piątek, 5 kwietnia 2013

wtorek, 2 kwietnia 2013

Papież Argentyńczyk: „mamma mia!”


Tuż po wyborze papieża z Argentyny (a dokładniej mówiąc, z Wicekrólestwa La Platy) napisałem do jego rodaka, prof. Alberta Bueli, który jest jednym z największych współczesnych filozofów (zob.http://es.wikipedia.org/wiki/Alberto_Buela oraz naszą notę:http://www.legitymizm.org/spw-alberto-buela-lamas), z prośbą o wyrażenie opinii. Jego natychmiastowa odpowiedź była nader lakoniczna:

„Jest to człowiek, który zawsze angażował się na rzecz najbiedniejszych, i tak z pewnością będzie nadal, według kierunku zapoczątkowanego przez Pańskiego rodaka, Jana Pawła II. Jest duszpastersko postępowy, a doktrynalnie konserwatywny”.
Wszelako nazajutrz prof. Buela przesłał znacznie obszerniejszą wypowiedź, w formie artykułu, której tłumaczenie tu, za jego łaskawą zgodą, podaję.
Według naszej niewspółmiernej samooceny (której nie będę teraz komentował) Argentyńczykami znanymi w świecie są: Maradona, Messi, [Juan Manuel] Fangio, [Carlos] Gardel, Perón, Evita, Ché Guevara, Borges i [żona następcy tronu Wilhelma Aleksandra] Maksyma [Zorreguieta Cerruti], księżna Niderlandów; obecnie dodajemy do nich Papieża. Ponadto jest to pierwszy papież amerykański1, aczkolwiek niektórzy niedouczeni dziennikarze utrzymują, że pierwszy nieeuropejski, ignorując św. Piotra i wielu innych.
A zatem co to oznacza: najpierw dla naszego kraju, następnie dla Ameryki Południowej i ekumeny iberoamerykańskiej, wreszcie dla świata?
Jak dobrze wiadomo, trudno jest przewidywać z pewną ścisłością, ponieważ znajomość przyszłości stała się wykluczona z chwilą, gdy okazało się, że taki dar oznacza otwarcie puszki Pandory. Z tym zastrzeżeniem i wiedząc, że będziemy mówić raczej jako philodoksos – miłośnicy mniemań, spróbujemy poczynić kilka spostrzeżeń.
Dla Argentyny wybór na papieża jednego z jej synów stanowi zobowiązanie do większego zaangażowania katolickiego, zarówno jej narodu, jak i, zwłaszcza, rządzących nią. Jednakowoż trzeba zachować pewną proporcjonalność pomiędzy tym, kim jesteśmy, a tym, co mówimy o nas, kim jesteśmy. W przeciwnym razie należałoby uznać za prawdę stary dowcip, mówiący o tym, że najlepszym interesem na świecie jest kupić Argentyńczyka i sprzedać go za to, co mówi, ile jest wart. A dzisiaj wybór papieża Franciszka oznajmia, że Argentyńczycy są warci wiele. Wybornie, lecz jeśli tak jest, to my, jako naród i nasi rządzący, wszyscy, musimy podjąć działania, które nas wzniosą do tego poziomu szacunku, ku któremu nas wzywa desygnacja papieża naszej narodowości.
W odniesieniu do Ameryki Południowej trzeba uwzględnić potencjał regionu, jako że doświadczenia, które papież wyniósł z tego regionu, czynią go uprzywilejowanym rzecznikiem ich potrzeb i interesów, nadto zaś z tej racji, iż posiada o nich wiedzę bezpośrednią, może być pośrednikiem i rozjemcą pomiędzy różnymi krajami regionu.
W odniesieniu do całej ekumeny iberoamerykańskiej papież Franciszek ma wizję integracyjną w stylu Bolivara, San Martina i – bliżej nas – Perona, Vargasa oraz niedawno zmarłego Chaveza. Nie chcę przez to powiedzieć, że Franciszek jest peronistą, tylko że doskonale rozumie ten fenomen polityczny.
Na ostatek, w odniesieniu do reszty świata, przypuszczamy, że zainicjuje wielką kampanię ewangelizacyjną w zamiarze odzyskania Afryki i byłych republik sowieckich dla Kościoła. I z pewnością upomni się o chrześcijan masowo mordowanych (105 000 w 2011 roku!), głównie w krajach mających rządy islamskie.
Co się tyczy jego profilu kulturalnego, to jest jezuitą uformowanym w epoce pełnego wrzenia Soboru Watykańskiego II – to znaczy, kiedy rozpoczął się upadek ładu. Nie otrzymał prawie żadnej formacji teologicznej, tylko raczej socjologiczną, zgodnie z wytycznymi zakonu w tym czasie, iż duchowny nie musi „czynić tego, co święte”, lecz winien „walczyć i być aktywnym politycznie”. Jezuici przekształcili się w socjologów raczej niż księży. Stąd też zakon opustoszał zaledwie w ciągu dekady. Kiedy ojciec Bergoglio był prowincjałem zakonu (1973-1979), przekazał zarządzanie jezuickim Uniwersytetem Zbawiciela protestantom (Pablo Franco, Oclander i inni), podczas gdy sam zajął się doradztwem duchowym i politycznym w ugrupowaniu Żelazna Gwardia, które stało się rodzajem argentyńskiego wsparcia dla RuchuComunione e Liberazione – ugrupowania polityczno-religijnego dwugłowego: liberalizującego w Argentynie, a konserwatywnego we Włoszech.
Dziś w Buenos Aires wszyscy rabini i żydzi bez wyjątku świętują jego wybór na papieża
Jego wybór jako Pater inter pares – czego akrostych tworzy słowo Papa – przynosi uspokojenie Kurii Watykańskiej, ponieważ Franciszek jest dzieckiem Włochów i ze strony matki, i ojca, oraz urodzonym i wychowanym w Buenos Aires, tym wielkim mieście, o którym można wykrzyknąć za mediewistą Franco Cardinim: „najbardziej włoskie miasto na świecie” (la piu grande citá italiana del mondo). Oznacza to, że możemy mówić o „braterskim kuzynie” Włochów. Jednocześnie jego serdeczna więź (niepozbawiona patosu) z argentyńską wspólnotą żydowską – najliczniejszą po Izraelu – upewnia Watykan, że ze strony Franciszka nie grozi nic „rdzennie katolickiego”. Dziś w Buenos Aires wszyscy rabini i żydzi bez wyjątku świętują jego wybór na papieża. Wyjąwszy przypadek dziennikarza Horatio Verbitsky’ego, zawodowego oszczercy i zarządcy „selektywnych praw człowieka” w rządzie [Nestora] Kirchnera.
Jako arcybiskup Buenos Aires i jako kardynał – prymas okazywał zawsze predylekcję dla ubogich podług linii Jana Pawła II i Ratzingera. Jednocześnie dzielił z nimi ortodoksję w niektórych kwestiach. I na tym urzędzie przeciwstawiał się zawsze rządowi neoliberalnemu [Carlosa] Menema oraz socjaldemokratycznemu [Nestora i Cristiny Fernández] Kirchnerów. Konfrontacja z tymi ostatnimi była i jest bardzo mocna, nie tyle z powodów ideologicznych – bo nie należy zapominać, że obie strony nazywają się postępowymi – ile w tym, co dotyczy dwóch różnych osobowości (jednej świeckiej i drugiej religijnej), które wierzą, że są autentycznymi rzecznikami ludu.
Czego zatem możemy się spodziewać? Tego, że Franciszek będzie podążał szlakiem wyznaczonym przez Vaticanum II, Jana Pawła II i Benedykta XVI bez większych niespodzianek. Centrum Kościoła pozostanie nadal Rzym, lecz jego córką umiłowaną nie będzie już Europa, lecz Iberoameryka, którą zamieszkuje największa liczba katolików na świecie.
Dziś wszystkie ośrodki władzy światowej i „gadatliwi analfabeci” (dziennikarze), ich agenci, żądają, żeby Kościół zmienił wszystko, aby ukończyć przekształcanie się w jedną z wielu „religii politycznych”, jakimi są liberalizm, socjaldemokracja, marksizm i nacjonalizmy. I godne pożałowania jest to, że świat katolicki uznaje to za niezbędne, zapominając, że chrześcijaństwo jest przede wszystkim nauką o zbawieniu, a nie nauką społeczną.
A co z tym, co święte, ze świętością Kościoła, actio sacra, pragnieniem uświęcania ludzi, usuwaniem Boga, zmierzchem transcendencji?
Ach, nie! To za duże wymagania wobec argentyńskiego papieża.
Alberto Buela
Przeł. Jacek Bartyzel

1 Upraszam, aby nie mówić więcej „latynoamerykański”, co jest grubym błędem pojęciowym. „Latynami” są tylko ci z Lacjum we Włoszech. My w Ameryce jesteśmy Hispanoamerykanami, Iberoamerykanami, Indoiberyjczykami, Indianami lub po prostu Amerykanami. Ale nie Latynoamerykanami, co jest wynalazkiem oszukańczym, podstępnym i, zwłaszcza, mającym nas wynaturzyć
za "Bibula pismio niezależne": http://www.bibula.com/?p=67418

.

niedziela, 31 marca 2013

Niedziela Wielkanocna


Bądź uwielbiony nasz Zbawicielu!
Nasz Wybawco, nasza Radości, nasza cała Nadzieja!
Alleluja! Chrystus Zmartwychwstał!
Życzymy wszystkim naszym czytelnikom 
wielu łask od Jezusa Zmartwychwstałego.

Redakcja, Wielkanoc AD 2013