaryjne jest życiem
uregulowanym i wspólnotowym. Jeśli ktoś nie jest do takiego życia
zdolny, to realizacja powołania może być dla niego bardzo trudna, niemal
niemożliwa.
Właśnie dlatego Bractwo otwiera coraz więcej przedseminariów: aby
sprawdzić i umocnić powołania, ale również by wdrożyć przyszłych
seminarzystów do uregulowanego i wspólnotowego życia.
Bóg jest nieprześcigniony w czynieniu dobra. Co można powiedzieć młodym ludziom rozeznającym swoje powołanie?
Jak mawiał abp Lefebvre: „Włochy to kraj powołań”. Podzielam to
zdanie, i to z wielu powodów. Przede wszystkim powołanie jest dziełem
Boga.
Wielu spośród tych młodych ludzi nie pochodzi ze środowisk
tradycjonalistycznych. Do seminarium prowadzą bardzo różne ścieżki. Bóg
dokonuje prawdziwych cudów! Życie kapłańskie jest najpiękniejszym, jakie
tylko może istnieć na tej ziemi. To jest życie, które może dać pełną
satysfakcję. Co jest piękniejszego i większego ponad to, że można
każdego dnia sprawować Najświętszą Ofiarę, a tym samym – przez
sakramenty i przepowiadanie – być narzędziem zbawienia i uświęcenia
dusz? Rzeczywiście, nikt nie jest tego godny, nikt nie może sobie rościć
do tego pretensji. To jest naprawdę wezwanie od Boga, wezwanie od Pana
Jezusa.
Jeśli spojrzeć na ostatnie wydarzenia w Kościele, na
nadzwyczajny synod, na niefortunne wypowiedzi niektórych biskupów, to
niekiedy można poczuć, tak po ludzku, zakłopotanie, dezorientację,
gorycz. Ale z upływem czasu widać działanie Bożej Opatrzności.
Te dwa tygodnie, podczas których obradował synod, były dniami dla
Kościoła dramatycznymi; dniami mrocznymi i pełnymi bólu, kiedy Kościół
został upokorzony przed całym światem. Widzieliśmy następców Apostołów
nie tylko podających w wątpliwość nauki naszego Pana, ale również
wyraźnie sprzeciwiających się Ewangelii. To nie są skomplikowane kwestie
doktrynalne, ale jasne i proste nauczanie, które każdy może zrozumieć.
Pewne aspekty odnoszące się do prawa naturalnego możemy poznać i przyjąć
za pomocą samego tylko rozumu. W rzeczywistości wielu ludzi, nawet
niepraktykujących, było zaskoczonych przebiegiem synodu.
Bóg jest ponad wydarzeniami na tym padole łez; jest On ponad zdradą
tak wielu ludzi Kościoła. Bez względu na to, co się dzieje, nikt nie
może Go powstrzymać od okazywania dobra ludziom, a On nawet ze zła może
wyprowadzić dobro.
Z drugiej strony synod był okazją dla kilku odważnych biskupów, by
powstać i zjednoczyć się w obronie zdrowej doktryny. Było to dla mnie
wielką pociechą. Ich przykład stanowił olbrzymią zachętą dla wielu wciąż
prawomyślnych katolików, cierpiących z powodu pewnych odchyleń, nawet
jeśli tego publicznie nie okazują.
Kolejnym bardzo pozytywnym aspektem jest to, że mogliśmy zobaczyć, iż
wielu dobrych ludzi, zwłaszcza młodych, poszukuje prawdy i
autentycznego chrześcijańskiego życia. Im trudniejsza wydaje się
sytuacja, tym lepiej widać, jak coraz więcej tych dusz poszukuje
prawdziwej nauki. Tradycja jest dla nich latarnią morską.
Jest Ksiądz osobiście zaangażowany w misję w Indiach, gdzie
zresztą teraz przebywa, a nasza rozmowa jest prowadzona za pomocą poczty
elektronicznej. Jakie są Indie, jakie nadzieje towarzyszą Kościołowi na
tym wielkim subkontynencie?
Indie są ogromne, liczą 1,3 mld mieszkańców, z których katolicy
stanowią zaledwie 1,5%. Patrząc czysto po ludzku i biorąc pod uwagę
dzisiejszy stan Kościoła, łatwo można byłoby stracić nadzieję – wśród
tutejszych duchownych, jak prawie wszędzie na świecie, obecny jest
modernizm, więc brakuje im zapału misyjnego. Szkoda tym bardziej, że
Hindusów charakteryzuje wrodzona naturalna religijność, co sprawia, że
łatwo tu o nawrócenia. Co więcej, ubóstwo (co nie znaczy nędza, nawet
jeśli ona istnieje) sprzyja wierze. Widzimy w naszych krajach, jak
bogactwo i dobrobyt sprzyjają nie wierze, ale jej porzucaniu.
Jak wygląda życie zakonne naszych sióstr w Indiach? Jak
wygląda ich misja, ich dzień? Co robi na Księdzu największe wrażenie,
gdy chodzi o życie poświęcone Bogu i bliźnim?
W tak bardzo pogańskim świecie dobrze jest ujrzeć dzieło prawdziwie
katolickie. Ten sierociniec prowadzony przez siostry Najświętszego Serca
znajduje się daleko na południu Indii, dziesięć minut od przeoratu
naszego Bractwa (przeorat pw. Trójcy Przenajświętszej w Palayamkottai –
przyp. tłum.). Mieszkają tam trzy siostry profeski, dwie nowicjuszki,
postulantka, trzy wolontariuszki, 50 dziewcząt, 12 osób starszych lub
niepełnosprawnych, a także pracownicy zajmujący się kuchnią, utrzymujący
porządek i doglądający pięciu krów oraz cieląt. W sumie około 80 osób
znajduje się pod całkowitą opieką sióstr, będąc nie tylko utrzymywanych
przez nie, ale także leczonych, bo nie ma tam opieki zdrowotnej. Siostry
dbają również o edukację dziewcząt i w ogóle o obsługę całego ośrodka.
Nie otrzymują żadnej pomocy rządowej – ta praca jest całkowicie w rękach
Bożej Opatrzności. Jest to nieprzerwanie trwający cud, który
zawdzięczamy hojności naszych przyjaciół, dobroczyńców i czytelników
naszych stron internetowych.
Jednak najbardziej budującym aspektem jest życie codzienne sióstr i
ich podopiecznych, wypełnione nie tylko aktami miłosierdzia, ale także
modlitwą – modlitwą, w której wszyscy mieszkańcy mają udział; jest to
zwłaszcza Msza św. i codzienny różaniec. Dziewczęta i staruszkowie tam
mieszkający są tym bardziej zadziwiający, że nie zawsze są katolikami;
zostali przyjęci przez siostry bardziej ze względu na stan zdrowia niż z
powodu problemów moralnych czy społecznych. Obecnie kilku
pensjonariuszy wciąż wyznaje hinduizm, ale powinien Ksiądz zobaczyć jak
się modlą i jak uczestniczą we Mszy św. Prawie wszyscy w końcu proszą o
chrzest.
Życie tych sióstr jest przykładem dla wszystkich: to duchowa i materialna siła napędowa tego domu.
Dziękuję za te wszystkie refleksje, którymi Ksiądz się z nami podzielił.
Rozmawiał ks. Maksymilian Sbicego FSSPX.
za: http://news.fsspx.pl/