poniedziałek, 30 czerwca 2008

Rocznica konsekracji biskupich

Mija dwadzieścia lat od chwili, kiedy arcybiskup Lefebvre konsekrował czterech biskupów bez zgody Rzymu. Wypada nam schylić głowę, wspominając tego świątobliwego prałata, i zastanowić się nad dziełem, któremu zapewnił wówczas trwałość. Jest bowiem rzeczą nie podlegającą dyskusji, że liberalny nurt, zatruwający Kościół, z niecierpliwością czekał na śmierć tego żarliwego obrońcy wiary. Umarli nie mają już głosu.

Dlaczego arcybiskup był tak nieprzejednany? Dlaczego nie zgodził się na "malutki kącik" w Kościele dla Tradycji? Cóż, odpowiedź znajdziemy w samej istocie jego biskupiego posłannictwa - głosić Wiarę, bronić Wiary. Być świadkiem Chrystusa, Jego nauki, dziedzicem i szafarzem duchowych dóbr Kościoła. Przekazać to, co samemu się otrzymało. Gdy więc w Kościele dało się czuć zimny wiatr nowej nauki, arcybiskup po prostu nie poddał się temu powiewowi. Więcej, czuł się zobowiązany bronić całej łodzi Piotrowej. Nie spuścił małej szalupy na szalejący ocean, mówiąc - troszczcie się teraz sami o siebie. Ale, z tej właśnie łodzi ratunkowej, jaką stało się Bractwo, nie przestawał nawoływać, by kapitan zmienił kurs, bo zbliża się nieuchronnie do katastrofy. Było to jednak wołanie jak na pustyni. Na Piotrowej łodzi świętowano bowiem właśnie w najlepsze "nowe czasy". Kto by się miał przejmować jakąś pesymistyczną wizją?

Do dzisiaj kwestia Soboru jest łyżką dziegciu w miodzie negocjacji z Rzymem. Wszystko może być w porządku, ale Bractwo nie ma się stawiać ponad magisterium. W domyśle, ponad Sobór. Zapomina się o fakcie, że to Sobór Watykański II postawił się kiedyś ponad nauczanie tylu świętych i tylu Papieży. Coś jest jednak nie tak. Albo w lewo, albo w prawo. Albo odrzucamy poprzednie nauczanie i świętujemy hucznie wiosnę w Kościele, albo musimy przyznać, że to nie skowronki radośnie ćwierkają, ale nad Kościołem kołują liberalno modernistyczne sępy. Innej drogi zdrowy rozsądek nie uznaje. No, chyba że, jak nasz obecny Papież, chce się pogodzić dwie skrajnie sprzeczne wizje Kościoła. Ale wówczas - żegnaj zdrowy rozsądku.

Z wielkim wzruszeniem należy przypominać sobie o tamtych konsekracjach. Był to wielki i niezwykle mądry gest wiernego syna Kościoła. Wielkości tego czynu nie sposób przeceniać. Chodziło nie tylko o mały kąt w eklezjalnym życiu, ale o ratowanie prawie dwutysiącletniego dziedzictwa. Gdzie jeszcze seminarzyści skupiają się na codziennej cichej modlitwie? Gdzie słońcem ich życia jest Msza? Gdzie pochylają się nad dziełami świętych, doktorów Kościoła? Gdzie wierni otrzymują tę Wiarę Apostołów, nieskażoną modernizmem, ekumenizmem, herezją wolności religijnej, relatywizmem? Gdzie białe jest białe, a czarne - czarne? W Bractwie.

Dzisiejsze ultimatum Rzymu dowodzi tylko bezsilności "nowego Kościoła". Chce on postawić pod ścianą uczniów arcybiskupa, zepchnąć na margines. Zmusić do kompromisu. Dopóki w Bractwie istnieje jednak duch walki o Kościół, żadne ultimatum nie będzie mu straszne. Albo idzie się za Chrystusem, albo za masońskim światem, albo służy się Bogu, albo międzyreliginemu bożkowi. Noszenie kościelnych szat w tym nie przeszkadza, niestety. "Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha".

Brak komentarzy: