sobota, 17 listopada 2018

Wywróceni na islam

Wywróceni na islam


Strona główna   >   Opinie

Wywróceni na islam
Już od tygodnia w Pakistanie motłoch i „uczeni w piśmie” nawołują do zamordowania chrześcijanki Asii Bibi, gnębionej od lat faktycznie za odmówienie apostazji. Tymczasem, zaledwie kilkanaście dni wcześniej, pewna podstarzała gwiazdka rocka rodem z bezpiecznej, katolickiej Irlandii przyjęła islam, oświadczając, iż taki akt to „naturalna konkluzja drogi dla każdego inteligentnego teologa". Śmiać się, zasmucić, czy tylko wzruszyć ramionami? Ale nie ona jedyna dała się wywrócić. Dlaczego?

Na tle wielkich wydarzeń, „nawrócenie” irlandzkiej piosenkarki Sinead O'Connor na islam jest rzeczywiście błahe; ot, klasyczny „news” dla plotkarskich czasopism i portali o celebrytach. Sama piosenkarka, po konwersji Shuhada' Davitt – pomyśleć, że zaledwie w ubiegłym roku zmieniła swoje imię i nazwisko, nazywając się Magdą Davitt – tyle już w swoim życiu wykonała absurdalnych ruchów, że można wątpić jak długo wytrwa w nowej wierze. Mówimy o kobiecie, która miała czterech „mężów,” która z jednej strony zawsze bluzgała nienawiścią wobec Kościoła, zaś z drugiej, ongiś została „wyświęcona” na „kapłana” przez schizmatyckiego księdza. Bywała żoną, bywała homoseksualistką, bywała „kapłanką,” bywała chora psychiatrycznie, bywała… pobędzie więc muzułmanką, a potem może mormonką albo scjentolożką? Przecież sama jej deklaracja wiary, ta „naturalna konkluzja drogi dla każdego inteligentnego teologa,” jest cudaczną ironią, która mówi wszystko o inteligencji owej damy, a zupełnie nic o drogach i konkluzjach inteligentnych teologów.

Dlaczego islam przyciąga?
Ale dalej nie jest śmiesznie: jest tragicznie. Sinead O'Connor może wręcz symbolizować całokształt ongiś katolickiego irlandzkiego społeczeństwa. Przecież wyniki głosowania za aborcją czy za homo-związkami nie wzięły się wyłącznie z medialnej „obróbki” społeczeństwa. Irlandia od wielu lat już chorowała, toczona ukrytą pod powierzchnią gangreną i zgnilizną. W tym ongiś pięknym i katolickim kraju gniły rodziny, gniły struktury kościelne. Jak ogólnie na zachodzie, nastąpiło sprzężnie zwrotne pomiędzy upadkiem moralnym a permisywizmem liberalnym: jedno usprawiedliwiało drugie, obydwa zjednoczone w nienawiści do stanowiącego wyrzut sumienia piękna i czystości prawdziwego Kościoła.

Przychodzi moment, gdy chory nie może już znieść smrodu swej zgnilizny. Szuka lekarstwa. W tym przypadku, jednak, jednocześnie ucieka od prawdziwego lekarstwa, którego wszak nienawidzi. Zamiast więc się nawrócić, zamiast iść za przykładem tak wielu tak wielkich świętych, zamiast czerpać wiarę i siłę z Chrystusowych sakramentów szafowanych przez Kościół, natrafia na pozornie dobrze wyglądającą atrapę: na islam.

Tu krótka dygresja: czyż to nie jest właśnie wpisane w naturę tej religii? Gdy na prerii zbliża się do nas pożar, zapalamy za sobą drugi pożar, aby wkrótce mieć bezpieczne schronienie na wypalonym gruncie. Czyż nie można odnieść wrażenie, iż z tym właśnie jest islam – ogniem zaprószonym przez zło, aby zablokować postępy chrześcijaństwa? To islam zalał niegdyś Ziemię Świętą i do dzisiaj okupuje prawie całe terytorium czterech z pięciu pierwotnych Patriarchatów Kościoła. To islam odciął chrześcijaństwo od Afryki i Chin. To islam przyjęli władający połową świata potomkowie Czyngis-Chana.

Dziś islam otwarcie wchodzi w serce dawnego Christianitas, coraz mocniej oddziałując na zdemoralizowane społeczeństwa zachodu. Nie poprzez podbój, nie poprzez zasiedlenie – choć niewątpliwie napływ muzułmańskich imigrantów dramatycznie wzmaga te trendy – ale drogą konwersji. Gdzie nie spojrzeć, czy we Francji, czy w Wielkiej Brytanii, Australii, czy w Stanach Zjednoczonych, dawni chrześcijanie przyjmują islam. Mężczyźni znajdują w nim ukierunkowanie – choćby na jihad – i dyscyplinę, którą dawno zarzucili pod wpływem liberalnej deprawacji. Kobiety, które wcześniej pod wpływem feminizmu zbuntowały się przeciwko wszystkiemu co porządkowało relacje damsko-męskie i zapewniało im bezpieczeństwo w stabilnej i dobrej rodzinie, są gotowe odrzucić cały swój feminizm dla silnych muzułmańskich mężczyzn. Bezpieczeństwo za niewolę: z radością wkładają na siebie chusty i burki, bo owszem, często chodzi właśnie o najostrzejszy, wahhabicki rodzaj islamu. Być może również za konwersją Sinéad O'Connor nie stoi kolejny wybryk chorego umysłu, ale właśnie jakiś mężczyzna, w którym upatruje ona nadzieję na stabilne małżeństwo, jakiego nie widziała w domu rodzinnym, ani nie znalazła z żadnym ze swoich „partnerów” chrześcijańskiego pochodzenia?

Nawiasem mówiąc: podobnie w Polsce, o ile nasze rodzime muzułmanki tatarskiego pochodzenia nie różnią się w ubiorze i obyczaju od swoich katolickich czy prawosławnych sąsiadów na Podlasiu, to rodowite katoliczki wywracające się w islam bardzo często zakrywają się od stóp do głów czernią. Nie łudźmy się. Na granicach Rzeczypospolitej można owszem, zatrzymać imigrantów – abstrahując od mętnej polityki obecnego rządu – ale samego islamu na granicy nie zatrzymamy, gdyż ta wiara najchętniej wyrasta na społecznej zgniliźnie.

U źródeł zgnilizny
To wszystko powinno dawać nam wiele do myślenia. Oczywistą i jedyną prawdziwą odpowiedzią na zgniliznę moralną, na to śmiertelne wycieńczenie dogorywającego liberalizmu, powinno być autentyczne i mocne zwrócenie do Boga poprzez jego Kościół. Jednak właśnie to rozwiązanie zostało odrzucone a priori. Dlaczego?

Po pierwsze, zachód pozostaje społeczeństwem śladowo chrześcijańskim. W konsekwencji, istnieje przeświadczenie, iż chrześcijaństwo nie może nic już rozwiązać, a nawet że jest szkodliwe: ale to już było i nie wróci więcej, zanuciła nam inna znużona chrześcijaństwem piosenkarka (może w przyszłości też muzułmanka?). Drugi powód jest jednak o tyle ważniejszy, że nie tylko tłumaczy łatwość odrzucania chrześcijaństwa jako rozwiązania, ale dodatkowo, skłania nas do konfrontacji z prawdziwym źródłem problemu, jakim zawsze jesteśmy my sami: otóż, zarówno w Europie jak w Ameryce, przytłaczająca większość chrześcijan zwyczajnie nie jest zainteresowana życiem prawdziwie chrześcijańskim, które przecież często wiąże się z niewygodą, wyrzeczeniami, szyderstwem i zniewagami. Niestety, również wśród naszych kapłanów i biskupów nietrudno dziś znaleźć takich, którzy gorączkowo próbują „nagiąć” zasady wiary, aby usprawiedliwić tych z nas którym zwyczajnie się nie chce zachować najbardziej podstawowej nawet dyscypliny życia.

Trudno byłoby doliczyć się wszystkich szkodliwych skutków ciągłego rozluźniania nauczania. Tu wspomnimy tylko o jednym – prezentowana w tej żałośnie luzackiej formie, nasza wiara zwyczajnie traci moc przyciągania jaką wywiera każda trudna droga. Gdzie dzisiaj szukać świętych Franciszków czy Ignacych, tych którzy porywali tysiące do najtrudniejszej wyzwań? Oczywiście wielu katolików trwa przy tradycji, nieraz na przekór głównym nurtom Kościoła. Zgodnie ze słowami św. Jana Pawła II wymagają od siebie nawet gdy nikt inny nie wymaga. Na pewno nieraz przyciągają swoim przykładem heretyków czy innowierców na łono Kościoła. Jednak znacznie więcej jest przypadków takich jak owa nieszczęsna Sinéad O'Connor – ślepych szukających po omacku, coraz to oddalając się od prawdziwego nawrócenia.

(...) dalej:


Read more: http://www.pch24.pl/wywroceni-na-islam,64062,i.html#ixzz5WMLf91zA

Marcin Zieliński – Fałszywy charyzmatyk zdemaskowany! - vido




fim na:
https://zwiedzeni.pl/marcin-zielinski-falszywy-charyzmatyk-zdemaskowany/

piątek, 16 listopada 2018

Wywiad z bp. Fellayem: „Spoglądając wstecz, a idąc naprzód”

Wywiad z bp. Fellayem: „Spoglądając wstecz, a idąc naprzód”


Bp Bernard Fellay
Przy okazji konferencji Angelus Press, zorganizowanej w październiku br. w Kansas City (USA) przez amerykańskie wydawnictwo Bractwa Św. Piusa X o tej samej nazwie, bp Bernard Fellay, były przełożony generalny Bractwa, podzielił się swoimi przemyśleniami odnośnie do czasu spędzonego na czele tego zgromadzenia, a także odpowiedział na pytania dotyczące roli Bractwa w obecnym kryzysie Kościoła. Poniżej zamieszczamy tłumaczenie wybranych fragmentów wywiadu; zachowano mówiony styl wypowiedzi.
Żyjemy w bardzo, bardzo szczególnych czasach. (…) Sytuacja pod każdym względem jest dramatyczna. Uważam, że najbardziej dramatyczna jest na poziomie prawdy, na poziomie nauczania. Kościół, ze swej natury, w swojej misji – tej pierwszej misji danej Kościołowi przez Boga – jest najwyższym nauczycielem. Jest nim naprawdę i to jest jego zadaniem; nauczać. Ale czego nauczać? Prawdy! Prawdy, którą otrzymaliśmy w Bożym Objawieniu; Słowa Bożego, którego przekazywanie światu jest misją Kościoła. I jest to fakt tak zasadniczy, że bez wiary nie można podobać się Bogu ani dostąpić nieba, czyli dostąpić zbawienia! I ta misja jest misją Kościoła.
Wielkie przywileje, jak np. przywilej nieomylności, zostały udzielone Kościołowi właśnie z tego powodu. Przyjrzyjmy się, jak wygląda dziś to nauczanie – jest ono rozmywane, wprowadza zamieszanie, [i dzieje się tak] na najwyższych szczeblach. Jeśli sięgniemy niżej, np. do poziomu nauczania katechizmu, to można się zdziwić, ile zostaje z tego katechizmu w praktyce. Patrząc na młodzież [okazuje się, że] nie znają już własnej wiary. Tak właśnie jest. Jest to bardzo, bardzo poważna sytuacja.
Druga konsekwencja, chyba najbardziej widoczna, najbardziej dotkliwa, wzbudzająca emocje w Kościele – to sprawa moralności. Chodzi znów o ten sam problem, o wprowadzanie niejasności, zamieszania – do tego stopnia, że ludzie przestają wiedzieć, co jest prawdą, a co – fałszem; co mamy prawo czynić, a czego nie – w bardzo istotnych kwestiach.
Początek bierze się z [ekshortacji apostolskiej] Amoris lætitia i pytania: „Czy rozwodnicy żyjący w nowych związkach mogą przystępować do Komunii św.?”. Nauczanie Kościoła w tej dziedzinie było zawsze bardzo jasne. A teraz wprowadzono znak zapytania. Nazywam to szarą strefą. Próbowano stworzyć szarą strefę pomiędzy „tak” a „nie”. Oczywiście jest to niemożliwe i nie do zniesienia, i prowokuje ostrą walkę oraz podział w Kościele między tymi, którzy mówią „tak, mogą” a tymi, którzy mówią „nie, nie mogą”. A to dlatego, że Kościół w tej sprawie zawsze wyrażał się jasno.
Zatem ten rozłam prowadzi do [poczucia] niezależności, ponieważ ludzie starają się wiedzieć, kto co mówi; tymczasem głos, który winien mówić – milczy. Wówczas ludzie sami dokonują wyborów i taki będzie wynik tego wszystkiego: bądź to porzucenie posłuszeństwa, bądź uczynienie z niego wartości absolutnej – w obu przypadkach jest to coś bardzo złego.
Co w takim razie wierni mogą robić w sensie pozytywnym i aktywnym? Muszą posiąść odpowiednią wiedzę w zakresie wiary i obyczajów. Zdobyć przekonanie, mocne przekonanie; a podstawowe, silne przekonanie do zasad moralnych płynie ze [znajomości] doktryny. Powinni się dokształcać, czytać dobre lektury, dobre encykliki, dobry katechizm. Aż do lat 50. XX wieku wszystko [to] było odpowiednie. Można bez obaw czytać encykliki sprzed lat 60. i nie ma tu żadnego zagrożenia. Znajdzie się pożywkę, której potrzeba. Ale powtarzam: trzeba się dokształcić i trzeba praktykować. Działanie wypłynie z przekonania. Ale będzie potrzebna łaska, a więc i modlitwa.
Pozostaje wiele do zrobienia, ale mamy tę pewność, że kiedy Bóg pozwala na coś, np. jakąś próbę, zawsze daje także odpowiednią łaskę i pomoc, których potrzebujemy, aby ją przetrwać, a nawet stać się dzięki niej lepszymi.
Tak więc, będąc świadomi tragedii Kościoła, nie powinniśmy panikować. Nie jest to czas na panikę, ale na poważne podejście do spraw i na wytrwanie. Boża pomoc zawsze będzie z nami – co do tego nie ma wątpliwości – i mogę nawet dodać, że istnienie Bractwa oraz wierni, którzy się wokół niego gromadzą, są tego żywym dowodem.
https://news.fsspx.pl/2018/11/wywiad-z-bp-fellayem-spogladajac-wstecz-a-idac-naprzod/

Paweł VI i “nadużycia” liturgiczne





Papież Paweł VI, którego niedawno kanonizował Franciszek, odpowiada za przeprowadzenie reformy liturgicznej.

Najgorszym skutkiem reformy, nieistotne przy tym, czy zamierzonym, czy ubocznym, były liczne świętokradztwa, jakie ona przyniosła. Ich początku można dopatrywać się już przy dostosowaniu kościołów i parametrów liturgicznych do nowej Mszy. Masowe wyrzucanie ornatów i mszałów na śmietnik oraz niszczenie ołtarzy, aby na ich miejsce wstawić stoły, było na porządku dziennym. Ten ostatni proceder ukrócili dopiero konserwatorzy zabytków, którzy upomnieli się o kulturowe dziedzictwo Europy, nie patrząc na względy religijne.

Tym, co jednak najbardziej moralnie obciąża całą reformę liturgiczną i przekreśla jej pozytywne owoce były i są liczne profanacje Najświętszego Sakramentu, a więc samego Boga ukrytego pod postacią hostii, największego skarbu, jaki posiada Kościół. Przyczyniły się do tego zmniejszające się oznaki czci wobec Eucharystii. Nie był to proces spontaniczny, ale niestety odgórnie narzucony, który miał być częścią pozytywnych zmian. Zaczęło się od usuwania z kościołów balasek pokrytych obrusami, które miały zapewniać ochronę przed upadkiem Świętych Hostii. Tam, gdzie nie można było tego zrobić, ze względu na sprzeciw konserwatora, po prostu ignorowano ich obecność. Następnie rezygnowano z postawy klęczącej przy przyjmowaniu Komunii świętej i zastępowano ją postawą stojącą. W końcu wprowadzono Komunię świętą na rękę, co było przypieczętowaniem rozpoczętych zmian.
Chodzi tu nie tylko o podejście do Najświętszego Sakramentu, ale także do samej Mszy świętej, która jest świętą Ofiarą Pana Jezusa. Jan Paweł II pisał o „nadużyciach liturgicznych”: „Niestety, trzeba z żalem stwierdzić, że począwszy od czasów posoborowej reformy liturgicznej, z powodu źle pojmowanego poczucia kreatywności i przystosowania, nie brakowało nadużyć, które dla wielu były przyczyną cierpienia. Pewna reakcja na «formalizm» prowadziła niekiedy, zwłaszcza w niektórych regionach, do uznania za nieobowiązujące «formy» obrane przez wielką tradycję liturgiczną Kościoła i jego Magisterium, i do wprowadzenia innowacji nieupoważnionych i często całkowicie nieodpowiednich”1.
To samo podkreślał Benedykt XVI: „Wielu ludzi, którzy zaakceptowali postanowienia Soboru Watykańskiego Drugiego i pozostali wierni Papieżowi i Biskupom, szukało także sposobu, by zachować drogą im formę świętej liturgii. Działo się to głównie dlatego, że w wielu miejscach odprawiano liturgię nie stosując się do wskazań nowego Mszału, które rozumiano wyłącznie jako przyzwolenie na kreatywność liturgiczną – a nawet jako wymaganie takowej. To często prowadziło do trudnych do zniesienia deformacji liturgii. Mówię o tym z doświadczenia, ja sam bowiem żyłem w tym okresie, w którym obok nadziei pojawił się zamęt. Widziałem, jak całkowicie dowolne zniekształcenia powodowały głęboki ból jednostek głęboko zakorzenionych w wierze świętego Kościoła”2.
Papieże ci mówili o „nadużyciach” i „deformacji”, do czego przyczyniać się miało dążenie do „kreatywności” i „innowacji”. Sam ten eufemistyczny język pokazuje stan umysłu posoborowych pasterzy Kościoła, którzy dostrzegając profanacje i świętokradztwa, nie chcą nazwać ich po imieniu. W tej sytuacji trudno się dziwić, że ich apele i próby zmiany tej sytuacji nie mogły się powieść. Znamienne jest także, że papieże ci podkreślali przede wszystkim „cierpienie” i „ból” wierzących, tak jakby chodziło tylko o czyjeś uczucia i o nic więcej.
Rażącym dowodem na to, że to co się działo, nie było rzadkością i przypadkiem, świadczy sytuacja, jaka miała miejsce po Soborze Watykańskim II w Stanach Zjednoczonych. Frederick McManus, a więc bliski współpracownik ks. Bugniniego, Architeksta rewolucji liturgicznej”, został w 1959 r. przewodniczącym Liturgical Conference, stając się w ten sposób największym autorytetem liturgicznym w USA. Po Soborze stał się przewodniczącym Komisji Episkopatu ds. Liturgii (BCK). Był odpowiedzialny za wdrażanie reform liturgicznych w swoim kraju. Stany Zjednoczone stały się wówczas miejscem, gdzie dochodziło do największych „nadużyć liturgicznych” na świecie. Działo się to nie tylko przy biernej postawie McManusa, ale także przy jego inspiracji. Publicznie pochwalał on bowiem „twórcze eksperymentowanie” w liturgii. Efektem tego było m.in. to że wielu księży przez lata odprawiało Msze Święte przy użyciu ciastek, a nie hostii.
Msze te były oczywiście nieważne, kapłani odprawiając je popełniali grzechy ciężkie, a wierni byli pozbawieni niedzielnego uczestnictwa we Mszy i Komunii Świętej. Złożone przez nich stypendia mszalne za żywych i umarłych nigdy nie zostały zrealizowane. Do świętokradztwa została więc również dołożona także kradzież na wielką skalę, która nie została w żaden sposób rozliczona.
Paweł VI, jeśli nawet by niezwykle stanowczo potępiał liczne świętokradztwa (czego raczej nie robił, o czym świadczy fakt, że trwały latami), to i tak ponosi za nie odpowiedzialność, bo były one efektem (nawet jeśli niechcianym) reformy liturgicznej, za którą papież ten był odpowiedzialny.
Michał Krajski

1 Jan Paweł II, Ecclesia de eucharistia, par. 52.
2 Benedykt XVI, List apostolski z okazji wydania Summorum Pontyficum.

środa, 14 listopada 2018

Msza św. polowa odprawiona na dworcu kolejowym w Lesznie Wielkopolskim 20 IV 1919 r.























Pierwszy pociąg transportujący Błękitną Armię gen. Józef Haller do Polski przekroczył granicę z Wielkopolską w nocy z 19 na 20 kwietnia 1919. w Lesznie Wielkopolskim. Następnego dnia odprawiona została Msza św. polowa dla całego sztabu i komitetu powitalnego.

Józef Haller  należał obok innych członków rodziny do Sodalicji Mariańskiej oraz do Trzeciego Zakonu Świeckiego Franciszkańskiego (tercjarzy). Wielki wpływ na osobowość młodego Hallera wywarła atmosfera patriotyzmu i głębokiej religijności rodzinnego domu. Wartości, które go ukształtowały, określiły także całą jego późniejszą działalność.

Kadry z filmu "Niepodległość".
za:  https://pl.wikipedia.org/wiki/J%C3%B3zef_Haller

poniedziałek, 12 listopada 2018

Kazanie ks. Tomasza Jochemczyka przed Marszem Niepodległości 2018


Duch Bonapartego, krąży nad „Marszem Biało-Czerwonym” i co z tego wynika



Wyjaśniam na wstępnie, że nie chodzi o Marsz Niepodległości zorganizowany przez „Stowarzyszenie Marsz Niepodległości” z jego fundamentalnym, tegorocznym hasłem „Bóg, Honor i Ojczyzna”, ale o rządowy marsz z 11.11.2018 z jego oficjalnym hasłem, neutralnym religijnie „Dla Ciebie Polsko”, zwanym też medialnie „Marszem Biało-Czerwonym”.

Opinia publicznie nie dostrzega takich niuansów, jednak wnikliwych konserwatywno-tradycjonalistycznych komentatorów nie da się szukać.

Wyjaśniam po kolei.

Masoneria w XVIII wieku podjęła realizację wielkiego projektu zmiany paradygmatu katolickich państw aby uczynić je antyreligijnymi, a jeśli to nie możliwe, to przyjemniej indyferentnymi wyznaniowo. Dziś byśmy powiedzieli, że podjęto się zadania „podmiany społeczeństwa”, wtedy nie etnicznie ale mentalnie. Aby oderwać naród od Mistycznego Ciała Chrystusa jakim był Kościół, popychając go ku naturalizmowi. Oczywiście pisma filozofów trafiały do elity, a nie do ludu więc to od nich zaczęła się wielka zmiana. W Rzeczpospolitej Obojga Narodów tej pracy podjął się ideowy mason ostatni król Stanisław August Poniatowski, zaczynając bardzo trafnie od tworzenia nowej niekatolickiej, oświeceniowej elity, dzięki nowo założone szkole zwanej Szkołą Rycerską. Wyrzucono z niej naukę katechizmu na rzecz „wykładów z moralności” (ówczesna etyka?), a położono nacisk na „miłość ojczyzny”, „obywatelskość” i „cnoty”. Powstał w ten sposób laicki patriotyzm, bliźniaczo podobny do tego nad Sekwaną. Przez 30 lat swej działalności szkoła wychowała ok. 650 kadetów oraz ok. 300 eksternów, a jej wpływ ideowy trwał, aż do Wielkiej Emigracji z 1831 r.

Diabeł, jest nie tylko ojcem kłamstwa, ale doskonałym psychologiem i socjologiem. Najlepszym, „bez inwazyjnym” sposobem odciągnięcia duszy do Boga jest nastąpienie Dobra Najwyższego, innym dobrem, tu miłością ojczyzny. Dusza myśli, że postępuje właściwie, cnotliwie, ale efekty końcowy jest dokładnie taki sam jak przy każdym grzechu ciężkim. Piekło. Życiorysy większości „patriotów”. przełomu wieków XVIII/XIX, to połączenie gorącego patriotyzm i fanatycznego antyklerykalizmu, jak u autora śpiewanej frazy „dał ma przykład Bonaparte…” Józefa Wybickiego.



Symboliczna jest data powstania Szkoły Rycerskie czyli rok 1765, na 3 lata przed powstaniem Konfederacji Barskiej, z jej hasłem generalnym „Jezus Marya”. Cały program Konfederacji wyrażał katolicki pogląd na miłość Ojczyzny, która nie jest wartością absolutną, ale środkiem do Ojczyzny Niebieskiej, poprzez Wiarę prawowierną katolicką i państwo katolickie, które jej broni. Klęska Konfederacji Barskiej (60 tysięcy zabitych wg. króla, 14.000 wywiezionych do Rosji, nie znana liczba wcielonych siłą do armii carskiej), oznaczał początek końca tradycjonalistycznego paradygmatu i zastąpienia go oświeceniowym. Patriotyzm bez Boga często przekształca się w niszczący wojenny szowinizm lub antykatolicką furię o potwornej sile rażenia.

 Hasło „Honneur et Patrie” otrzymaliście z dobrodziejstwem inwentarza po micie napoleońskiej Francji i było ono mentalnie tak silne, że ukonstytuowano je w ustawie z dnia 1 sierpnia 1919 r. „o godłach i barwach Rzeczypospolitej Polskiej”. Przełamanie rewolucyjnego paradygmatu w haśle narodowym nastąpiło dopiero dekretem Prezydenta Rzeczypospolitej z 15 października 1943 r. w umieszczając słowo „Bóg Honor Ojczyzna” na sztandarach oddziałów Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Po upadku komunizmu dewiza „Bóg, Honor, Ojczyzna” została uchwalona przez Sejm RP w Ustawie z dnia 19 lutego 1993 r. o znakach Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej.

I takie hasło „BÓG HONOR OJCZYZNA” zostało ustanowione hasłem tegorocznego Marszu Niepodległości, któremu rząd przeciwstawił hasło lackie, akceptowalne dla wszystkich z wyjątkiem nihilistów: „Dla Ciebie Polsko”. Czyli jak u oświeceniowców, bez Boga miłujących ojczyznę. Bogu nie dziękując za otrzymane dobrodziejstwa. Parta PIS jest ideową, rewolucyjną kontynuatorką patriotów-oświeceniowców.

Aby spuentować tego dnia usłyszałem słowa przełożonego Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X ks. Karola Stehlina, który w liście do wiernych, przypomniał, że nie zadekretowany w 1927 r. „Mazurek Dąbrowskiego”, jest prawdziwym hymnem katolickiego narodu, a Bogurodzica. Wstyd dla, że katolicki, rodem z niemieckiej Badenii, kapłan musi nas upominać o cześć należnej Królowej Polski.

Tymczasem bezbożny hymn, w którym przywołuje się imię burzyciela i niszczyciela kościołów i klasztorów, pysznego zbrodniarza, konstytuującego rewolucyjny porządek prawny, rozbrzmiewa w kościołach, marszach, paradach w niby jeszcze katolickim narodzie. Podmieniona tożsamość, już nie elity, ale i ludu, zdaje się wyrzucać Boga z myśli, a imię Maryi z pieśni.

Tylko na platformie organizatorów, Marszu Niepodległości, pewna panna intonuje dziękczynne modlitwy, które autor tej Niepodległościowej dygresji powtarzał z garstką słyszących. Pogrobowcy konfederatów barskich.

 Piotr Błaszkowski

https://wrealu24.pl/duch-bonapartego-krazy-nad-marszem-bialo-czerwonym-i-co-z-tego-wynika/

#realu24#polskaiswiat