środa, 12 września 2007

Apologia...

12 września 2007, N. Imienia Maryi.

APOLOGIA UCZNIÓW ARCYBISKUPA


Ostatnie decyzje Ojca Świętego, a szczególnie Jego Motu Proprio dotyczące Mszy świętego Piusa V, prowokują często dyskusje na temat Bractwa świętego Piusa X. Wiele się mówi o decyzjach przełożonych Bractwa, a i z ust samych „tradycjonalistów” nierzadko pada zarzut, że postawa Bractwa jest zbyt nieprzejednana. Dlaczego nie dążycie do praktycznej zgody, która otworzyłaby wam drzwi tak wielu kościołów, pytają zwolennicy „pokoju z Rzymem”. Aby tę postawę zrozumieć, trzeba się jednak cofnąć może nawet o kilkadziesiąt lat, trzeba stanąć z boku, a przede wszystkim, spojrzeć z poziomu nadprzyrodzonego, wyciągając nie tylko Sumę teologiczną świętego Tomasza, ale prosząc tego wielkiego świętego o światło na temat sensu i wielkości Kościoła, Prawdy oraz odpowiedzialności i misji każdego z katolickich biskupów.

SKĄD SIĘ WZIĘŁO BRACTWO

Każde Zgromadzenie ma swoje źródła, o które Kościół zawsze pyta, osądzając o jego przydatności i wielkości. Zawsze patrzy się uważnie na osobę założyciela, i zazwyczaj, a nawet zawsze, na potwierdzenie świętości Kościoła, Bóg posługuje się wielkimi świętymi, którzy zresztą powstanie Zakonu czy Zgromadzenia okupują zazwyczaj cierpieniem. Tak było ze świętym Dominikiem, Franciszkiem, tak było z reformą Karmelu, z założeniem Redemptorystów czy tysiąca innych pobożnych instytutów czy zgromadzeń, będących klejnotami w koronie Kościoła, lśniącymi głęboką pobożnością i świętością swoich członków. Istnieje też duch, duchowość, stanowiąca jasną ścieżkę, prowadzącą według Ewangelii, oraz cel, odróżniający jeden Zakon od drugiego.

Założycielem Bractwa jest, jak wiadomo, zmarły już Arcybiskup Marcel Lefebvre. Nie będziemy tutaj pisać o pięknych cnotach, jakie potwierdzają liczne świadectwa z całego świata, padające z ust nie tylko wiernych tzw. ruchu Tradycji. Przyjrzyjmy się samemu Zgromadzeniu i jego duchowości, zapytajmy, jaka ona jest i po co Kościołowi takie dzieło.

Arcybiskup przez wiele lat kształcił seminarzystów, już jako młody dość ksiądz, kiedy został najpierw profesorem w seminarium swojego Zakonu, a potem już jako Biskup, zakładając i wspomagając seminaria w Afryce. Często myślał, a i mówił, pisał o tym, że dobrzy księża są absolutnym warunkiem istnienia chrześcijaństwa, żarliwego chrześcijaństwa, i starał się, jak mógł, prowadzić i wzbudzać powołania. Widział bardzo dobrze konieczność całościowej, głębokiej kapłańskiej formacji, kształtującej tak umysł, jak i serce. Francuska szkoła duchowości była mu bliska, czerpał też pełnymi garściami z prostej i pięknej nauki Wielebnego Ojca Libermanna. Osią tej duchowości jest wiedza doktrynalna, tak istotna dla ukształtowania się katolickiego osądu i wrażliwości, miłość do Kościoła, do jego dogmatów, ale też życie wewnętrzne. To życie skupiało się przede wszystkim na liturgii, będącej „życiem samego Chrystusa”, na Mszy, to życie toczyło się przede wszystkim u stóp tabernakulum, przy Matce Bożej. Tą duchowością przesiąkał Arcybiskup, duchowością prostą, radosną i dogmatyczną, nieustannie rozważając dzieła Łaski, Tajemnice Trójcy i Chrystusa oraz Jego Matki, powracając do nauczania Kościoła i czerpiąc życie z Sakramentów. Duchowość ta, kontemplacyjna, ale zrównoważona, idąca do wiernych z wielką miłością, była, według Arcybiskupa Lefebvre, źródłem prawdziwego i owocnego kapłaństwa. Z wielką wdzięcznością, w swoich wspomnieniach, Arcybiskup pisał o profesorach z seminarium w Rzymie, dziękując im za zaszczepienie w nim miłości do Papieskiego nauczania, szczególnie do Encyklik, do zdrowej duchowości. Taki był jego ideał – ideał kapłaństwa, które czerpie ze źródła łask, które pochyla się nad nauką Kościoła.

WIEDZA BEZ DUCHOWOŚCI JEST BEZOWOCNA, DUCHOWOŚĆ BEZ WIEDZY – ŚLEPA

Taką też zasadę wpoili młodemu jeszcze seminarzyście Marcelemu Lefebvre jego duchowi mistrzowie. Szacunek do wszystkiego, co pochodzi od Kościoła, do Jego oficjalnej modlitwy, jaką jest liturgia, pogłębił się u Arcybiskupa właśnie w seminarium, gdzie długo był mistrzem ceremonii, przygotowując wszystkie liturgiczne uroczystości, opiekując się zakrystią i Sanktuarium.

TRADITIO

To wszystko, jak skarb, postanowił przekazywać dalej, widząc w tym po prostu konsekwencję sakr biskupich, obowiązek spoczywający na nim jako na księdzu i na katolickim Pasterzu. W Afryce kandydatom do kapłaństwa pragnął dać to, co otrzymał, co kochał: spuściznę Kościoła, Wiarę, Liturgię, Tradycję. Tradidi vobis ut et accepi, można powiedzieć. Podkreślał też jednak znaczenie cnoty nadprzyrodzonej Miłości, Caritas, którą zresztą był zafascynowany od pierwszych lat w stanie duchownym. Nie chciał, aby księża byli „suchymi dogmatykami”, nie na darmo zresztą hasłem jego episkopatu stały się słowa świętego Pawła: „Uwierzyliśmy Miłości”. Wiele razy powtarzał swoim wiernym, a potem kapłanom Bractwa, o potrzebie naśladowania Boga, który jest Miłością. „Jeśli nie będziemy Miłością, będziemy wynaturzeni” napisał w jednej ze swoich książek. „Ponieważ to Bóg nas stworzył na swoje podobieństwo, a Bóg jest Miłością”.

SOBÓR

Nadszedł Sobór i jego wypaczenia – Arcybiskup stał się w międzyczasie Przełożonym Zgromadzenia Ojców Ducha Świętego. Już wcześniej zaczęły się trudności, nowy, liberalny duch. Trudno było walczyć z tendencją misjonarzy, a nawet biskupów, do socjalizmu, do negowania społecznej nauki Kościoła. Po powrocie do Francji Arcybiskup ze zdumieniem zrozumiał, że sprawy mają się bardzo źle. Tendencje lewicowe przenikały myślenie francuskiego kleru. W seminariach fascynowano się zakazanymi niedawno teoriami. Na Soborze, wybierając pomiędzy odwiecznym nauczaniem, a nową, niejasną nauką, starszy już hierarcha powiedział jasno: nie mogę. Starał się, jak tylko mógł, podczas obrad Soboru, przeciwdziałać progresistom, ale skutek był niewielki. Kilka z soborowych dokumentów wyraźnie oddalało się od przejrzystej, katolickiej doktryny. Walka o liturgię również okazała się dramatem, biorąc pod uwagę, że definicja Mszy, jaką podano na samym początku, była po prostu protestancka.

Arcybiskup po Soborze postanowił przejść na zasłużoną emeryturę i pisać książki. Nie wiedział dla siebie miejsca w „nowym” Kościele i nie widział wcale zapowiadanych oznak wiosny. Zmiany napełniały go raczej smutkiem.

POCZĄTEK BRACTWA

Wówczas zgłosiło się do niego kilku seminarzystów, prosząc go o opiekę i kierownictwo, o pomoc w zostaniu prawdziwie katolickimi kapłanami. Po pewnym wahaniu Arcybiskup się zgodził, widząc swój obowiązek biskupa, obowiązek pracy dla Kościoła i przekazywania Wiary. Bractwo od samego początku miało być po prostu dziełem kapłańskim, szkołą kapłańskiej świętości w wierności odwiecznej nauce Kościoła i Jego świętej liturgii, oraz duchowości świętych. Założyciel nie zakładał niczego więcej, niczego nowego, ekscentrycznego, niezwykłego. W ciągu kilku lat liczba seminarzystów ciągle rosła, a seminarium żyło swoim życiem, życiem spokojnym, można powiedzieć, modlitwy, nauki, a czasami wypraw seminarzystów w góry, otaczających Ecône. Dzień do dzisiaj toczy się wokół porannej Mszy, wypełnia go nauka i modlitwa, wspólna i osobista. Nauka dogmatów, oparta na świętym Tomaszu, zakłada też obronę Wiary. Tego ostatniego moderniści nie mogli ścierpieć. Nie dość, że ten Biskup nie przyjął nowej liturgii, to jeszcze ich krytykował, jasno, wyraźnie i ze spokojem. Mówił, że nie umie słuchać ślepo Soboru, który nie zgadza się z poprzednim nauczaniem. I zaczęło się prześladowanie.

Powoływano się rzecz jasna na autorytet Soboru, na posłuszeństwo, które zresztą święty Tomasz nazwałby ślepym i nierozumnym. Przyjeżdżano z nowym mszałem, zapewniając starszego już hierarchę, że jeśli chociaż raz odprawi nową mszę, kłopoty znikną. Arcybiskup się modlił, zachowywał spokój i odpowiadał zawsze podobnie: nie mogę.· Musiałbym zaprzeczyć temu, w co wierzę. Aby przyjąć kontrowersyjne soborowe dokumenty, musiałbym zaprzeczyć katechizmowi, którego się nauczyłem jeszcze jako dziecko. Kto mnie zwolni z wyznawania Wiary jako chrześcijanina i z głoszenia jej jako biskupa? Nie umiał i nie chciał wpadać w sprzeczności. Dla niego nigdy nie istniał kompromis prawdy z błędem, nie istniała tak zwana wolność religijna. „Jak to się ma do pierwszego przykazania? Jakie prawa mogą mieć błędy? A co z Prawem Boga, odwiecznym Prawem do otrzymania Chwały od swoich stworzeń?” pytał. Na te argumenty zazwyczaj odpowiadano mu tylko: „Bądźcie posłuszni”...

„Co takiego robię?” pytał Arcybiskup. Odsłaniał prawdę o stanie Kościoła... zadając kłam optymistycznym teoriom progresistów.

DZIWNA WIOSNA

Problem sakr biskupich, do których doszło, zakładał właśnie stan konieczności, który rzecz jasna budził opór zwolennikom teorii „wiosny Kościoła”. Według nich, Kościół był właśnie w rozkwicie, miał mnóstwo katolickich biskupów, księży i seminarzystów i nie potrzebował wcale anachronicznego seminarium, które wciąż tkwiło w dawnej liturgii i cytowało chórem świętego Tomasza. Którego nie da się istotnie pogodzić z teorią ewolucji dogmatów, tak potrzebną hierarchom, bez obaw negującym podstawowe prawdy Wiary Katolickiej, chociażby dotyczące Nieba, Piekła, Czyśćca czy konieczności Chrztu. Nie mówiąc już o niezliczonych dziwactwach, wypowiadanych na temat Najświętszego Sakramentu, herezjach głoszonych o Matce Bożej, a nawet otwartych, zbiorowych buntach wobec Papieskiego nauczania dotyczącego chociażby aborcji czy święceń kobiet. Liturgiczne „innowacje” przeżywały właśnie swoje smutne apogeum, a ten starzejący się biskup chciał powrotu łaciny... Trudno jednak zaprzeczyć nie tylko statystykom, ale i temu, że dyscyplina czy duchowe życie w wielu seminariach przeżyło prawdziwy kryzys, bo centrum życia w wielu domach stał się niestety telewizor, a siostry zakonne masowo, we Francji, porzucały habity, nie po to, aby opuścić Zgromadzenia, ale po to, by ... chodzić do fryzjera. Wypowiedzi wiernych i sondaże, zwłaszcza w krajach zachodnich, wskazywały na coraz większą ignorancję wobec podstaw Wiary, albo wręcz świadome odrzucanie nauki Kościoła, Rzym zaś nabrał wody w usta, woląc publiczne przeprosiny, często nie za swoje zbrodnie, niż przyznanie do prawdziwego i strasznego w skutkach błędu, jakim były niektóre soborowe dokumenty i decyzje.

DUCHOWOŚĆ BRACTWA

Co się działo wówczas w Ecône i w kaplicach Bractwa? Przekazywano Katolicką Prawdę, a kapłanów karmiono kapłańską duchowością. Żyło się Sakramentami, pouczano o chrześcijańskich obowiązkach, o doskonałości, o Wierze. Niczego niezwykłego w kaplicach i seminariach by się nie znalazło – żadnych osobistych nauk, żadnych nowości czy „cudów”. Jedynym Cudem jest Najświętszy Sakrament i Msza, ołtarz, wokół którego skupia się wszystko, „Ofiara Pana Naszego, mistyczne odnowienie Kalwarii”. To jest centrum waszego życia, mawiał Arcybiskup. Sam chętnie spędzał czas przed tabernakulum. Pytany o duchowość Bractwa odpowiadał, jak zawsze, z rozbrajającą prostotą: duchowość Bractwa to duchowość Kościoła. Nie chcemy innej.

W SERCU KOŚCIOŁA – A DLACZEGO NIE Z RZYMEM?

Msza jest sercem Kościoła, mawiał założyciel Bractwa, nakłaniając zawsze seminarzystów i księży do szczerej i synowskiej modlitwy za Ojca Świętego. Dlaczego więc dzisiaj Bractwo nie chce skorzystać z ugody, nie zabiega o zniesienie sankcji, o zbliżenie do Rzymu? Bractwo nigdy nie uznało za słuszną ani ekskomuniki, ani innych kar. Uznawało zawsze, że nie można kogoś karać za szczere pragnienie ratowania Kościoła, za to, że Arcybiskup chciał stworzyć i uchronić od zniknięcia katolickie seminarium, przepełnione miłością do Kościoła, do dusz, uchronić od zniszczenia odwieczną Liturgię, której dzisiaj Jego Świątobliwość Benedykt XVI zwrócił należne jej prawa. Rzym musiałby przyznać, że Kościół przez zmiany i soborowe niejasności znalazł się na skraju przepaści, a w chwili sakr było to szczególnie jaskrawo widoczne. A na ten temat Rzym milczy, a czy duchowi synowie Arcybiskupa mogliby przyznać, że się pomylił, wiedząc dobrze, że jemu zawdzięczają swoje kapłaństwo i całą duchową drogę?

Ale to tylko jedna kwestia. Bractwo jest dziełem Kościoła, i tylko jemu służy, wychowując dobrych księży, którzy potem kierują wiernych na ewangeliczne ścieżki, ni mniej, ni więcej tylko tak, jak nauczali inni wielcy święci... Strzeże Prawdy, Sakramentów, Duchowości wszystkich czasów, nie tylko tej niedawnej, ale i wcześniejszej. Odważnie mówi o błędach. Również tych na samych szczytach hierarchii. Porzucenie tej misji byłoby minięciem się z powołaniem tego Zgromadzenia. O to przecież Arcybiskup walczył całe życie, o całą Wiarę, o odnowienie wszystkiego w Chrystusie, według słów świętego Papieża Piusa X. Bractwo pragnie właśnie dlatego dogmatycznej, teologicznej dyskusji, wiedząc, że przykład idzie przecież z góry, z Rzymu... wiedząc dobrze, że nie walczy tylko o małe, zaciszne miejsce choćby w katedrze, gdzie w błogim spokoju mogłoby celebrować Liturgię z największą nawet pompą, ale walczy o cały Kościół, o Jego duchowe dobro, jakim jest posłuszeństwo Bożej Prawdzie. Wszystko inne byłoby, wbrew pozorom, duchowym egoizmem i sprowadzaniem roli Bractwa do zapewnienia sobie spokojnej pozycji i nawet pewnego poważania...

Nigdy nie twierdził, że nowa msza zawsze jest nieważna, odżegnywał się od kategorycznych sądów, jakoby wszyscy poza „Tradycją” mieli trafić prosto do piekła, nie chciał mieć nic wspólnego z teoriami sedewakantystów. Tym niemniej chciał pozostać wiernym łasce swoich Sakr Biskupich, obowiązkowi zachowania i głoszenia Wiary, w porę, nie w porę, przestrzegania owieczek przed błędami. Zwłaszcza przed modernizmem, sączącym się w dusze, przed liberalizmem, przed protestancką mentalnością, którą przeniknięta została nowa teologia i praktyka liturgii i mszy. Ostrzegał przed tą nową, szeroką drogą łatwości, letniości, zgody ze światem, przyjemnościami i jego wszelkimi teoriami. Jednocześnie modlił się za Rzym, i starał nigdy niczego nie mówić od siebie, a zawsze opierać się na nauczaniu Magisterium, na dogmatach. Czy wolno nam chcieć być mądrzejszymi niż Rzym, chcieć go nawracać? Pytają niektórzy. Ponieważ Bóg jest Prawdą, a zadaniem Kościoła jest Jej przekazywanie, pytanie należy zadać inaczej: a czy Rzym potrzebuje nawrócenia?

LITURGIA I FSSPX - co myślał założyciel ?


Msza Pontyfikalna w szwajcarskim Seminarium Bractwa





wtorek, 11 września 2007

Seminarium w Econe


modlitwa przed Najświętszym Sakramentem
w kościele Bractwa Kapłańskiego świętego Piusa X
w Econe (Szwajcaria)

http://wwfr.seminaire-econe.com/

polecana...


Czyli jeszcze jeden ciekawy Tradycyjny serwis: http://introibo.bloog.pl

poniedziałek, 10 września 2007

Ewangelia na dziś

Dobrze pasująca do malutkiego stadka Tradycji...

Ewangelia według świętego Łukasza 12,32-34.




Nie bój się, trzódko mała, gdyż podobało się Ojcu powierzyć wam Królestwo. Sprzedajcie, co macie, a czyńcie jałmużnę. Czyńcie sobie trzosy, które nie niszczeją, niewyczerpany skarb w Niebiosach, gdzie złodziej nie przychodzi, a robak nie niszczy. Bo tam, gdzie skarb twój, tam też będzie serce twoje.


piątek, 7 września 2007

Arkadiusz Robaczewski - Msza powraca...



Drżą masoni i heretycy!




Ujednolicenie dogmatów, złagodzenie nauki moralnej, uproszczenie rytuału nie przyciąga niewierzących, lecz zbliża do nich.


N. G. Davila




14 września wchodzi w życie, ogłoszone przez Ojca św. Benedykta XVI kilka miesięcy wcześniej Motu Proprio Summorum Pontificum, zezwalające na sprawowanie Mszy św. w rycie trydenckim (klasycznym, rzymskim) bez wymaganej dotąd specjalnej zgody biskupa.


Od początku w większości wypowiedzi fachowców, a także – niestety – biskupów i księży, lekceważono ten dokument, próbując sprowadzić jego znaczenie do zaspokojenia resentymentu nielicznej garstki hobbystów – estetów, którzy nie rozumieją albo nie są zdolni przyjąć „powiewu Ducha”. Gest Benedykta XVI to marginalny, w gruncie rzeczy, niepotrzebny gest wielkoduszności wobec zbłąkanych maluczkich – zdają się mówić w swych wypowiedziach o nieznajomości łaciny i dokonaniach reformy liturgii.


Na takie pojmowanie zagadnienia „powrotu” Mszy rzymskiej nie pozwalają jednak słowa samego dokumentu. Papież bowiem przypomina wielką rolę jaką liturgia rzymska odegrała w kształtowaniu się nie tylko wiary i pobożności, lecz także kultury narodów: „W ten sposób święta liturgia sprawowana według zwyczaju rzymskiego ożywiała nie tylko wiarę i pobożność, lecz również kulturę licznych narodów. Wiadomo, że w swych różnych formach łacińska liturgia Kościoła, we wszystkich wiekach ery chrześcijańskiej, pobudzała życie duchowe niezliczonych świętych oraz umocniła wiele narodów w cnocie religijności i zapłodniła ich pobożność”.


Przypomina też, że Mszał św. Piusa V nigdy nie został zniesiony ani unieważniony. To prawda i – wyjaśnienie tego faktu pozostaje póki co zagadką i wyzwaniem dla historyków Kościoła – do dziś nie wiadomo, jak to się stało, że rozprzestrzenił się i zajął miejsce rytu trydenckiego nowy obrządek Mszy św. – Novus Ordo Missae (NOM), który, jak twierdzą fachowcy nie wypełnia wcale soborowej konstytucji o liturgii, a nawet od niej odbiega. Bo przypomnieć trzeba, że reforma liturgii nie jest bezpośrednim dziełem soboru watykańskiego II, ale komisji, która ukonstytuowała się już po jego zakończeniu. W jej skład wchodzili teologowie protestanccy (to oni nadawali ton pracom i byli zadowoleni z ich końcowego rezultatu), a przewodniczył jej Annibale kard.Bugnini – postać wielce kontrowersyjna, delikatnie rzecz ujmując. Warto wspomnieć o przyczynach owej „kontrowersyjności”: Papież Jan XXIII pozbawił go, z powodu nieortodoksyjności poglądów, funkcji wykładowcy liturgiki na Uniwersytecie Laterańskim; papież Paweł VI uczynił zeń przewodniczącego Komisji Liturgicznej Concilium, zajmującej się przygotowaniem reformy liturgicznej. Po przygotowaniu tej reformy papież wszedł w posiadanie informacji, że kard. Bugnini jest, od połowy lat 60, członkiem loży masońskiej. Usunął go z Kurii Rzymskiej i powierzył misję nuncjusza apostolskiego w Iraku. Kard Bugnini, jak się przypuszcza, zakończył swe życie samobójstwem.


To właśnie pracom owej komisji zawdzięczamy nowy mszał Pawła VI i NOM. Tryb ich wprowadzenia jak też same owoce od początku budziły kontrowersje wśród hierarchów. Kardynałowie Ottaviani i Bacci tuż po ogłoszeniu nowego mszału, przedstawili Pawłowi VI dokument, wypracowany przez wybitnych teologów, pt. „Krótka analiza krytyczna Novus Ordo Missae”. Czytamy w tym dokumencie: „NOM zarówno w całości, jak i w szczegółach stanowi znaczące odejście od katolickiej teologii Mszy św., sformułowanej podczas XXII sesji Soboru Trydenckiego, który przez ustanowienie precyzyjnych kanonów rytu wzniósł barierę nie do pokonania przeciwko wszelkiej herezji zdolnej zaatakować integralność misterium”. Niestety, osłabienie tych barier nie było roztropne, gdy mentalność nowożytna, ta sama, która wedle słów Rosy Alberioni, „wygnała Chrystusa” zyskała nieograniczony przystęp do umysłów katolików na całym świecie poprzez systemy edukacji, prasę, radio, telewizję, Internet. Kilkanaście lat później fakt reformy tak komentował Joseph kard. Ratzinger: "Byłem skonsternowany z powodu usunięcia starego Mszału, ponieważ czegoś takiego nie zna historia liturgii" (s. 130). "Pius V kazał przerobić istniejący mszał rzymski, tak, jak to odbywało się już w długowiekowej historii. Wielu jego następców przerabiało ten mszał, nigdy nie przeciwstawiając jednego mszału drugiemu (...) Teraz zaś (po reformie liturgii – red.) ogłoszenie zakazanym mszału, który był wypracowywany przez wieki, poczynając od czasów sakramentarzy Kościoła starożytnego, spowodowało wyłom w historii liturgii i jego następstwa mogły być tylko tragiczne. Jak to już zdarzało się wiele razy w przeszłości konieczność rewizji Mszału była w pełni sensowna i całkowicie zgodna z dyspozycjami soboru (watykańskiego II – red.). Ale tym razem (mowa o reformie liturgii po Soborze – red.) wydarzyło się coś więcej. burzono starożytną budowlę i tworzono inną. (...)Jestem przekonany, że kryzys, który przeżywamy obecnie, jest spowodowany upadkiem liturgii."(s. 133) I dalej: "Czy dla zwalczenia owej manii niwelowania wszystkiego i trywializowania nie można by pomyśleć o przywróceniu do użycia dawnego rytu? Samo to nie byłoby rozwiązaniem. Jestem oczywiście zdania, że należałoby o wiele hojniej udzielać prawa zachowania dawnego rytu wszystkim tym, którzy sobie tego życzą. Nie widzę zresztą, co miałoby być w tym niebezpiecznego lub nie do przyjęcia. Wspólnota, która ogłasza nagle jako ściśle zabronione to, co dotąd było dla niej czymś najświętszym i najwznioślejszym, oraz której przedstawia się jako coś niestosownego żal, odczuwany przez nią z tego powodu, sama stawia się pod znakiem zapytania. Jak można jej jeszcze wierzyć? Czy jutro nie zakaże ona tego, co dzisiaj nakazuje? (...) Tolerancja względem awanturniczych fantazji jest u nas prawie nieograniczona, za to praktycznie nie ma jej względem dawnej liturgii. Z pewnością w ten sposób znaleźliśmy się na złej drodze" (tamże).


Motu Proprio Summorum Pontificum jest manewrem, który ma doprowadzić do zawrócenia z owej „złej drogi”. Jego postanowienia nie są odgórnym nakazem, tylko odpowiedzią na realne potrzeby Kościoła. O ile kilkanaście lat temu, grupa wiernych gotowych do uczestnictwa w Mszy trydenckiej stanowiła nic nie znaczący margines, o tyle dziś są już w kilkunastu miastach w Polsce całe wspólnoty, które świadomie uczestniczą w liturgii rzymskiej. Co najważniejsze – wskazują tendencje rozwojową. Wprowadzaniu na początku lat 70. ubiegłego wieku reformy liturgii towarzyszył niebywały entuzjazm, w Polsce może nieco stonowany. Jednakże nikt z ówczesnych reformatorów nie spodziewał się zapewne, że trzydzieści lat po owych reformach zacznie w Kościele, w tym również w Polsce wzrastać pokolenie, które nie zna nowej Mszy. W tych miejscach, gdzie w Polsce jest odprawiana Msza Wszechczasów (trydencka) przychodzi coraz więcej młodych, rodzin, małżeństw. Są to małżeństwa, które mają dwoje, troje, nierzadko czworo dzieci; niektóre z tych dzieci są już w wieku, gdy zwykle przyjmuje się Pierwszą Komunię św. Rodzice ich szczycą się, że ich pociechy nie wiedzą, co to nowa Msza. Kto wie, czy za kilka, kilkanaście lat to nowa Msza nie będzie w Kościele marginesem? Na Zachodzie: we Francji, czy w Niemczech, Kościół żywy wśród wiernych to najczęściej ten, który czerpie z Mszy Wszechczasów.


Ową tendencję rozwojową wskazują też pojawiające się powołania kapłańskie. Pierwszy rok formacji w Seminarium Instytutu Dobrego Pasterza w Courtalain we Francji (powołany w dniu 8 września 2006 roku Instytut ma prawo do sprawowania wyłącznie liturgii trydenckiej i formowania kapłanów w oparciu o tradycyjne nauczanie Kościoła) ukończył kleryk Tomasz Wuczko, wywodzący się z lubelskiego środowiska tradycjonalistów. W tym roku do tegoż seminarium przejdą dwaj klerycy z Metropolitarnego Seminarium Duchownego z Warszawy, ks. Grzegorz Śniadoch i ks. Sergiusz Orzeszko. Jeden z nich za rok otrzyma tam święcenia kapłańskie, drugi diakonatu. Oprócz nich kilku Polaków rozpocznie w tym samym seminarium formację przygotowującą do kapłaństwa. Pracują tam zresztą polscy kapłani wyświęceni w Bractwie św. Piusa X, albo posługujący w tymże Bractwie, którzy przenieśli się do IDP. W Polsce pracuje dwóch kapłanów z Bractwa św. Piotra: ks. Wojciech Grygiel i ks. Andrzej Komorowski. Poza tym jest kilkunastu księży czynnie zaangażowanych na rzecz Tradycji: o. Krzysztof Stępowski CSsR z Warszawy, ks. kan. Krzysztof Podstawka z Lublina, czy x. Wojciech Grześkowiak ze Śląska, który prowadzi swą własną stronę internetową – choć o nim samym tam mało, więcej o Kościele i jego Tradycji. Zresztą, działalność w Internecie jest wcale pokaźna, prawie każde lokalne środowisko ma swą stronę. Od lat działają dwa serwisy poświęcone tradycji: www.fidelitas.pl i www.christianitas.pl. Istnieje też serwis www.sanctus.pl, na którym znaleźć można odsyłacze do wielu stron poświęconym Tradycji. Jest też od lat wydawane poważne czasopismo „Christianitas”, gdzie publikowane są poważne studia na temat Tradycji, kryzysu w Kościele i cywilizacji chrześcijańskiej. Wobec tych faktów jasnym jest, że tradycyjny ryt rzymski, po latach nieobecności, albo obecności marginalnej – wyraźnie się odradza.


Nic zresztą dziwnego – ma on bowiem w sobie ożywczą moc pochodzącą od samego Jezusa Chrystusa. To właśnie ów ryt kształtował wiarę i pobożność, a także, jak zaznacza w dokumencie papież – kulturę wielu ludów i narodów na przestrzeni wieków.

Czasami, gdy się słucha wypowiedzi niektórych liturgistów, a także hierarchów, nie można oprzeć się wrażeniu, że traktują dokument papieski, a także samą tradycyjną liturgię z nonszalancją, na jaką nie powinni sobie pozwolić. Czy dają wyraz ignorancji i niezrozumienia, gdy mówią, że Msza „po łacinie” się nie przyjmie, bo dziś już nikt nie zna łaciny? Wszak we Mszy „po łacinie” – Mszy trydenckiej – uczestniczyli wierni prości, niewykształceni, również młodzieńcy i dzieci, rycerze i żołnierze, którym język Imperium Romanum nie był dobrze znany. Mimo to uświęcali się oni, uczestnicząc w niej właśnie, otrzymywali łaski potrzebne do mężnego przeciwstawiania się złu, poświęceń jakich choćby w Polsce, wymagało przetrwanie w niełatwych warunkach zaborów, okupacji, w mrokach stalinowskiej nocy. Nie była to Msza tylko dla ludzi wykształconych, uświęcała ona i dawała łaski „prostaczkom”. Czy nasze babcie i prababcie, które przekazywały żywą wiarę, które wychowywały kapłanów i żołnierzy, świętych ojców rodzin, nie czerpały jej z Mszy trydenckiej? Do uczestnictwa w Mszy jest potrzebna otwartość na Boga i Jego działanie. Nie tyle konieczne jest rozumienie znaczenia słów, co znaczenia sensu – o tym rozróżnieniu często zapominają dziennikarscy i niestety, także duchowni komentatorzy tego wydarzenia, jakim było ogłoszenie Motu Proprio. Cóż z tego, że rozumiemy znaczenie, gdy nie rozumiemy sensu? Z pewnością wprowadzenie języków narodowych niewiele tu zmieniło: któż z wiernych rozumie sens słów wypowiadanych przez kapłana, choćby takich, jak: „Oto Baranek Boży”, albo któż, mimo iż wypowiada te słowa po polsku potrafi powiedzieć o co chodzi, gdy w Credo mówi: „Współistotny Ojcu”. Takich przykładów można by mnożyć, nie o to jednak chodzi. Uczestnicząc w Mszy św. uczestniczymy w Tajemnicy Ofiary. Czyż naprawdę można być tak naiwnym, by myśleć, że da się przetłumaczyć na jakikolwiek język świata tajemnicę, którą wyrażamy słowami: „On to dla nas, ludzi i dla naszego Zbawienia zstąpił z Nieba, przyjął Ciało z Maryi Dziewicy, i stał się Człowiekiem”, albo: „To jest Ciało Moje”. Z pewnością, dzięki Mszy św. sprawowanej w języku polskim nie rozumiemy lepiej Tajemnicy Eucharystii, Męki, nie widzimy wyraźniej, że odbywa się po raz kolejny, tym razem bezkrwawy – Ofiara Odkupienia. Tych Tajemnic nie da się przetłumaczyć na żaden język świata. Można je tylko kontemplować, wnikając w nie, w wielkiej aktywności ducha i czerpać, poprzez wewnętrzne zaangażowanie w uczestnictwo w tych Tajemnicach. Z pewnością, liturgia trydencka ze swoją majestatycznością, swym pochodzeniem wyraźnie „nie z tego świata” – do takiej postawy zdecydowanie bardziej przysposabia. Powinni to duszpasterze doceniać zwłaszcza dziś, gdy cały świat jest „antykontemplacyjny”, rozedrgany, pełen dźwięków, wydarzeń, hałasu, migających barw. Z tego powodu Msza powinna być w sposób wyraźniejszy inna niż rzeczywistość pozaliturgiczna. Powinna ułatwiać postawę wewnętrznego skupienia i kontemplacji – być w pewnym sensie ewangelicznym znakiem sprzeciwu wobec ducha tego świata, który z pewnością nie wspomaga w dążeniu do zbawienia.


Oczywiście, uczestniczenie w Mszy trydenckiej wymaga większego zaangażowania, trudu i wysiłku. Także od kapłana, który ją sprawuje. To naprawdę dużo kosztuje. Ale jak nauczał Jan Paweł II: „tylko to, co kosztuje, posiada wartość”, a także: „musicie od siebie wymagać, nawet, gdyby inni od was nie wymagali”. Dlatego z radością przyjmujemy na nowo odkryty i przywrócony skarb Mszy św. trydenckiej, który będzie nam dawał siły, byśmy nie tylko mogli od siebie wymagać, ale także tym wymaganiom sprostać.


Zobacz też:


niedziela, 26 sierpnia 2007

Hejnał Jasnogórski - 26 sierpnia, Matki Boskiej Częstochowskiej

26 sierpnia jest świętem Matki Boskiej Częstochowskiej, Królowej Polski.


Przepięknego hejnału na odsłonięcie Obrazu można posłuchać i zapisać go tutaj: hejnał

wtorek, 21 sierpnia 2007

OBRAZKI Z MSZAŁU z 1912 roku


http://mszalrzymski62.blogspot.com/

Obrazki tradycyjne z łacińskiego Mszału.

niedziela, 19 sierpnia 2007

JACEK BARTYZEL - Vivat Benedictus Magnus

ŹRÓDŁO: http://konserwatyzm.pl/content/view/1901/144/
za: BIBUŁA




Vivat Benedictus Magnus! - Jacek Bartyzel

Nasze zatrwożone dotąd serca przepełnia dzisiaj wielka radość. Zmęczeni latami bezsilnego przyglądania się dewastacji świętej Liturgii i miesiącami wyczekiwania na zmianę, gdy, jedna po drugiej, elektryzująca zapowiedź „uwolnienia” Mszy Wszechczasów mijała bez urzeczywistnienia, nareszcie TO stało się faktem.


Przyznajmy, wielu z nas, katolików Tradycji, nie miało tej zwykłej, ludzkiej nadziei, że stanie się to jeszcze za ich życia. Wielu przyzwyczaiło się zapewne, że do końca swoich dni żyć będą z piętnem „odszczepieńców”, „schizmatyków”, sekciarzy”, albo pobłażliwie poklepywani po plecach, jako sentymentalni dziwacy, „przywiązani” do niezrozumiałego języka i przeżytych form, których trzeba wyrozumiale „tolerować” – oczywiście tylko do pewnych granic, aby nie zagrażali jedności Kościoła i nie wprowadzali zamętu pośród „ludu Bożego”. Lecz od dzisiaj ten najgorszy odcinek „drogi przez mękę” kończy się. Możemy i chcemy wykrzyczeć pełnią piersi całemu światu nasze szczęście: habemus missam! Mamy ten największy, zbawczy skarb Kościoła z pewnością przede wszystkim dzięki niezmierzonemu miłosierdziu Boga, który ulitował się nad Swoim ludem. Lecz mamy go również dzięki Jego ziemskiemu narzędziu, Jego doczesnemu Wikariuszowi, Ojcu Świętemu Benedyktowi XVI. Dzięki temu, który jeszcze jako kardynał Ratzinger głosił, że należy przywrócić „teocentryczny charakter liturgii”, gdyż jest to konieczne, aby cały Kościół żył i działał dla wypełnienia misji powierzonej mu przez Pana” (przedmowa do: Klaus Gamber, Zwróćmy się ku Panu!). Co najważniejsze, to podkreślenie przez papieża, że klasyczny ryt rzymski, zwany potocznie rytem trydenckim albo rytem św. Piusa V, nigdy nie został zniesiony (abrogatus).

Rzecz oczywista, to dopiero początek drogi, światełko w tunelu. Póki co, ukazanie się na nowo „liturgicznej budowli (…) w splendorze swojej godności i harmonii” (List apostolski Abhinc duos annos św. Piusa X, powoływany w motu proprio Benedykta XVI Summorum Pontificum) możliwe będzie jedynie jako „nadzwyczajny wyraz” lex orandi Kościoła katolickiego (art. 1), podczas gdy „zwyczajnym wyrazem” pozostawać będzie jeszcze – jak długo, tego przecież nie może wiedzieć nikt, łącznie z Ojcem Świętym – obowiązujący od kilku dziesięcioleci liturgiczny fabrykat abp. Bugniniego, zwany oficjalnie Novus Ordo Missae, a potocznie mszą Pawła VI. Bądźmy jednak realistami – inaczej być nie może. Klasyczny ryt rzymski, którego nie pamięta, bądź nigdy nie poznała, ogromna większość wiernych, a nawet kapłanów, którego nauczenie się przez samych celebransów wymaga długiej nauki, cierpliwości i prawdziwie duchowej postawy wewnętrznej, nie może przecież zostać powszechnie wprowadzony z dnia na dzień. Byłoby wręcz większym złem, gdyby nagle zaczęto go sprawować bez należytej staranności i pobożności, albo co gorsza – profanować go, na przykład „kreatywnymi” wtrętami osobistymi celebransów (do czego przyzwyczaiła ich rozluźniona, pozbawiona dyscypliny i piękna, forma nowego rytu) lub przyjmowaniem Komunii św. „na stojąco” czy nawet, nie daj Bóg!, „na rękę”.

Nie wiemy, ilu kapłanów już dzisiaj jest dysponowanych – jeśli nie rzetelną znajomością rytu tradycyjnego, to przynajmniej intencjonalnie – do sprawowania liturgii klasycznej. Najważniejsze, że motu proprio wyraźnie potwierdza prawo każdego kapłana do sprawowania liturgii według Mszału Rzymskiego z 1962 r., bez uzyskiwania specjalnej zgody Stolicy Apostolskiej lub miejscowego ordynariusza (art. 2); że mają prawo celebrować w ten sposób Mszę św. wspólnoty instytutów życia konsekrowanego (art. 3); że na te celebracje mogą zostać dopuszczeni wierni, którzy o to poproszą (art. 4), acz powinna być to „stała grupa wiernych” w parafii (art. 5. § 1); że jedna celebracja tego rodzaju może być odprawiona nie tylko w dni powszednie, ale w niedzielę i święta (art. 5. § 2), co rozwiązuje kwestię wypełniania przez wiernych obowiązku niedzielnego; że wreszcie celebracja w rycie tradycyjnym może być sprawowana w sytuacjach szczególnych, takich jak udzielanie sakramentów czy pochówek, gdy wierni o to poproszą (art. 5. § 3 oraz art. 9. § 1). Mogą być także erygowane parafie personalne dla wiernych rytu trydenckiego (art. 10).

Ta droga ku pełnemu wskrzeszeniu rytu tradycyjnego na pewno nie będzie usłana różami. Niepokoi wyłączenie spod prawa swobodnego stosowania Mszału Rzymskiego z 1962 r. Sacrum Triduum. Oznaczać to może w praktyce zmuszanie księży, którzy chcieliby celebrować wyłącznie ów ryt, do uczestnictwa w koncelebrze wielkoczwartkowej podług Novus Ordo. Utrudniłoby to też niezmiernie pojednanie z tymi wspólnotami tradycjonalistycznymi, które obecnie nie są uznawane przez Rzym. Nie należy mieć też złudzeń, że wszyscy biskupi i proboszczowie chętnie będą wysłuchiwali oraz wdrażali w życie diecezji i parafii słuszne prośby owych „stałych grup wiernych”. Być może nie będzie tu powszechna postawa jawnej niechęci, ale z pewnością najszerszy, acz najpłytszy opór pochodzić będzie z inercji, wygodnictwa i osobliwego „konserwatyzmu” księży przyzwyczajonych do tego, że – o paradoksie! – „Msza po staremu się odprawia”. „Po staremu”, czyli „po nowemu”. Wiele krwi psuć także będzie „szeptana propaganda”, zniechęcającą wiernych do takiej długiej Mszy, której „nikt nie rozumie”, na której ksiądz „coś tam mamrocze pod nosem”, na której „nic ciekawego się nie dzieje” i na której tyle trzeba klęczeć, co jest przecież sprzeczne z godnością człowieka. Trzeba jednak przyznać, że Ojciec Święty w swojej mądrości przewidział te niebezpieczeństwa, ustanawiając mechanizmy odwoławcze w razie prób sabotowania Jego postanowień (art. art. 7 i 8).

Musimy także pamiętać, że przywrócenie „obywatelstwa” tradycyjnej liturgii nie rozwiązuje jeszcze całokształtu neomodernistycznego kryzysu w Kościele, ogarniającego przecież wszystkie sfery, od teologii po normy dyscyplinarne. Szczególnie pilne jest oczyszczenie umysłów, i hierarchów i wiernych, z haszyszu pseudoreligii „praw człowieka” oraz powrót do jasnego głoszenia zobowiązania wszystkich jednostek, klas, narodów i państw do respektowania Społecznego Królestwa Chrystusa. Lecz przecież, zgodnie z przypomnianą przez papieża normą lex orandi, lex credendi (prawo modlitwy prawem wiary), nie ma lepszej drogi do przywrócenia ortodoksji, jak sprawowanie wyrażającego najściślej prawo wiary ortodoksyjnego rytu. Dlatego, parafrazując sławne zdanie, ten mały krok w odnowieniu świętej Liturgii jest wielkim krokiem Kościoła w odnowieniu świętej Wiary. Już tą jedną decyzją Jego Świątobliwość Benedykt XVI zasłużył u potomności na miano Wielkiego.

Jacek Bartyzel


Post scriptum

Najdonioślejsze wydarzenia docierają zazwyczaj do naszej świadomości w oprawie zmąconej łyżką dziegciu, wkładaną przez medialnych ignorantów i nieuków. Prócz zwykłej w tym temacie mieszanki bzdur i nieścisłości, takich jak systematyczne mówienie o „mszy po łacinie” (jak by Novus Ordo nie miał swojego typicznego wydania łacińskiego) i sprawowanej „tyłem do wiernych” (jak by to oni mieli być obiektem adoracji), albo powtarzanie ordynarnego kłamstwa o „wykluczonych z Kościoła lefebrystach”, odnotować należy curiosum nowiutkie, w postaci „informacji” korespondenta z Watykanu Programu 3 Polskiego Radia o „liberalizacji rytu trydenckiego”! Niemniej zasmucające były dywagacje w telewizji pewnego duchownego (sic!) o zanikaniu w nowym rycie „pewnej tajemniczości” (bynajmniej nie: Tajemnicy) – tak jakby chodziło o jakieś obrzędy magiczne albo baśń czy fantasy!


JB

KATECHIZM ŚWIĘTEGO PIUSA X - ŁASKA

§ 2. Główny skutek Sakramentów: Łaska.


Czym jest łaska ?
Łaska Boża jest wewnętrznym, nadprzyrodzonym darem, który jest nam dany bez żadnej naszej zasługi, przez zasługi Jezusa Chrystusa, jako przygotowanie do życia wiecznego.

Jak dzielimy łaskę ?
Łaskę dzielimy na
uświęcającą nazywaną też habitualną, i na łaskę aktualną.

Czym jest łaska uświęcająca ?
Łaska uświęcająca jest nadprzyrodzonym darem wlanym (inhérent) w naszą duszę, która czyni nas sprawiedliwymi, przybranymi dziećmi Bożymi i dziedzicami raju.

Ile jest rodzajów łaski uświęcającej ?
Są dwa rodzaje łaski uświęcającej : pierwsza i druga (pierwotna i wtórna).

Czym jest łaska pierwotna ?
Pierwotna łaska to ta, przez którą człowiek przechodzi ze stanu grzechu śmiertelnego do stanu sprawiedliwości.

Czym jest łaska wtórna ?
Wtórna łaska stanowi powiększenie łaski pierwotnej.

Czym jest łaska aktualna ?
Łaska aktualna jest nadprzyrodzonym darem, który oświeca nasz umysł, porusza i wzmacnia naszą wolę, abyśmy czynili dobro i unikali zła .

Czy jest możliwe opieranie się Bożej Łasce ?
Tak, możemy opierać się łasce Bożej, gdyż nie niszczy ona naszej wolnej woli.

Czy prze nasze własne siły możemy cokolwiek uczynić dla życia wiecznego ?
Bez pomocy łaski, tylko z naszych sił, nic nie możemy uczynić dla naszego zbawienia.

W jaki sposób Bóg udziela nam łaski ?
Przede wszystkim przez Sakramenty Bóg udziela nam łaski.

Czy poza łaską uświęcającą sakramenty przekazują nam inną łaskę?
Poza uświęcającą łaską, sakramenty udzielają nam też łaski sakramentalnej.

Czym jest łaska sakramentalna ?
Łaska sakramentalna polega na prawie, które uzyskujemy otrzymując dany sakrament, by otrzymac w odpowiednim czasie konieczne aktualne łaski do wykonania obowiązków wypływających z danego sakramentu.

Kiedy otrzymujemy Chrzest otrzymujemy też prawo do koniecznych łask by żyć po chrześcijańsku.

Czy sakramenty zawsze są źródłem łaski dla tego, kto je przyjmuje ?
Sakramenty zawsze są źródłem łaski, o ile przystępuje się do nich wypełniając konieczne warunki.

Kto nadał sakramentom moc udzielania łaski ?
Jezus Chrystus, który przez swoją Mękę i śmierć nadał sakramentom moc przekazywania łaski.

Które sakramenty przekazują pierwszą łaskę uświęcającą ?
Sakramentów, które przekazują pierwszą łaskę uświęcającą, a przez to czynią nas przyjaciółmi Boga, jest dwa: Chrzest i Pokuta.

Jak też nazywamy te dwa sakramenty ?
Te dwa sakramenty, to znaczy Chrzest i Pokuta, nazywamy sakramentami umarłych, gdyż ustanowione zostały przede wszystkim, aby oddać duszom umarłym przez grzech życie łaski.

Które sakramenty zwiększają łaskę u tych, którzy juz ją posiadają ?
Sakramentami, które zwiększają łaskę w tym, który już ją posiada, jest pięć pozostałych Sakramentów: Bierzmowanie, Eucharystia, Ostatnie namaszczenie, Kapłaństwo i Małżeństwo, udzielające łaski drugiej (wtórnej).

W jaki sposób nazywamy tych pięć sakramentów ?
Tych pięć sakramentów, to znaczy Bierzmowanie, Eucharystia, Ostatnie namaszczenie, Kapłaństwo i Małżeństwo nazywamy Sakramentami żywych, gdyż ci, którzy je otrzymują, powinni być wolni od grzechu śmiertelnego, to znaczy być żywymi przez łaskę uświęcającą.

Jaki grzech popełnia ten, kto otrzymuje sakrament żywych wiedząc, że nie jest w stanie łaski uświęcającej ?
Ten, kto przyjmuje Sakrament żywych, wiedząc, że nie jest w stanie łaski, popełnia ciężkie świętokradztwo.

Jakie sakramenty są najbardziej konieczne do zbawienia ?
Sakramentami najbardziej koniecznymi do naszego zbawienia są Chrzest i Pokuta. Chrzest jest absolutnie konieczny dla wszystkich. A pokuta jest konieczna tym, którzy po Chrzcie zgrzeszyli śmiertelnie.

Jaki jest największy ze wszystkich sakramentów ?
Największym ze wszystkich Sakramentów jest Sakrament Eucharystii, gdyż zawiera nie tylko łaskę, lecz samego Jezusa Chrystusa, dawcę łaski i Sakramentów.



Toplista Tradycji Katolickiej
Powered By Blogger