sobota, 16 grudnia 2017

piątek, 15 grudnia 2017

„Ojcze Nasz” wymaga korekty? Odpowiada ks. prof. Chrostowski

Czy należy zmienić słowa „I nie wódź nas na pokuszenie”? Nie sądzę, aby jakakolwiek zmiana była konieczna, potrzebne jest natomiast cierpliwe objaśnianie głębokiego znaczenia tej prośby. Modlitwa, odmawiana w tym brzmieniu przez setki lat, a więc miliony razy przez miliony ludzi, bardzo mocno się utrwaliła. Także w obecnym brzmieniu, kiedy jest właściwie rozumiana, jej sens jest głęboki i teologicznie poprawny – mówi w rozmowie z Arkadiuszem Stelmachem ksiądz profesor Waldemar Chrostwoski komentując informacje o planach zmiany fragmentu Modlitwy Pańskiej.



W związku z doniesieniami medialnymi o sugestii Ojca Świętego Franciszka, jakoby należało zmodyfikować fragment modlitwy „Ojcze Nasz”, chcielibyśmy poprosić Księdza Profesora o komentarz. Czy należy zmienić coś w tekście Modlitwy Pańskiej?

Wszelkie sugestie dokonywania zmian w modlitwach należy przyjmować z ogromną ostrożnością. Może się bowiem okazać, że za postulatem zmiany w jednej modlitwie pójdą  żądania kolejnych zmian, aż po zmiany w samym Credo. To niebezpieczeństwo jest realne, także i dlatego, że zwolennikom politycznej poprawności, mówiąc najdelikatniej, nie wszystko się w chrześcijaństwie podoba.

Jeśli chodzi o tę konkretną sprawę, czyli treść modlitwy „Ojcze Nasz”, najlepiej wrócić do Ewangelii.

Jest to Modlitwa Pańska, bo nauczył jej nas sam Pan Jezus, a więc stoi za nią Jego autorytet. Powiedział: „Kiedy się modlicie, mówcie”. Słowa tej modlitwy ważą więc bardzo wiele i trzeba się pilnie starać, żeby w rozmaitych językach, gdy ją tłumaczymy, wiernie wyrazić treść oryginału.

Oryginał modlitwy, który zachował się w kanonie Nowego Testamentu, jest w języku greckim. Zawiera najpierw wezwanie, niejako „adres”, czyli: „Ojcze Nasz, któryś jest w Niebie”, a następnie siedem próśb. Przedostatnia brzmi po grecku: „Kaí mē eisenénkes hēmás eis peirasmón”.

Słowo „peirasmós” w biblijnym języku greckim oznacza „próbę”, i „doświadczenie”, a także „pokusę”. Po polsku można tę prośbę przetłumaczyć: „I nie wystawiaj nas na próbę”, co znaczy: Boże, nie wystawiaj nas na próbę, z której nie wyszlibyśmy zwycięsko, a jeżeli ją dopuszczasz, daj nam moc do jej przezwyciężenia.

Ta grecka modlitwa z Nowego Testamentu została już w starożytności przełożona na język łaciński. Po łacinie ów werset brzmi: „Et ne nos inducas in tentationem”.

Mamy tutaj wyrażenie „temptatio”, które w języku łacińskim ma dwa zasadnicze znaczenia, a mianowicie „próba” i „pokusa”. Pochodzi od czasownika „tempto”, który ma podstawowe znaczenie „macać”, „dotykać”, a stąd „próbować”, „wystawiać na próbę” i „(wy)badać” oraz „wieść na pokuszenie”, „przerobić”. W tradycyjnym brzmieniu Modlitwy Pańskiej, jakie mamy w języku polskim oraz w innych językach, słuchać drugie znaczenie.

„Et ne nos inducas in tentationem” zostało więc w dawnym języku polskim przetłumaczone jako: „I nie wódź nas na pokuszenie”. Ten przekład może sugerować, że tym, kto nas wodzi na pokuszenie, czyli kusi, jest Bóg, co jest teologicznie niepoprawne. Jednak staropolskie „pokuszenie” znaczyło również „próba”, „trudne doświadczenie”.

Mając na względzie oryginalny, grecki sens „Nie wystawiaj nas na próbę”, nasuwa się pytanie: Czy Bóg może nas wystawiać na próbę?

Znowu wracamy do Pisma Świętego. Mamy przykład Abrahama w 22. rozdziale Księgi Rodzaju, który przeżył Bożą próbę, z której wyszedł zwycięsko. Mamy przykład Hioba, który został wystawiony na ciężką próbę, z której też wyszedł zwycięsko. Szósta prośba modlitwy „Ojcze Nasz” nawiązuje do tych starotestamentowych wzorców i przypomina postawę wielkich bohaterów wiary, którzy w trudnych okolicznościach pozostali wierni Bogu.

Czy zatem należy zmienić słowa „I nie wódź nas na pokuszenie”? Nie sądzę, aby jakakolwiek zmiana była konieczna, potrzebne jest natomiast cierpliwe objaśnianie głębokiego znaczenia tej prośby. Modlitwa, odmawiana w tym brzmieniu przez setki lat, a więc miliony razy przez miliony ludzi, bardzo mocno się utrwaliła. Także w obecnym brzmieniu, kiedy jest właściwie rozumiana, jej sens jest głęboki i teologicznie poprawny.

Papież Franciszek sugeruje jednak zmianę w brzmieniu.

Ta sprawa była już w Polsce poruszana. Dyskusja miała miejsce kilkanaście lat temu, gdy pojawił się nowy przekład Pisma Świętego dokonany przez Paulistów, tzw. Biblia Paulistów, a w nim tłumaczenie: „I nie dopuszczaj do nas pokusy”. Reakcje wówczas, tak jak dzisiaj, były różne, lecz najczęściej przeciwne wprowadzaniu jakichkolwiek zmian do modlitwy od wieków utrwalonej w polskiej tradycji.

Czyli mamy do czynienia z problemem pewnej ostrożności, jaką należałoby zachować. Mamy bowiem z jednej strony całe dziedzictwo kanonicznych modlitw, którymi Kościół posługuje się od wieków i pojawiłoby się niebezpieczeństwo, że nagle będzie jakiś nurt reformatorski i zaczniemy wnikać i korygować więcej tekstów, a to groziłoby zamętem.

W naszej wierze i pobożności utrwaliło się „I nie wódź nas na pokuszenie”. Dojrzali katolicy wiedzą o co chodzi, a ci, którzy nie rozumieją tych słów, powinni dołożyć starań, by je poprawnie rozumieć. Wszelkie próby majstrowania, jeżeli tak można powiedzieć, przy tej modlitwie są dwuznaczne. Na ich przedłużeniu, co widać w środkach masowego przekazu, chodzi nie o utwierdzanie wiary chrześcijańskiej, lecz o jej rozmywanie i rozmontowywanie. Wyjmując jedną cegiełkę z potężnej konstrukcji wiary i pobożności Kościoła stwarza się precedens do wyjmowania kolejnych cegiełek, co zresztą na rozmaite sposoby się odbywa.

Ksiądz Profesor wspomniał, że Bóg dopuszcza pewne próby i stawia nas w ich obliczu. Czy nie dałoby się również tutaj takiego porównania zrobić między tym, co Pan Jezus nauczył nas w Modlitwie Pańskiej,  z tym, co sam przeżył w Ogrodzie Oliwnym, kiedy modlił się o „odsunięcie tego kielicha”, czyli próby, przed którą miał stanąć. Czy tutaj jest uprawnione porównanie, że sam Jezus był wystawiony na próbę?

Jezus, człowiek i Syn Boży, przeszedł przez wszystko, co  jest udziałem Jego wyznawców – z wyjątkiem grzechu. Jezus, prawdziwy człowiek, przeżył w Ogrójcu bardzo ciężką próbę, z której wyszedł zwycięsko okazując zaufanie i posłuszeństwo Ojcu.

Szósta prośba Modlitwy Pańskiej niejako antycypuje, czyli wyprzedza to, co wydarzyło się w Ogrójcu i zostało dopełnione na Krzyżu.

Skoro już takie słowa padły, skoro już jest to elementem debaty publicznej, być może należałoby, żebyśmy nawzajem zachęcali się do pogłębienia katechezy na temat Modlitwy Pańskiej. Myślę, że jest dobra okazja ku temu, czyli Adwent.

Od 32 lat prowadzę konferencje biblijne w kościele Zwiastowania Pańskiego w Warszawie. Raz w miesiącu spotykamy się z wiernymi, których jest około pół tysiąca. Temat tegorocznych konferencji brzmi: „Biblijna medytacja nad Modlitwą Pańską”. Do tej pory, podczas dwóch kolejnych konferencji, omawialiśmy wspomniany na początku naszej rozmowy „adres”, czyli „Ojcze nasz, któryś jest w Niebie”. Na początku grudnia rozważaliśmy pierwszą prośbę, czyli „Święć się Imię Twoje”. W styczniu będzie „Przyjdź Królestwo Twoje” i tak dalej. W maju dojdziemy do prośby „I nie wódź nas na pokuszenie”.

Każda konferencja na temat poszczególnych wezwań Modlitwy Pańskiej trwa godzinę. Wszystkie konferencje są dostępne również w Internecie. Wiem, że zainteresowanie tegorocznymi konferencjami jest bardzo duże i mam odrobinę satysfakcji, że na kilka miesięcy przed tym, zanim zaczęła się obecna dyskusja, podjęliśmy pogłębioną katolicką refleksję nad modlitwą „Ojcze Nasz”.

Kiedy będzie najbliższe takie spotkanie?

15 stycznia 2018 roku o godzinie 19.15 w kościele pod wezwaniem Zwiastowania Pańskiego na ulicy Gorlickiej w Warszawie. Przedmiotem refleksji będzie, jak wspomniałem, druga prośba Modlitwy Pańskiej, czyli „Przyjdź Królestwo Twoje”.

Poprzednie konferencje są dostępne w Internecie na stronie Parafii Zwiastowania Pańskiego oraz na stronie internetowej „konferencje biblijne” z moim imieniem i nazwiskiem (http://wch-biblijne.pl/).


Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Arkadiusz Stelmach


DATA: 2017-12-14 12:57
AUTOR: ROZMOWA PCH24.PL 
 https://www.pch24.pl/ojcze-nasz-wymaga-korekty--odpowiada-ks--prof--chrostowski,56793,i.html

czwartek, 14 grudnia 2017

Nadchodzi czas katolickiego, ortodoksyjnego "ludowego Kościoła" - Kościoła walczacego.

Nadchodzi czas katolickiego, ortodoksyjnego "ludowego Kościoła", który tradycyjna doktryna nazywa Kościołem walczącym (Ecclesia militans)

Opuszczeni przez rozsiewającego heretyckie błędy Franciszka, zdradzeni przez heretyckich, masońskich, szantażowanych seksualnymi skandalami i obojętnych  biskupów, lub takich, którzy po prostu stracili wiarę. Pozostawieni sami sobie wierni, stają się świadomi, że są ostatnimi żołnierzami Kościoła walczącego. Można czysto technicznie powiedzieć, że nadchodzi czas katolickiego, ortodoksyjnego "ludowego Kościoła". Ludowego gdyż to wierni, jak ten opisany w Dziełach Apostolsku "lud", modlący się za Piotra, zmusza biskupów w Polsce do Intronizacji Jezusa Chrystusa na Króla Polski, choć formalnie kompromisowy biskupi dokument mówi o "Panie i Władcy". To lud organizuje w Polsce, Włoszech, Irlandii, Stanach Zjednoczonych różaniec "do granic i wybrzeża". To lud pobudza i organizuje powrót Tradycyjnej Mszy św. i tradycyjnego nauczania. To lud wspiera nielicznych już  hierarchów i księżny czy kongregacje księży,  wiernych ortodoksyjnemu doktrynie. To lud organizuje media i komunikacje między ortodoksyjnymi. To lud, woła "Matko ratuj nas, bo toniemy!" bo szalejąca burza bezbożności, jest już huraganem i tajfunem łącznie. Można szukać analogi w czasach ariańskiej herezji ale czasy są już inne bo ostateczne.
Nie można nie widzieć ręki Opatrzności, która dała prawowiernym Jedynego, Świętego, Katolickiego i Apostolskiego Kościoła narzędzia techniczne. Internet i media społecznościowe połączyły porwane przez herezje parafie i biskupstwa, przekraczając granice państw i kontynentów.
"Wolno mielą młyny boże" jak mówi ludowe przysłowie i nie wiemy jak długo jeszcze potrwa obecny stan Kościoła. Czy iskra, która miała wyjść z Polski przed ponownym przyjściem Naszego Pana długo wędrować będzie jeszcze po świecie i co jeszcze nam przyniesie. Możemy już tylko opowiedzieć za św. siostrą Faustyną Kowalską  "Jezu ufamTobie!

Redakcja



wtorek, 12 grudnia 2017

'Rosary on the Coast for Life & Faith' Westport, Ireland







List do Przyjaciół i Dobroczyńców nr 88

List do Przyjaciół i Dobroczyńców nr 88

Drodzy Przyjaciele i Dobroczyńcy!

W październiku 2017 r. obchodzimy rocznice trzech wydarzeń, które naznaczyły bieg historii ludzkości i Kościoła: buntu Lutra, rewolucji bolszewickiej i cudu w Fatimie.
Pięćset lat temu, 31 października 1517 r., Marcin Luter wystąpił przeciw Kościołowi katolickiemu. Sto lat temu, 7 listopada, wybuchła rewolucja w Rosji. Ze względu na obowiązujący tam wówczas kalendarz juliański otrzymała nazwę „rewolucji październikowej”.

Sto lat temu, kilka dni przed wydarzeniami w Rosji, 13 października Niepokalane Serce Maryi spektakularnym cudem przypieczętowało swoje przesłanie zapowiadające wielkie wydarzenia w Kościele i na świecie, spośród których kilka należy już do przeszłości, jak na przykład II wojna światowa, a inne jeszcze się nie wydarzyły, jak na przykład triumf Niepokalanego Serca i nawrócenie Rosji.

Reformacja zainicjowana przez Lutra jawiła się początkowo jako wydarzenie należące [tylko] do sfery religijnej. Z pewnością niemiecki heretyk wstrząsnął fundamentami Kościoła katolickiego, atakując papiestwo, [pojęcie] łaski, Mszę świętą, kapłaństwo, Najświętszą Eucharystię… Wiara i środki dane ludziom przez Boga dla wyjednania im wiecznego zbawienia zostały odrzucone lub kompletnie zafałszowane.
Z uwagi na niezaprzeczalny związek między nadprzyrodzonym porządkiem Kościoła i łaski z jednej strony, a doczesnym porządkiem rządów człowieka i społeczeństwa obywatelskiego z drugiej, wkrótce bunt przeciwko Kościołowi rozprzestrzenił się na sferę społeczną, po dziś dzień dzieląc Europę, rozpoczynając czasy prześladowań Kościoła w krajach, w których zwyciężyła reformacja i zostawiając na całym kontynencie blizny okrutnych wojen, z których najbardziej brutalna była wojna trzydziestoletnia. Jesteśmy prawdziwie skonsternowani, widząc dzisiaj katolickich prałatów upamiętniających, a nawet świętujących to wydarzenie, tak smutne i przerażające dla chrześcijaństwa.

Bunt Lutra oparł się na zasadzie, która jest podstawą myśli współczesnej i która rządzi całym dzisiejszym społeczeństwem, niezależnie od tego, czy uważa się ono za liberalne, czy socjalistyczno-komunistyczne. Ta zasada pragnie uwolnić ludzi od ich zależności od Boga i od ustanowionego przezeń porządku, zarówno w sferze naturalnej, jak i nadprzyrodzonej.

Tymczasem u podstaw natury człowieka leży ontologiczny fakt jego całkowitej zależności od Stwórcy; całkowitej, ponieważ nie ma miejsca, w którym człowiek mógłby się przed nią ukryć; już samo pojęcie stworzenia wyraźnie na to wskazuje. Od strony stworzenia ta obiektywna zależność natychmiast rodzi obowiązek równie całkowitego poddania się Stwórcy, który jest Bogiem. To poddanie się wykracza daleko poza posłuszeństwo przykazaniom Bożym, posłuszeństwo moralne, uważane za najpowszechniejszy sposób jego wyrażenia. Rozciąga się również na porządek inteligencji, na naszą wiedzę. Jest to poddanie naszego rozumu rzeczywistości, która narzuca się nam w ten sposób, że prawdę możemy zdefiniować jako „zgodność intelektu z rzeczywistością”, rzeczywistością obiektywną. W sferze wiary podążamy tą samą drogą, jednak powód naszego poddania się jest inny. O ile rozum naturalny ulega mocy dowodów, o tyle nadprzyrodzona wiara poddaje się autorytetowi Boga, Prawdy objawionej, która nie myli się, jak wyznajemy w akcie wiary, i nie wprowadza nas w błąd.

Stosując zasadę „wolnego badania”, Luter zniszczył to podporządkowanie. Od tego czasu hasłem, które rozbrzmiewa w świecie, jest okrzyk: „wolność!”; w rzeczywistości wyraża ono bunt przeciwko Bogu i przeciwko ustanowionemu przez Niego porządkowi rzeczy. Ta współczesna wolność schlebia duszy upadłej na skutek grzechu pierworodnego; to pokusa i ułuda naszych czasów. To fantazja, która natchnęła archanioła Lucyfera do grzechu i zainspirowała wszystkie kolejne grzechy. Tak zwana emancypacja kończy się bardzo źle i ostatecznie ma niewiele wspólnego z prawdziwą wolnością. Człowiek został bowiem stworzony jako istota wolna nie po to, aby buntować się przeciwko Bogu – swemu ostatecznemu celowi i najwyższemu dobru – ale po to, aby samemu wybrać środki, które go doprowadzą do Boga, a tym samym aby zasłużyć na osiągnięcie wiecznego szczęścia, które Bóg Wszechmogący pragnie dzielić ze swoim stworzeniem.

Jakże niewielu ludzi, żyjących w tej liberalnej atmosferze, rozumie dziś te podstawowe prawdy!
Niemożliwe do uniknięcia nadużycia liberalizmu doprowadzonego do swojej logicznej konkluzji – a więc albo do anarchii, albo do tyranii materialistycznej władzy – podobnie jak ekscesy socjalizmu i komunizmu, których okrutne występki tragicznie naznaczyły XX wiek dwustu pięćdziesięcioma milionami ofiar, nie skłaniają współczesnego człowieka do refleksji.

Rewolucja rosyjska zaczęła się od buntu przeciwko jarzmu władzy doczesnej, ale korzenie tej rewolty nie znajdowały się w Rosji. Odnajdujemy je raczej w Europie Zachodniej: Karol Marks był Niemcem. Rosja była terenem, na którym miały zostać wprowadzone opracowane przez Niemca Marksa zasady, przy – jak uważają niektórzy historycy – finansowym wsparciu zachodnich kręgów biznesowych. Jednak bardzo szybko rewolucja zaatakowała także religię. Komunizm już zawsze będzie widział w Kościele katolickim, bardziej niż w jakimkolwiek innym wyznaniu, swego zaprzysięgłego wroga, którego trzeba zniszczyć, o ile to możliwe. To właśnie pod rządami komunistów miały miejsce największe prześladowania Kościoła i trwają one po dziś dzień w Chinach, w Korei Północnej czy w Wietnamie.

Wszystko to zostało przepowiedziane w Fatimie, gdzie Matka Boża w celu zażegnania zagrażającego ziemi zła poprosiła władze kościelne oraz każdego chrześcijanina o coś bardzo prostego: o praktykowanie nabożeństwa do Jej Niepokalanego Serca, nabożeństwa pięciu pierwszych sobót miesiąca w duchu zadośćuczynienia za zniewagi przeciwko Matce Bożej oraz o poświęcenie Rosji.

Uderza nas pozorna dysproporcja między wskazanymi przez niebo środkami, mającymi naprawić wszelkie zło ludzkości a dramatycznym kierunkiem obranym przez narody w naszej epoce. Jednakże Bóg Wszechmogący, w sposób nieskończenie wykraczający ponad ludzki zamęt, nie potrzebuje ludzkich środków. Wystarczy jedno Jego słowo, żeby stworzyć wszechświat, żeby go odnowić, żeby go ocalić – jednak do tego potrzeba ludzi, którzy w końcu uznają Jego władzę. „Wojna zbliża się ku końcowi, ale jeżeli ludzie nie przestaną obrażać Boga, to w czasie pontyfikatu Piusa XI rozpocznie się kolejna, jeszcze gorsza”. „Jeżeli Moje życzenia zostaną spełnione, Rosja nawróci się i nastanie pokój. Jeżeli nie, bezbożna propaganda rozszerzy swoje błędne nauki po świecie, wywołując wojny i prześladowanie Kościoła”. Pokój świata – i Kościoła – zależy od poświęcenia Rosji Niepokalanemu Sercu Maryi. Według niepodważalnego świadectwa, które zostało mi osobiście złożone, siostra Łucja na krótko przed śmiercią powiedziała pewnemu księdzu, że „poświęcenie Rosji ZOSTANIE DOKONANE, ale będzie to bardzo trudne [do przeprowadzenia]”.

Triumf Niepokalanego Serca Maryi nadejdzie, nie mamy co do tego wątpliwości, ale w chwili obecnej walka szaleje, tym razem nawet w samym Kościele. Filary naszej wiary, które wydawały się niewzruszone, drżą w posadach; niektórzy biskupi i kardynałowie posuwają się nawet dalej niż ich nowy mistrz, Luter, i świętują w tym roku rocznicę jego buntu. Niewielu jest tych, którzy bronią prawdy objawionej. Głos, od którego w Kościele tu na ziemi wszystko zależy, konsekwentnie milczy. Pozwala ciemnościom doktrynalnego i moralnego chaosu przenikać do Miasta Boga.

Już Paweł VI, 29 czerwca 1972 r. zauważył, że „przez jakąś szczelinę dym szatana przeniknął do świątyni Boga”. Dziś to już nie nikły kłąb dymu, ale gęsty dym erupcji wulkanicznej. Św. Pius X twierdził z kolei: „Kto się istotnie nad tym zastanowi, ten się musi słusznie zatrwożyć, czy czasem ta przewrotność umysłów nie jest pewną próbką i już jakby początkiem nieszczęść, które są przeznaczone czasom ostatecznym; czy czasem «syn zatracenia» (2 Tes 2, 3), o którym mówi Apostoł, nie przebywa już na tej ziemi” (encyklika E supremi apostolatus z 4 października 1903 r.). Co sto lat później mamy powiedzieć na widok Kościoła, który stopniowo się rozpada? Nasza krew zastyga, gdy słyszymy ten sam głos, mówiący w trakcie konferencji prasowej 26 czerwca 2016 r. na pokładzie samolotu powracającego z Armenii, że Luter nie mylił się w kwestii usprawiedliwienia: „Uważam, że zamiary Marcina Lutra nie były błędne: był on reformatorem. […] A dzisiaj luteranie i katolicy, wraz ze wszystkimi protestantami, zgadzamy się w kwestii doktryny usprawiedliwienia: w tym bardzo ważnym punkcie, on [Luter] nie mylił się”.

Nie mamy zatem dla Bractwa Św. Piusa X, dla was, Drodzy Wierni, żadnej innej strategii działania, jak tylko kontynuowanie tego, co zawsze czynił Święty Kościół, cokolwiek by się działo. Droga prawdy, która we wszystkich czasach wydawała na świat świętych, zawsze pozostanie bezpieczną drogą daną przez niebo; drogą Ewangelii, drogą naśladowania Pana Jezusa i Matki Bożej. Przyjmujemy środki wskazane przez niebo, mając pewność, że nie możemy zrobić nic lepszego. Nasza Krucjata Różańcowa oficjalnie zakończyła się 22 sierpnia, jednak błagamy i zachęcamy Was, abyście podtrzymali nabyte dobre nawyki: odmawianie różańca, składanie małych ofiar tak miłych Bogu, mających moc ratowania dusz dla wieczności, pod warunkiem, że włożymy w nie ziarno miłości do Boga!

Pod koniec tego roku, w którym obchodzimy setną rocznicę objawień fatimskich, pamiętajmy o naukach i prośbach Maryi, zawsze Dziewicy i Matki Boga. Zgodnie z Jej własnymi słowami Jej Serce będzie naszą ucieczką i drogą, która prowadzi do Boga. Żyjemy tą nadzieją, nie zniechęcając się przerażającymi wydarzeniami, które się wokół nas dzieją, świadomi, że możemy i powinniśmy robić wiele dobrego dla ludzi nam współczesnych, wiernie zachowując skarby Tradycji.

Przyjmijcie serdeczne podziękowania za Waszą niestrudzoną wspaniałomyślność. Niech Bóg Wam wynagrodzi łaskami i niech Wam błogosławi w Waszym oczekiwaniu na triumf Niepokalanego Serca Maryi.
Menzingen, 21 listopada 2017 r., w uroczystość Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny

+ Bernard Fellay
Przełożony generalny

za:  https://news.fsspx.pl/2017/11/list-do-przyjaciol-i-dobroczyncow-nr-88/

poniedziałek, 11 grudnia 2017

Kalifornia poświęcona Matce Bożej. Amerykanie wzorowali się na Różańcu do Granic

W minioną sobotę, tuż po Świecie Niepokalanego Poczęcia, dzięki  inicjatywie świeckich katolików dokonano aktu poświęcenia Kalifornii Matce Bożej. 9 grudnia w południe odprawiano Msze święte w wyznaczonych parafiach, a następnie odmawiano Różaniec i akt konsekracyjny. Były też procesje z parafii na pobliskie plaże.



 Chociaż organizatorzy tej wielce potrzebnej akcji modlitewnej nie mówią, że zainspirował ich polski „Różaniec do granic”, to jednak  trudno oprzeć się pewnym skojarzeniom. Nawet na stronie internetowej organizatorów są zdjęcia znad Bałtyku. Po Włoszech i Irlandii, Kalifornia poszła polskimi śladami. I nie koniec na tym, bo 12 grudnia  modlitwa różańcowa obejmie całe USA!

Pomysłodawcą kalifornijskiej akcji był Angelo Libutti, utalentowany artysta grafik, hollywodzki weteran. W wieku 16 lat odkryty przez Disneya jako komik-artysta, zaczął pracować dla głośnej wytwórni filmowej oraz dla znanych gazet i czasopism europejskich jako ilustrator i projektant graficzny. W połowie listopada tego roku Angelo Libutti zgłosił pomysł z akcją modlitewną dla Kalifornii. Pytany o genezę inicjatywy powiedział, że pomysł zrodził się w nim podczas godziny świętej między 2- 4 nad ranem!

Oddany adoracji Najświętszego Sakramentu doświadczył głębokiego poczucia nędzy duchowej Kalifornii. „Spośród wszystkich stanów, Kalifornia jest najbardziej niewierna Dekalogowi i najdalsza od Boga”, powiedział Libutti. A jednak, jak uważa hollywoodzki artysta, w Kalifornii panuje dotkliwy głód Boga. Widać to po szukaniu transcendencji niejako po omacku.

Stąd niezliczone sekty i protestanckie kościoły wyrosłe z uczuciowego gruntu bez klarownej teologii.  „Jednego dnia ludzie są ateistami, 5 miesięcy później stają się buddystami, a za kolejne pół roku wchodzą do nowego kościoła. Wśród tych poszukiwań w ciemnościach wielu pozostaje ślepymi naprawdę” - powiedział Libutti.  I to stało się inspiracją dla akcji poświęcenia Kalifornii Matce Najświętszej. „Z Jej pomocą możemy pokonać wszelkie przeszkody, gdyż Jezus dał nam Ją na Kalwarii” – dodał.

Dzięki społecznemu poparciu i włączeniu się w duchowe dzieło znanych świeckich apologetów, inicjatywa zaczęła nabierać tempa począwszy od Los Angeles, przez Orange Country i San Diego, aż po San Francisco na północy. Wśród aktywnie działających na rzecz aktu konsekracji pojawiły się nazwiska znanych nie tylko w Kalifornii, ale w całych USA katolickich ewangelizatorów, np. Jesse Romero (dawny niepraktykujący katolik, zastępca szeryfa w Los Angeles),  czy odważnych obrońców życia, np. Lila Rose i David Daleiden. Do akcji włączyli się także egzorcysta ks. Chad  Ripperger, towarzystwo „Tradycja, Rodzina, Własność” (TFP) oraz głośny świecki ewangelizator Joseph Sciambra, nawrócony z hulaszczego trybu życia homoseksualista, założyciel organizacji „Jesus Loves Gay Men” (Jezus kocha gejów) działającej szczególnie wśród gejów rejonu San Francisco.

Największe znaczenie dla duchowego przedsięwzięcia miało niewątpliwie zdobycie poparcia biskupów, proboszczów i księży. W Kalifornii mieszka 11 milionów katolików czyli 29 proc. ludności stanu. Należą oni do 1073 parafii zlokalizowanych w 12 diecezjach. Służbę duszpasterską pełni w nich 3620 kapłanów, 24 biskupów oraz 2 arcybiskupów (w tym jeden kardynał). Gdy dodać do tego 41 katolickich szpitali, 36 ośrodków służby zdrowia, 13 katolickich uczelni wyższych, 114 szkół średnich, 569 szkół podstawowych oraz 181 ośrodków pomocy społecznej i charytatywnej  jawi się obraz niemałego, prężnego Kościoła Katolickiego.

Dopiero jednak akcja taka jak Konsekracja CA Niepokalanemu Sercu Maryi z 9 grudnia obnaża jego kondycję duchową. Wedługg dostępnych danych na 24 biskupów, zaledwie 3 wyraziło poparcie i zaangażowało się w oddolną inicjatywę wiernych świeckich. Byli nimi Arcybiskup Salvatore Cordileone z San Francisco, Biskup Robert Vasa z diecezji Santa Rosa (na północy CA) oraz zgłoszony nieco później Biskup David O’Connell z San Gabriel (archidiecezja Los Angeles). Liczba kościołów parafialnych  biorących udział w konsekracji jest równie boleśnie niska, bo zaledwie 16, z których aż 3 – o dziwo - w San Diego.

Gdybyśmy mieli skupić się jedynie na tych zasmucająco małych liczbach, stracilibyśmy z oczu coś znacznie ważniejszego. A jest nim sam fakt zaistnienia tak ważnej oddolnej inicjatywy wśród kalifornijskich katolików. To autentycznie wielkie zwycięstwo żywej wiary ludzi przejętych upadkiem moralnym swego stanu nad bezmiarem grzechów, obojętności  wobec zła i braku wiary (także duchowieństwa) oraz upadku nadziei. Nawet jeśli liczba osób modlących się nad samym Pacyfikiem w dzielnicy Santa Monica w Los Angeles, bądź na plaży w San Francisco, San Diego czy Dana Point była niewielka, to byli jeszcze inni ludzie modlący się w swoich kościołach i kaplicach bez udziału księży oraz w prywatnych domach.  Ich świadectwo poruszać musi wszystkich, którzy nie mogli tam być 9 grudnia oraz których kapłani nie chcieli włączyć się w publiczny akt konsekracji. Ich modlitwa wstawia się także za tymi katolikami, których zmogła pokusa „świętowania Christmas” z milionami innych uwiedzionych przez festiwale świateł i  „handlowe świątynie”.

W ciemnościach grzechów, jakie ma na sumieniu Kalifornia: od obojętności lub wręcz wrogości wobec Dekalogu, braku uczestnictwa w niedzielnej Mszy św., bylejakości Liturgii, przez gorszącą modę, seksualizację dzieci i młodzieży, zaniedbywanie starszych i chorych przez ich rodziny, plagę rozwodów, narkomanię, deprawujący przemysł rozrywkowy rodem z Hollywood po powszechną akceptację homoseksualnego stylu życia, dyktaturę groźnej filozofii gender, aż po miliony aborcji, akt konsekracji Kalifornii Sercu Niepokalanej jest światełkiem nadziei, że nie wszystko stracone.

Co ciekawe, organizatorzy wyrażali życzenie, aby modlić się szczególnie w kościołach  wzdłuż budzącego trwogę Kalifornijczyków uskoku San Andreas. Z uskokiem tym liczącym 1200 km długości oraz 15 km głębokości wiążą się trzęsienia ziemi nawiedzające stan, w tym najbardziej znanego i tragicznego w skutkach z 1906 r., które zniszczyło San Francisco.

Data 9 grudnia 2017 r.  będzie nowym dniem w historii urzekająco pięknej, choć upadłej Kalifornii. Tego dnia za sprawą może nielicznych, ale gorliwych serc narodziła się dla niej nowa nadzieja. Będzie budzić inne serca do refleksji i nawrócenia.
 
Lucyna Kondra

za:  https://www.pch24.pl/kalifornia-poswiecona-matce-bozej--amerykanie-wzorowali-sie-na-rozancu-do-granic-,56739,i.html

niedziela, 10 grudnia 2017

"Consensus Catholicism"





When we approach the spiritual life, there's is only one view which can predominate and that is spirituality involves conflict — spiritual combat as some of the mystics called it. Images of militancy on the way to holiness are all over the pages of Sacred Scripture. Struggle, combat, fight — this is the hallmark of Catholicism. It's why the Church on earth is called the Church Militant. It's why we chose the name we did for our activities and productions because the need to bring to mind once more the reality that the Church Militant must be emphasized.

Getting to Heaven is a war. That often means that we will be at odds with the world, severe odds on occasion, just as Our Blessed Lord told us in the Upper Room, "If the world hates you, know that it has hated me before it hated you." Given all this, it is very easy to see why the Church in the West has failed in Her mission to make disciples and win the culture for Christ. Leaders long ago laid down their weapons, their spiritual weapons, and set about to make peace with the world.

Leaders have fused together the Church and the world and created a hybrid monster — a Catholicism by consensus — where divine truths are marginalized for the more "practical" solutions to life's problems. The Church, in too many examples, has simply acquiesced to the prevailing whims of the world and tried to make a contract with the world — a sort of peace treaty, a detente with the evil of the so-called sexual revolution.
First, it was no-fault divorce, then contraception, then came little more than the occasional whimper about abortion. Now, we have chosen to remain silent about same-sex marriage and next in queue is the whole transgender insanity. And why has this happened? Leaders have abdicated their leadership in order to keep consort with the average Joe. Instead of protecting Joe when he would have still been open to hear about the evils of rampant sexual license, they chose not to offend him. They wanted and still want his praise, his company, his respect. So, they never challenge him and call him to the greatness for which he was created and leave him to mire in his sinfulness. There is no appeal to his intellect, no formation of his soul. He is left to his own devices — largely unassisted by grace — as his clerical buddies don't just meet him where he's at but pitch a tent and hang out with him there. They make him comfortable in his sin, excuse it with the power of their collar or mitre, help him rationalize himself straight into Hell — all because they don't want to upset the status quo.

Since the consensus among a majority of Catholics today is that the Sexual Revolution is okay then that's where the religious leaders go, either agreeing with them or at least not challenging them. But they never call Joe out of his darkness because they would have to pay a price for it, a personal price in terms of their careers or the latest diocesan-wide collection or worldly respect — you name it. There isn't really the slightest sign of hope among the clerical ranks at least that any of this is going away anytime soon. No, in fact, we are only at the beginning of the real crisis. Many prelates are willing to sacrifice truth on the altar of consensus, of bridge building.

Consensus Catholicism does not build a bridge. It fashions a slide. And guess where that slide goes?There is no doubt that consensus Catholicism is popular. But most importantly, it is pointless. The only consensus a committed faithful Catholic needs to worry about creating is within his own soul regarding the truth of the Catholic faith. Any other consensus is a fraud.

za:  https://www.churchmilitant.com/video/episode/vortex-consensus-catholicism
 więcej: https://www.churchmilitant.com/video/archive/the-vortex