niedziela, 21 stycznia 2018

Henricus VIII et Amor


za: https://www.facebook.com/TheChurchMilitant/

piątek, 19 stycznia 2018

"Ryzyko rozłamu? Nie. Rozłam już nastąpił" - Alfredo Morselli

Ryzyko rozłamu? Nie. Rozłam już nastąpił



Nie ma żadnego ryzyka rozłamu w Kościele, ponieważ do rozłamu doszło już dawno - powiedział Alfredo Morselli, teolog z Bolonii (Włochy) i sygnatariusz Synowskiego Napomnienia 14 stycznia La Fede Quotidiana.

Morselli sprzeciwił się twierdzeniu kardynała Müllera, według którego "istnieje ryzyko rozłamu na linii między tradycjonalistami a postępowcami". Zamiast tego, zauważa Morselli, jest faktem rozłam między "katolikami a modernistami".

Wyjaśnia, że modernizm to ruch, który wymyśla swoją własną wiarę i moralność, zastępując boską mądrość ludzką myślą, w przeciwieństwo do katolicyzmu, który trzyma się wiary i moralności przekazanej przez Chrystusa i apostołów.

za: https://gloria.tv/article/fSh68ztf8oJS6nFnb2A431w7D

"Wolno stawiać opór biskupowi Rzymu..." św. Robert Bellarmin


czwartek, 18 stycznia 2018

Kapituła generalna Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X w dniach od 11 do 21 lipca 2018 r

Kapituła generalna Bractwa

Bractwo Kapłańskie Świętego Piusa X to stowarzyszenie życia apostolskiego, założone przez abp. Marcelego Lefebvre’a w celu kształtowania kapłanów w tradycyjnym duchu katolickim, który przyświecał Kościołowi aż do czasu II Soboru Watykańskiego. Statuty Bractwa 1 listopada 1970 r. zatwierdził ordynariusz diecezji Fryburg, bp Franciszek Charrière; 18 lutego 1971 r. otrzymały one oficjalną pochwałę ze strony prefekta Świętej Kongregacji ds. Duchowieństwa, kard. Jana Józefa Wrighta. We wstępie do nowego wydania statutów Bractwa z 20 marca 1990 r. abp Lefebvre wychwalał działanie Opatrzności Bożej, która „w swej nieskończonej mądrości powołała dzieło odnowy katolickiego kapłaństwa, aby zachować skarby, które Jezus Chrystus przekazał swemu Kościołowi: wiarę w jej całości, łaskę Bożą przez Jego ofiarę i sakramenty oraz duszpasterzy, mających udzielać te skarby życia Bożego”.

Obecnie Bractwo Św. Piusa X liczy 637 kapłanów oraz 123 braci i 79 sióstr oblatek, pracujących u boku księży. W seminariach i nowicjatach Bractwa na całym świecie około 250 młodych mężczyzn przygotowuje się do służby ołtarza.


W bieżącym roku w życiu Bractwa nastąpi ważne wydarzenie: w dniach od 11 do 21 lipca 2018 r. w seminarium św. Piusa X w Ecône w Szwajcarii odbędzie się kapituła generalna FSSPX. Zbiera się ona co 12 lat w celu dokonania wyboru przełożonego generalnego i jego dwóch asystentów, ale przede wszystkim w celu sprawdzenia, czy statuty Bractwa są nadal stosowane w duchu, który przyświecał jego założycielowi. Arcybiskup Marceli Lefebvre, mąż Kościoła o bogatym doświadczeniu misyjnym, przestrzegał przed wszelkimi innowacjami – poza tymi, które odnoszą się do zarządzania FSSPX i są niezbędne z powodu rozwoju apostolatu i wzrostu dzieł, pozostających pod opieką Bractwa. Członkowie rady głównej, przełożeni seminariów i dystryktów, a także najstarsi członkowie-kapłani zbiorą się, żeby wskazać władze FSSPX oraz dokonać przeglądu różnych aspektów jego działalności: życia wspólnotowego i liturgicznego, apostolatu i administracji, uświęcenia członków oraz walki o wiarę katolicką.

Przełożony generalny, bp Bernard Fellay, zarządził z tej okazji, żeby począwszy od 11 stycznia, czyli sześć miesięcy przed rozpoczęciem kapituły, we wszystkich domach Bractwa Św. Piusa X odmawiano antyfonę Veni Sancte Spiritus (Przybądź, Duchu Święty) wraz z towarzyszącą jej modlitwą, żeby prosić o światło Ducha Świętego, a także aby wzywano opieki i wstawiennictwa Niepokalanego Serca Maryi i św. Piusa X. Władze Bractwa serdecznie zachęcają wiernych i wszystkich ludzi dobrej woli do przyłączenia się do tych modlitw:

Veni, Sancte Spiritus, reple tuorum corda fidelium, et tui amoris in eis ignem accende.
V. Emitte Spiritum tuum et creabuntur.
R. Et renovabis faciem terrae.
Oremus: Deus, qui corda fidelium Sancti Spiritus illustratione docuisti: da nobis in eodem Spiritu recta sapere, et de eius semper consolatione gaudere. Per Christum Dominum nostrum. Amen.
Cor Mariae Immaculatum, ora pro nobis.
Sancte Pie Decime, ora pro nobis.


 https://news.fsspx.pl/2018/01/kapitula-generalna-bractwa/

środa, 17 stycznia 2018

Kurs „Alfa” heretyckim wężem w Kościele.


Po publikacjach dotykających kursów Alfa na portalach katolickich rozgorzała dyskusja.  Pojawili się liczni obrońcy tej metody ewangelizacyjnej, którzy próbowali zdyskredytować krytyczną ocenę kard. Raymonda Burke’a wskazującego, że nie są to kursy właściwe dla katolików, bo nie oddają całej prawdy wynikającej z nauczania Kościoła. Także Michael Voris wskazywał, że kursy są oparte na ckliwości, nie zaś Magisterium.
 W odpowiedzi na polemikę do tychże publikacji, Redakcja PCh24.pl otrzymała list od Pani Moniki Szeli – nawróconej protestantki – będący ważnym głosem w sprawie protestanckich kursów w Kościele Katolickim. Publikujemy go w całości.

 List otwarty w sprawie protestanckich kursów w Kościele Katolickim

Jestem katoliczką z wyboru, a młodość upłynęła mi w zborze zielonoświątkowym, którego członkami do tej pory pozostają moi rodzice i rodzeństwo. Moja droga do Kościoła Katolickiego była długa i trudna, nie tylko ze względów rodzinnych, poprzedzona latami studiowania historii Kościoła, historii schizm i herezji, różnych dokumentów, pism, encyklik, żywotów i dzienniczków różnych świętych. Piszę o tym, gdyż chcę podkreślić, że wybrałam Kościół Katolicki i duchowo, i intelektualnie, uznając, że to właśnie Kościół Katolicki jest tym, któremu dano w depozyt pełnię wiary.

Ze smutkiem zatem obserwuję, że Kościół, który poznawałam ze starszych dokumentów, pism, dzienników i ten obecny, to jakby dwie różne tożsamości, aż korci mnie stwierdzić, że następuje powolny upadek tożsamości katolickiej wśród wielu katolików (nie wszystkich oczywiście). Pomijam już sprawy drobne, jak piosenki, których jako tak zwany lider uwielbienia uczyłam w zborze dwadzieścia lat temu, a które są obecnie nauczane przez młodych organistów lub śpiewane z gitarami przez parafialne chórki i schole, mimo ich ubogiej treści, ograniczającej się do wzbudzania emocji. Pomijam też rzeczy ważne, ale ciągle marginalne, jak na przykład moda na używanie prawdziwego chleba zamiast hostii na mszach w niektórych wspólnotach, zapominających, że w Kościele Katolickim używa się symbolicznej postaci chleba, bo Pan Jezus jest realny, natomiast w zborach protestanckich używa się chleba prawdziwego, bo obecność Pana Jezusa jest tylko symboliczna. To jakiś głębszy problem, polegający na tym, że wielu wiernych, ale też również, a może przede wszystkim, wielu księży przestało wierzyć w wyjątkowość Kościoła Katolickiego.

Mogłabym przytaczać wiele przykładów, ale chciałabym skupić się na jednym, mianowicie na obecnym w parafiach protestanckim kursie Alfa. W zborze ten kurs prowadzi moja własna mama, więc znam jego założenia i treści. Myślałam wpierw, że informacje o kursie w niektórych parafiach, to jakiś wypadek przy pracy, nieświadomość jakiegoś proboszcza, ale ze zdumieniem obserwuję, że propagowany jest w gazetach i portalach katolickich, a również przez niektórych biskupów.

Na mój zdumiony sprzeciw, że przecież to kurs protestancki słyszę różnorakie argumenty. Na przykład, że w tym kursie nie ma prawd wiary katolickiej, ponieważ to jest kurs ‘alfa’ właśnie, czyli początki, a nauczanie o Realnej Obecności Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie i Matce Bożej będzie na dalszych etapach, być może w kursie ‘omega’. Tylko kto ten kurs ‘omega’ napisze? Też protestanci? Czy wspólnie? A jaki kurs od nas protestanci przejęli?

Inni twierdzą, że kurs Alfa jest uzupełniany o prawdy wiary katolickiej na potrzeby katolickich wspólnot. Jeżeli zadajemy sobie trud uzupełniania, to w takim razie po co gorszyć ludzi zapożyczaniem kursu od protestantów? Dlaczego nasi księża nie mogą podawać prawd wiary po naszemu? A jeżeli któryś ksiądz jest mało wymowny, to dlaczego seminaria nie przygotowują dla nich serii dobrze zbudowanych kazań i pouczeń? Wychodzi na to, że w katolickim kraju kilkanaście lat katechez, kilkanaście, dla niektórych kilkadziesiąt lat kazań niedzielnych i okolicznościowych wygłaszanych przez księży po studiach teologicznych ma tylko taki skutek, że trzeba brać kurs od protestantów o podstawach wiary i ukradkiem dodawać do niego jakieś słówko o Matce Bożej? Choć tyle jest dobrych rzeczy i pism w katolicyzmie? W moim odczuciu wprowadzanie tego kursu jest tylko kolejnym krokiem na drodze do jakiejś uniwersalistycznej religii.

Przeczytałam parę dni temu artykuł na stronie deon.pl o kursie Alfa. Autorka, Pani Julia Płaneta dowodzi, że nie ma w kursie żadnego zagrożenia: to miejsce spotkania, wsparcia, odkrywania pasji, stawiania pytań. A jeżeli kogoś te pytania „doprowadzą do kościoła protestanckiego? Czy to źle?” (sic!) Czy to źle, że ktoś pójdzie do kościoła protestanckiego? Taki jest skutek kursu, że redaktorka portalu katolickiego nie odczuwa żalu, że ktoś zamiast Realnej Obecności Pana Jezusa, mszy, spowiedzi i sakramentów pójdzie do jakiegoś zboru?

Dopytałam się oczywiście pani redaktor co ma na myśli i potwierdziła w pełni, że „doprowadzenie kogoś do kościoła protestanckiego nie jest niczym złym, dlatego, że w moim odczuciu w wierze na pierwszym miejscu nie chodzi o kościół.” Przecież to przeogromnie smutne. Wiem, że nawet niektórzy biskupi powtarzają, że najważniejsze to doprowadzić do Chrystusa, a nie do kościoła. Ale co to znaczy, skoro Kościół to mistyczne Ciało Chrystusa? Jak można prowadzić do Chrystusa, nie prowadząc do Jego Ciała. Zauważyłam, że dla wielu kościół to bliżej nieokreślony zbiór ludzi uznających się z grubsza za chrześcijan nie wiadomo według jakiego porządku, a nie Kościół Katolicki. To po co w ogóle bawić się w jakąś hierarchię, papieża, biskupów, ciągłość wyświęcania księży przez ważnie ustanowionych biskupów, dogmaty, sakramenty, spowiedzi, sprawowanie Mszy? Po co przez tyle wieków pilnowano czystości wiary? Przecież to podcinanie gałęzi, na której się siedzi. Skoro wszystko jedno, gdzie jesteśmy, to lepiej w ogóle zostawić wszystko, każdy sobie będzie interpretował Pismo Święte jak mu pasuje, dokładnie jak u protestantów, jeden w zborze X, drugi w zborze Y, w zależności od rodzaju ulubionej muzyki i charakteru samo-ustanowionego pastora.

Słyszę, że najważniejsza jest relacja z Panem Jezusem. Wiem z własnego doświadczenia, że już w ponad czterdziestu tysiącach protestanckich denominacji każdy uważa, że ma osobistą relację z Jezusem, z Duchem Świętym i dlatego krytykuje Kościół Katolicki, który „odszedł od nas w czwartym wieku”, dodając do Pisma Świętego jakąś „tradycję”; na podstawie tej „osobistej relacji” nie wierzy w Matkę Bożą, nie uznaje ofiary mszy i postanawia „Duch Święty i my” założyć nowe jeszcze bardziej charyzmatyczne zbory, odchodząc od poprzednich, w których nie było już tak ‘fajnie’. I dla tej pani redaktor jest wszystko jedno, że ktoś sobie pójdzie do jednej z czterdziestu tysięcy takich grup na podstawie wewnętrznego przeświadczenia, że Duch Święty nim kieruje? Przykre. A jaki będzie następny krok? Kurs pre-alfa dla opornych i zachęcanie do wiary jakiejkolwiek w Boga Abrahama, niezależnie czy u muzułmanów czy chrześcijan?

Oto drugi artykuł, w „Gościu Niedzielnym”. Jego autor, pan Franciszek Kucharczak, krytykuje „żonglowanie” słowami kardynała Raymonda Burke, jakoby kurs Alfa był zagrożeniem dla wiary katolickiej. Jako argument za kursem przedstawia pan Kucharczak poparcie władz kościelnych, a także dobre owoce kursu. Pominę na chwilę poparcie władz i przejdę do owoców. Przedstawione historie nawróceń w wyniku uczestnictwa w kursie niczym nie różnią się od wielokrotnie słyszanych przeze mnie świadectw w zborze zielonoświątkowym. Tam również mówią o euforii, odkrywanej na nowo modlitwie, porzuceniu starego trybu życia, nałogów. Po czym przechodzą do kazań, w których nazywa się kult Matki Bożej diabelskim zniewoleniem i przedstawia się jakiegoś potwora z ikoną Matki Boskiej Częstochowskiej na czole, przedrzeźnia się Mszę Świętą, Najświętszy Sakrament, duchownych katolickich, krytykuje modlitwę za zmarłych itp. Ale owoce są wspaniałe według tego emocjonalnego kryterium „zaczynania nowego życia”. Czy to inspiruje jeden i ten sam Duch Święty? Trudno w to uwierzyć.

Gdy odkrywałam na własny użytek życiorysy świętych i ich procesy beatyfikacyjne oraz kanonizacyjne, zauważyłam wielką ostrożność Kościoła, wieloletnie postępowania, weryfikowanie świadectw, działalność osoby zwanej advocatus diaboli. A tu nagle bez zastrzeżeń kanonizuje się protestancki kurs na podstawie chwilowej „euforii” uczestników, zapominając o tym, że zło ukrywa się pod postacią anioła światłości? Znamy przecież inne historie takich „przebudzeń”, które doprowadziły całe wspólnoty np. Odnowy w Duchu Świętym do odejścia od Kościoła. I nikt już tego nie pamięta? Nie boi się o skutki protestanckiego wychowania całej rzeszy katolików? Ja pamiętam jeszcze inną euforię, taką w zborach zielonoświątkowych, że Duch Święty oświecił Odnowy, które „przejrzały na oczy” i odeszły z katolicyzmu. I wielką nadzieję, że jak najwięcej takich grup wkrótce odejdzie. A jak uczestnicy kursu Alfa też masowo od Kościoła kiedyś odejdą, skoro mówi im się, że wszystko jedno gdzie są, byle mieć „relację” z Panem Jezusem?

Pisze pan Kucharczak: „Ale chwileczkę: czy Duch Święty nie ma prawa pokazać nam czegoś nowego? (...)  Gdzie to jest powiedziane, że u naszych braci chrześcijan wszystko jest złe? Gdzie to Kościół mówi, że nie wolno nam czerpać z ich doświadczeń? Gdzie jest mowa, że u nich Bóg nie działa?” Przecież właśnie to zdanie dowodzi, że kardynał Burke ma rację. Ten kurs jest zagrożeniem dla wiary katolickiej. Oto redaktor katolickiego sztandarowego czasopisma, tak jak wcześniej cytowana pani Julia Płaneta, redaktorka portalu katolickiego, uważają, że nie ma nic złego w czerpaniu od protestantów. Katolicyzm im się znudził, a może po prostu go w ogóle nie znają? Bo dla mnie, eks-protestanta, Kościół Katolicki zawiera taką głębię duchowości, myśli filozoficznej, bogactwo dogmatów, przeżyć świętych, że zbory protestanckie to co najwyżej kilkuletnie dziecko przy wykształconym profesorze. I zamiast pragnąć wychować dziecko do roli profesora, to profesor czerpie z „bogactwa” wiedzy dziecka i cieszy się, że dziecko nigdy nie dorośnie? Rozumiem, że zdanie „jeśli nie staniecie się jak dzieci”, zostało zinterpretowane jako konieczność porzucenia wszystkiego, co przez wieki katolicyzm osiągnął na rzecz emocjonalności.

Dalej pan Kucharczak wyjaśnia: „Przecież to Kościół wzywa nas do otwarcia się na inne wyznania chrześcijańskie, to biskupi i księża chodzą na wspólne nabożeństwa wzajemnie do swoich kościołów, dając przykład, w jaki sposób mamy się traktować. I nie chodzi tylko o okazanie sobie szacunku, lecz także o uznanie, że mamy sobie wzajemnie coś do podarowania.” Tak, zauważyłam, że wielu biskupów i księży chodzi na wspólne nabożeństwa do innych kościołów, nawet gdy prowadzą je kobiety „biskupki”. Słyszałam również od księży, i to księży profesorów Papieskiego Wydziału Teologicznego, że jakbym została w zborze zielonoświątkowym, to byłoby tak samo dobrze, jeżeli byłam tam szczęśliwa (co to za kryterium „szczęście” w wyborze kościoła? Pani Małgorzata Braunek była szczęśliwa u buddystów). To ja tyle trudu podjęłam, naraziłam się na niezrozumienie w rodzinie, by usłyszeć, że to wszystko niepotrzebne, łącznie z zarzutem, że pycha mną owładnęła i czuję się lepsza od swoich… Jakby nie istniała obiektywna prawda, którą trzeba przyjąć wbrew wszelkim kosztom… Inny wykładowca Papieskiego Wydziału Teologicznego dowodził nam, żeby nie mówić tego, co przeszkadza protestantom, np. nie mówić „Boże Narodzenie”, bo to jest niepoprawne określenie (nawet się zapytałam czy można ciągle jeszcze mówić „Bogarodzica”?).

Fakt, że tak wielu biskupów i księży popiera ten kurs i chodzi na wspólne nabożeństwa z protestantami, wywołuje u mnie przeogromne rozczarowanie. Nie mogę tego pojąć, że jest im wszystko jedno, gdzie kto przynależy i nie jest żal, że ktoś do Komunii nie przystąpi, że nie będzie uczestniczył w realnej Ofierze Chrystusa, nie pójdzie do spowiedzi? Bo mi jest ogromnie żal, gdy idę do Komunii i wiem, że moja rodzina nie uznaje prawdziwej Obecności Pana Jezusa w Eucharystii.

Pan redaktor Franciszek Kucharczak pisze też o sprzeciwie w łonie kościoła jako znaku działania Bożego. Sprzeciw kogo wobec czego? W naszym kraju to jeszcze – dzięki Bogu! - nie jest aż tak widoczne, ale sprzeciw obecnie wywołują raczej księża i wierni konserwatywni, autorzy „dubia” wobec „Amoris Laetitia”, wszyscy ci, którzy ubolewają nad utratą przez tak wielu zrozumienia wyjątkowości Kościoła Katolickiego, którym przykro, że w świecie opętanym przez ideę ujednolicania i zacierania granic między narodami i rasami, między płciami i ich rolami, funkcjami przynależnymi wiekowi i pozycji, między grzechem a życiem uporządkowanym, a co najgorsze między religiami, Kościół Katolicki dołącza się i stawia kolejne kroki na drodze, na której zwykli wierni nie wiedzą już czy wrócili do Kościoła Katolickiego czy do jakiegoś gwałtownie przeobrażającego się ekumenicznego tworu, który z każdym dniem upodabnia się do zborów, z których uciekali.

Monika Szela

wtorek, 16 stycznia 2018

Wystawienie Najświętszego Sakramentu - 13.I.AD 2018 - Gdynia FSSPX



Po Mszy św. na dzień  na II Niedzielę po Objawieniu zostało w kościele Najświętszej Maryi Panny w Gdyni odprawione nabożeństwo wystawienia Najświętszego Sakramentu. 

Red.

poniedziałek, 15 stycznia 2018

Jasełka - 13 I AD 2018 - Gdynia - FSSPX


13 stycznia AD 2018  w kościele Niepokalanego Serca NMP w Gdyni po Mszy św. i wystawieniu Najświętszego Sakramentu, jak co roku odbyło się przedstawienie jasełkowe przygotowane przez młodzież i dzieci chodzącą do naszego kościoła. Choć ewangeliczna opowieść jest  powszechnie znana od 2000 lat, dramaturgia zawsze wciąga dzieci, rodziców i dzieci. Mimo przeciwności piekła wszystko dobrze się skończyło i  Dzieciątko Jezus nam się narodziło. Jasełkowe radości zostało nagrodzone wspólnym poczęstunkiem dla wszystkich wiernych.

Redakcja.

piątek, 12 stycznia 2018

O niszczeniu pogańskich bożków

O niszczeniu pogańskich bożków



POSĄGI ICH BOGÓW SPALISZ OGNIEM. Nie pożądaj srebra i złota, które jest na nich, abyś się przez nie usidlił, gdyż jest to obrzydliwością dla Jahwe, Boga twego. Nie przynoś tej OBRZYDLIWOŚCI do twego domu, bo zostaniesz obłożony klątwą tak, jak ono. Będziesz się tym BRZYDZIŁ I CZUŁ DO TEGO WSTRĘT, gdyż jest to obłożone klątwą. –  Powtórzonego Prawa 7, 25 – 26.
„Widzieliście OBRZYDLIWE ICH BAŁWANY I BOŻKI z drzewa i kamienia, ze srebra i złota, jakie są u nich. Niechże nie będzie wśród was mężczyzny ani kobiety, ani rodziny, ani plemienia, których serce odwróciłoby się dziś od Jahwe, Boga naszego, aby pójść i służyć bogom tych narodów.” –  Powtórzonego Prawa 29, 16 – 17.
Przemów do synów izraelskich i powiedz im: Gdy przeprawicie się przez Jordan do ziemi kanaanejskiej, to wypędzicie przed sobą wszystkich mieszkańców tej ziemi i ZNISZCZYCIE wszystkie podobizny ich bogów, ZNISZCZYCIE wszystkie ich posągi ulane z metalu, SPUSTOSZYCIE wszystkie ich święte gaje na wzgórzach.” – Liczb 33, 51 – 52.
„DOSZCZĘTNIE ZNISZCZYCIE wszystkie miejsca na wysokich górach, na pagórkach i pod każdym zielonym drzewem, gdzie służyły swoim bogom narody, którymi zawładniecie. ZBURZYCIE ICH OŁTARZE, POTŁUCZECIE ICH POMNIKI, POPALICIE ICH ŚWIĘTE DRZEWA, PORĄBIECIE ICH PODOBIZNY rzeźbione i zetrzecie ich imię z tego miejsca.”-  Powtórzonego Prawa 12, 2- 3
„Ale tak im macie uczynić: ołtarze ich ZBURZYCIE, ich stele POŁAMIECIE, aszery WYTNIECIE, a posągi SPALICIE OGNIEM.” – Powtórzonego Prawa 7, 5.
„Wtedy cały prosty lud wtargnął do świątyni Baala i zburzyli ją, jego ołtarze i posągi doszczętnie zniszczyli, Mattana zaś, kapłana Baala, zabili przed ołtarzami. Następnie ustanowił kapłan straż nad świątynią Pana.”- 2 Królewska 11, 18
(…) i powrzucali ich bogów w ogień, lecz nie byli to bogowie, ale dzieło rąk ludzkich z drzewa i z kamienia, więc mogli je zniszczyć.” – 2 Królewska 19;17- 18
„Wtedy cały lud wtargnął do świątyni Baala i zburzyli ją, jego ołtarze i posągi doszczętnie zniszczyli, Mattana zaś, kapłana Baala, zabili przed ołtarzami.” – 2 Kronik 23,17.
„Asa czynił to, co prawe w oczach Pana, tak jak Dawid, jego praojciec. Uprawiających nierząd kultowy wypędził z kraju i usunął wszystkie bałwany, które sporządzili jego ojcowie.  Nawet Maachę, swoją babkę, pozbawił godności królowej matki za to, że kazała sporządzić obrzydliwego bałwana Astarty. Asa kazał zwalić obrzydliwego bałwana i spalić nad potokiem Kidron.” – 1 Królewska 15;11-13
(…) potem wynieśli bałwany z świątyni Baala i spalili je. Następnie rozbili posąg Baala, zburzyli też świątynię Baala i uczynili z niej kloaki, i tak jest aż do dzisiaj. – 2 Królewska 10;26,27
„W jego obecności burzono ołtarze Baalów, on kazał poutrącać znajdujące się nad nimi ołtarzyki kadzielne, rozbijać aszery i bałwany i odlewane posągi rozkruszyć na miał, i rozrzucić na groby tych, którzy im składali ofiary.” – 2 Kronik 34, 4.

TRADYCJA KOŚCIOŁA:
Objawienia bł. Anny Katarzyny Emmerich:
Jezus nauczał tu aż do świtu, dopóki nie pogaszono płonących lamp. Nakazywał też surowo zniszczyć wszystkie bałwany jako wyobrażenia diabła (…) Całą noc z soboty na niedzielę Jezus nauczał przed bałwochwalnicą, sam pomagał rozbijać bałwany i objaśniał w jaki sposób mieli rozdać kawały kruszcu” [1].
Opis postawy pierwszych chrześcijan (ks. Piotr Skarga):
Co tym za wielką cnotę i mężny, a z miłości Bożej i ludzkiego zbawienia pochodzący uczynek, ku wiecznej chwale ich i odpłacie poczytano jest. Czym nie czynili szkody bliźnim, ale je do rozumu dobrego i poznania prawego Boga prowadzili i na to żywot swój i gardło ważyli; woląc umrzeć, a czci Boskiej i duszom ludzkim pomóc; bo i oni poganie, którzy na tego Epimacha, albo i Teodora i innych ono serce mężne patrzyli, gdy mówili: jam spalił, jam to pokołatał, przeto abyście czartów swoich nieprzyjaciół w takiej czci nie mieli i jemu należną cześć oddając, zbawienie swoje pozyskiwali; nie mogło być, aby się byli niektórzy tym nie budowali i ku lepszemu baczeniu i swojemu dobremu nie przywodzili” [2].
Św. Franciszek Ksawery:
Kiedy dowiaduję się od nich (dzieci pogańskich rodziców – przyp. moje MS) o bałwochwalczych obrzędach, które mają się odbyć w wioskach, (…) zbieram wszystkich chłopców i ruszamy do tych miejsc, gdzie diabeł potraktowany bywa z ich rąk gorzej, niż był uczczony przez ich rodziców. Malcy chwytają za niewielkie, gliniane figurki, tłuką je, rozbijają na proch, opluwają je i depczą po nich nogami” [3].

Św. Cezary z Arles:
Nie dopuszczajcie żadną miarą do naprawiania świątyni pogańskiej, a raczej gdziekolwiek ją spotkacie, dążcie do jej zburzenia i rozebrania. Również święte drzewa wycinajcie z korzeniem. Ołtarze diabelskie doszczętnie niszczcie” [4].

Św. Marcin z Tours (opis postawy)”
Podobnie, gdy zburzył w jakiejś wiosce prastarą świątynię i zabierał się do sosny, która rosła w pobliżu niej, wówczas starsi tej miejscowości oraz tłum pozostałych pogan zaczęli się temu sprzeciwiać. I chociaż ci sami, gdy burzył świątynię z nakazu Pana, zachowywali milczenie, to jednak teraz nie pozwalali, aby zostało ścięte drzewo. On napominał ich gorliwie, że w pniu drzewa nie ma nic świętego, że powinni pójść raczej za Bogiem, któremu on służy; to drzewo trzeba zaś ściąć, bo było poświęcone demonom”  
Opowiem też, co się zdarzyło w wiosce Eduów, gdzie rozszalały wielki  tłum pogańskich chłopów napadł na Marcina podczas burzenia tamtejszej świątyni, a jeden z pogan, zuchwalszy od innych, dobywszy miecza zmierzał w jego stronę. On, odrzuciwszy płaszcz, nadstawił temu, który chciał go zabić, obnażoną szyję. Poganin nie zawahał się go uderzyć: lecz gdy podniósł wyżej prawicę, upadł przegięty do tyłu i porażony Bożym lękiem błagał o przebaczenie. Podobnym do tego było wydarzenie następujące: w czasie niszczenia bożków, ilekroć ktoś chciał go zranić nożem, w tym samym momencie broń była mu wytrącona z ręki i znikała. Wieśniakom zaś mówiącym mu, aby nie niszczył ich przybytków, pobożnym kazaniem zazwyczaj tak uśmierzał pogańskiego ducha, że po ukazaniu im prawdy oni sami wywracali swoje świątynie” [5] .
Przypisy:
1. Cytat za: „Żywot i bolesna Męka Pana naszego Jezusa Chrystusa i Najświętszej Matki Jego Maryi wraz z Tajemnicami Starego Przymierza według widzeń  błogosławionej Anny Katarzyny Emmerich„,  Wrocław 2009, s. 662.
2. Cytat za: Ks. Piotr Skarga, „Żywoty Świętych Starego i Nowego Zakonu. Na każdy dzień przez cały rok. Wybrane z poważnych pisarzów i doktorów kościelnych”, tom II, Petersburg 1862, s. 595 – 596.
3. Cytat za: Ruth A. Tucker, „Sławni i nieznani”, Warszawa 1995, s. 43.
4. Cytat za: Św. Cezary z Arles, „Kazania do ludu (1-80)„, Kraków 2011, s. 301.
5. Cytat za: Sulpicjusz Sewer, „Pisma o św. Marcinie z Tours. Żywot, listy, dialogi„, Tyniec, s. 75 – 76; 79.

za: http://salwowski.net/2018/01/08/o-niszczeniu-poganskich-bozkow/

czwartek, 11 stycznia 2018

Osobiste postscriptum. Dziesięć lat Summorum Pontificum

Osobiste postscriptum. Dziesięć lat Summorum Pontificum



Poświęcam pamięci o. Bernarda-Marie Dewilde’a (1952‒2014)
Do regularnego uczestnictwa w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego, czyli w tzw. Mszy trydenckiej, dołączyłem dosyć późno. To musiała być prawdopodobnie druga połowa roku 2010, po powrocie z rekolekcji liturgicznych „Mysterium fascinans”, które odbyły się we wrześniu tamtego roku. Pamięć jest zawodna i mogło to być też nieco wcześniej – rzecz już nie do ustalenia, ale wyraźnie odciśnięte w pamięci wrażenia zarówno z Mszy śpiewanej, jak i cichej z tych rekolekcji wskazują na ten okres. O tym, że chcę tego uczestnictwa, że chcemy go jako rodzina, wiedzieliśmy przynajmniej rok, a możliwe, że dwa lata wcześniej, a jednak nie podjęliśmy skutecznie tego duchowego wezwania. Pierwsza nieudana próba rozpoczęcia stałego uczęszczania na Mszę trydencką – prawdopodobnie był to grudzień 2008 roku – zakończyła się stłuczką samochodową i małżeńskim nieporozumieniem. Cóż, dobre rzeczy nieraz napotykają trudności. Wcześniej w „starej” Mszy zdarzyło się nam brać udział tylko dwukrotnie i nie byliśmy tym doświadczeniem porwani. Co więcej, bardzo chcieliśmy w niej uczestniczyć aktywnie, gdy tymczasem nawet nie byliśmy w stanie rozpoznać części Mszy. Dziś, po latach, trudno mnie samemu pojąć tę całkowitą obcość rytu będącego w sercu katolickości, przeżywaną przez zaangażowanych w wiarę katolików. Pierwszy przypadek uczestnictwa to była bardzo uroczysta Msza święta w kościele św. Benona na warszawskim Starym Mieście, a drugi Msza cicha w tej samej okolicy, w kościele Nawiedzenia NMP na Przyrynku. Z powodu trudności w odbiorze tej liturgii do Mszy w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego przybliżaliśmy się raczej z przekonania niż jakiegoś rodzaju religijnej przyjemności.
Owo przekonanie, że liturgia – i to nie byle jaka – jest, jak mówi Sobór Watykański II w Konstytucji o liturgii świętej, „źródłem i szczytem życia chrześcijańskiego”, dojrzewało w nas przez jakiś czas. To dojrzewanie było przede wszystkim poszukiwaniem odpowiedzi na pytanie, jaka jest autentyczna modlitwa Kościoła. Aspekt estetyczny – często podkreślany przy okazji celebracji Mszy trydenckiej – znajdował się w tle, ponieważ nie mieliśmy żadnych bardziej szczegółowych wyobrażeń o tym, jak taka Msza wygląda czy powinna wyglądać, a wspomniane pojedyncze doświadczenia nie wypadły zbyt budująco, w dużej mierze zapewne przez dezorientację. Trudności z „przebiciem się” do starej liturgii na początku dawały wrażenie obcowania z czymś całkowicie odmiennym od nowej Mszy, czyli Mszy znanej z większości kościołów na świecie.

Jak zatem doszło do liturgicznej „konwersji” naszej rodziny? Najpierw – prawdopodobnie około roku 2001 – miało miejsce zetknięcie z liturgią według nowego rytu, którą odprawiali warszawscy dominikanie w swoich kościołach na Starym Mieście i Służewie. Było to zetknięcie z czymś odmiennym od przeciętności i braku poczucia obecności świętości podczas Mszy parafialnych. Potem nastąpiło zetknięcie z liturgią – naprawdę dla nas wtedy przejmującą – we Wspólnocie Błogosławieństw we Francji w domu Świętego Łukasza w Cuq-les-Vielmur. Znaczące było dla nas to, że na wzór życia mnichów życia liturgiczne ‒ nie tylko Msza ‒ znajdowały się tam na pierwszym miejscu. W domu wspólnoty we Francji, z którym byliśmy związani, elementy duchowości charyzmatycznej nie szły w parze z liturgiczną bylejakością i lekceważeniem formy. Pietyzm kapłanów podczas odprawiania Mszy, śpiewy gregoriańskie i te zaczerpnięte z tradycji wschodniej, nieustanna adoracja Najświętszego Sakramentu. Zobaczyliśmy tam wtedy niezwykłą, jak nam się wtedy zdawało, a po prostu przedsoborową „zastawę” ołtarzową, którą kapłani wspólnoty przygarniali z miejsc, gdzie „nie była potrzebna”, do tego przywiązanie do gestów, godna oprawa muzyczna. Jak wspomniałem, wiele tam było fascynacji chrześcijańskim Wschodem, ale te zapożyczenia także ułatwiły nam później zrozumienie sensu i smaku tradycji liturgicznej Zachodu. We Wspólnocie Błogosławieństw lubiano powtarzać, że liturgia jest „antycypacją Królestwa Bożego”. To proste stwierdzenie pracowało w nas i urabiało nowego ducha, który potem, gdy okrzepł, pozwolił nam się oderwać od wschodniego liryzmu liturgii obecnej w naszym domu we Francji czy też w liturgii nowodominikańskiej. Równocześnie docierało do nas, że liturgia to nie tylko czas spotkania wspólnoty, miejsce „dystrybucji” sakramentów, skupienie na modlitwie czy możliwość doświadczenia piękna. Liturgia nie wyczerpuje się i nie tłumaczy w tych poszczególnych swoich elementach, które cząstkowo można głębiej przeżyć gdzie indziej. Rytuał liturgiczny ‒ odprawiony z zachowaniem własnych zasad ‒ jest uczestnictwem w innej rzeczywistości. Jest inicjacją i przejściem. Przejściem człowieka przez czas niedostępny w codzienności, ale i przejściem Boga, Jego wielkim i niemożliwym do pojęcia przybliżeniem się do nas. Może właśnie dlatego ostatecznie nie zraziło nas to, że nic nie pojęliśmy z pierwszych doświadczeń z Mszą?[1] W tym samym okresie, w innej wspólnocie katolickiej, zobaczyliśmy, jak liturgia może być poniewierana, jak nic nie znaczy, jak się ją skraca, uczłowiecza, pozbawia misterium. Wszystko to miało miejsce w takim natężeniu, że liturgia ta stawała się udręką, a nie pokarmem duszy.

Około roku 2006 przełożonym „naszego” domu Wspólnoty Błogosławieństw został o. Bernard-Marie Dewilde, były benedyktyn z opactwa we Flavigny, który po roku szabatowym spędzonym we Wspólnocie Błogosławieństw został tam już, po okresie próbnym, na stałe. Benedyktynem był od roku 1974, a kapłanem we Wspólnocie Błogosławieństw od 1996, w ostatnich latach życia pełnił funkcję przełożonego wszystkich braci. Znał on dawną liturgię i poprzez rozmowy popchnął nas w jej kierunku. To popchnięcie nie było niczym wielkim. Starożytna liturgia katolicka już wtedy bardzo nas pociągała, ponieważ była dla nas świadectwem wcielonej ciągłości wiary, czymś własnym, a nie jak w przypadku elementów zapożyczonych ze Wschodu – pięknych, bo egzotycznych. Jednak równocześnie wciąż odczuwaliśmy w Kościele klimat niepewności, czy na pewno właściwe jest przywiązanie do tej Mszy. Tymi niepewnościami, a jednocześnie skłonnościami dzieliłem się z naszym przełożonym. Byliśmy wtedy kimś w rodzaju oblatów we Wspólnocie Błogosławieństw. Ojciec Bernard-Marie zareagował zdawkowo, ale z pełnym zrozumieniem: „dobrze, że szukacie w tę stronę, to wielka tradycja Kościoła”. W tamtym kontekście było to jak zdjęcie z serca ciężaru. Dziś trudna jest chyba do wyobrażenia ta atmosfera, podobnie jak nam już wtedy wydawała się niemożliwa atmosfera ucisku wobec Mszy i ludzi jej wiernych z lat wcześniejszych. Choć pewnie w różnych środowiskach niechętnych tradycyjnej liturgii rzymskiej klimat taki mógłby powtórzyć się w obu wersjach jeszcze dzisiaj. Jednak dziesięć lat po Summorum Pontificum nurt katolicyzmu tradycji jest na tyle szeroki, że nikt nie pozostanie sam z liturgicznymi odkryciami, w których to, co stare, naraz okazuje się bardzo nowe.
Gdy dziesięć lat temu Papież Benedykt XVI za pomocą motu proprio Summorum Pontificum (które zastąpiło ograniczone w zakresie motu proprio Ecclesia Dei) „uwalniał” dawniejszą formę katolickiej liturgii objętą do tego czasu rzekomymi kościelnymi zakazami, za swoje przyjąłem słowa, jakie w „Christianitas” ukazały się w roku następnym, a które sformułował redaktor naczelny naszego pisma Paweł Milcarek. W tym czasie ‒ w roku 2008, po rocznej roli współpracownika ‒ dołączyłem też do zespołu kwartalnika, który stał się moim środowiskiem życia i pracy.
Trzydzieści i czterdzieści lat temu zostawało się tradycjonalistą po prostu dlatego, że odmawiało się zupełnie wprost i bezczelnie propozycji porzucenia z dnia na dzień tego, co jeszcze wczoraj wszyscy czcili jako najświętsze lub szanowali jako uświęcone wiarą stuleci. Dwadzieścia lat temu można było zostać tradycjonalistą już choćby ze wstrętu do tandety nazywanej przypadkowo „szlachetną prostotą”i nieuctwa traktowanego jako „oczyszczenie”, podniesionych do rangi cnót „współczesnego człowieka”. Dziesięć lat temu zostawało się tradycjonalistą wtedy, gdy się odkrywało to, co „stare” jako absolutnie nowe, tak wyraźnie różne od świeżej „tradycji”z lat 60. i 70., i gdy się „wracało do źródeł”wbrew neoneoscholastyce Rahnera. Dzisiaj jest się tradycjonalistą, gdy się wita z radością i zaangażowaniem „nowe treści”wnoszone do życia Kościoła przez Benedykta XVI – a te nowe treści to: przywrócenie starej Mszy i utradycyjnienie mszału nowego, akcent na Ojcach Kościoła, przerzucanie pomostów do Magisterium dawniejszego niż osobista pamięć większości biskupów…[2]
Nieco wcześniej, w grudniu 2007 roku, dość buńczucznie pytałem na swoim blogu:
Co dzieje się w naszych seminariach, czy odprawia się tam Mszę tradycyjną, czy uczy się starego mszału? Nawet jeśli nie wszyscy księża muszą odprawiać mszę tradycyjną, to z pewnością wszyscy powinni znać jej zasady, ponieważ może zajść potrzeba jej odprawienia, ponieważ to papież nałożył obowiązek jej znajomości ostatnim dokumentem. Nie mamy do czynienia z rytem lokalnym, ale z nadzwyczajną formą rytu powszechnego. Czy czytają mnie jacyś księża, seminarzyści? Jak to jest w tym katolickim i ponoć ultramontańskim kraju?[3]
Pewne rzeczy się nie zmieniły zbytnio przez te dziesięć lat, dawna liturgia wciąż zyskuje popularność dzięki bardzo już licznym środowiskom świeckich, którzy w starych formach odnajdują zawsze odnawiające źródło życia duchowego. Właściwie tak chciał Sobór Watykański II, świeccy stali się stanem w Kościele, który dziś zachowuje to, co duchowni chcieliby może porzucić. Paradoks ‒ z perspektywy historii ‒ tej sytuacji zauważył Paweł Skibiński w swoim studium na temat soborowej teologii laikatu:
Paradoksalnie więc możemy zaryzykować tezę, że bez soborowego nauczania na temat świeckich znacznie trudniej byłoby wiernym przywiązanym do tradycji łacińskiej skutecznie upominać się o miejsce tradycji liturgicznej w życiu Kościoła…[4]
Nie pamiętam już tej Mszy (moja Żona także nie), która zapoczątkowała nasze regularne uczestnictwo w liturgii rzymskiej; na pewno było to w podwarszawskim Brwinowie. Po niej nastąpiły jednak setki kolejnych Mszy, które ułożyły się w życiowe doświadczenie, że ta „forma nadzwyczajna” jest już dla naszej rodziny formą zupełnie zwyczajną w przeżywaniu wiary. I Bogu dzięki za takie czasy w Kościele.

Tomasz Rowiński
 http://christianitas.org/news/osobiste-postscriptum-dziesiec-lat-summorum-pontificum/