środa, 2 kwietnia 2014

Ikona Matki Boskiej Częstochowskiej u Mery Wagner w więzieniu!

Wybierz Życie
"Wybierajcie więc życie,
abyście żyli wy i wasze potomstwo."
(Pwt 30, 19)


Human Life International - Polska

W wigilię Dnia Świętości Życia 24 marca 2014 r. Matka Boża w Ikonie Częstochowskiej zatrzymała się w więzieniu dla kobiet „Vanier Center” w Milton w Kanadzie, które jest przeznaczone dla ponad 300. więźniarek.
Inspiracją tej wizyty było spotkanie z Mary Wagner, która od 14 sierpnia 2012 roku jest tam osadzona za przekonywanie kobiet do urodzenia swojego poczętego dziecka. Spędziła w więzieniu 14 miesięcy jeszcze przed rozpoczęciem procesu, który nadal trwa.

Spotkanie z Ikoną

Głównym celem wizyty było umożliwienie Mary Wagner spotkania się z pielgrzymującą w obronie życia Matką Bożą Częstochowską. Dopiero po raz drugi od dnia aresztowania, tj. od 14 sierpnia 2012 roku, Mary miała możliwość uczestniczenia we Mszy św.
To zresztą nie było pierwsze więzienie, które odwiedzała Matka Boża Częstochowska na trasie swojej pielgrzymki. Była w olbrzymim zakładzie karnym dla kobiet pod Madrytem, gdzie po Eucharystii Ikona wyruszyła w niecodziennej procesji wewnętrznymi korytarzami wzdłuż cel.

Msza św. w więzieniu

Władze więzienia wyraziły zgodę na tę wizytę i odprawienie Mszy św. Ks. Allan Varlaki z pobliskiej parafii p. w. Różańca Świętego z Milton przywiózł ze sobą wszystkie sprzęty, konieczne do celebracji Eucharystii. Mszy św. przewodniczył ks. Peter West wiceprezydent Human Life International ds. Misji. Podczas homilii mówił o niezmierzonym miłosierdziu Bożym. W modlitwie uczestniczyło ok. 25 osób: więźniarek, pracowników ochrony, pielęgniarek oraz pracowników administracji. Nie wszyscy uczestnicy tej Mszy św. byli katolikami, nie mogli więc przystąpić do Komunii. Każdy jednak mógł podejść i otrzymać specjalne błogosławieństwo. Wspólnie odmówiono dziesiątkę Różańca św. „Zwiastowanie”. Stając kolejno w indywidualnej modlitwie przed Ikoną i dotykając Ją prosili Maryję, aby prawo kanadyjskie szanowało ludzkie życie.

List z Polski

Po Mszy św. John Bulsza, który znacznie przyczynił się do zorganizowania tej wizyty, przeczytał list od ks. Piotra Baltarowicza z Polski, proboszcza parafii Narodzenia NMP w Siemysłowie, w diecezji wrocławskiej, głównego inicjatora wizyty. Napisał on: Przenajświętsza Matko, która swoim wzrokiem ogarniasz wszystkich: kapłanów, pracowników więzienia i administracji, gości, a zwłaszcza spoglądasz na więźniarki! To spojrzenie jest pełne miłości i miłosierdzia. Każdej z Was Najświętsza Matka chce powiedzieć: „Jesteś ukochanym dzieckiem Boga”.(…) Korzystam z okazji, aby razem z Najświętszą Matką i Jej Synem, Jezusem, zwrócić się do drogiej Marii Wagner. Dziękuję za Twoją postawę w obronie życia. Jest to największy dar, jaki mogłaś dać światu!(…) Niech doświadczenie obecności Najświętszej Maryi Panny będzie dla Was błogosławieństwem. Ona zna wasze serca i potrzeby. Módlcie się, a Wasze serca wypełni miłością. Dziękuję kobietom, które razem z Maryją modlą się każdego dnia. Ucałujcie Ikonę Najświętszej Matki!

Zarówno Mary, jak i inne więźniarki, były bardzo wzruszone i wdzięczne za to spotkanie.

Karana za pozytywną ochronę

Mary Wagner jest 38. letnią katoliczką, która odważnie broni prawa poczętych dzieci do urodzenia się. Od kilku lat podejmuje w pełni pokojową, delikatną misję wśród kobiet oczekujących w placówkach aborcyjnych.
Mary Wagner działa całkowicie bez przemocy. Prosi tylko brzemienną kobietę, aby ochroniła swoje dziecko, najczęściej klękając przed nią i wręczając białą różę oraz ulotkę, na której są wymienione organizacje pro-life pomagające kobietom w ciąży. Jej działanie jest na tyle skuteczne, że placówki aborcyjne boją się jej jak ognia. Akt oskarżenia mówi, że zakłócała ona komfort w prowadzeniu zgodnego z prawem biznesu. Faktem jest, że usługi aborcyjne przynoszą wielkie zyski.

Biznes aborcyjny

Podczas rozprawy, która toczyła się w grudniu ubr. wyszło na jaw, że w centrum aborcyjnym, gdzie aresztowano Mary, legalnie dokonuje się aborcji nawet u dziewczynek w wieku 14 i 15 lat bez wiedzy i zgody rodziców, co jest zgodne z kanadyjskim prawem. Wykonuje się tam także bardzo późne aborcje, ponieważ kanadyjskie prawo chroni dzieci dopiero od momentu urodzenia. Jak zeznała w sądzie jedna z pracownic tej placówki, zabija się tam ok. 30 dzieci dziennie.

Kto się myli?

Już wcześniej Mary była sześciokrotnie aresztowana i ponad trzy lata spędziła w więzieniu. Pomimo nacisków, straszenia i sankcji, nie zmieniła swojej postawy. Argumentuje, że nie może ustąpić, gdy obok niej zabijane jest małe, bezbronne dziecko. Podczas ogłaszania poprzedniego wyroku sędzia prowadzący jej sprawę powiedział: Mylisz się i twój Bóg też się myli. Uzasadniał, że nie miała prawa narażać kobiet na dodatkowy stres.

Holokaust nadal trwa

W swoim liście do Polaków Mary napisała: „Wizyta w Polsce zaprowadziła mnie również do Oświęcimia. Nigdy bym tam sama nie pojechała, ale nie chciałam odmówić moim przyjaciołom. To co tam zobaczyłam, wstrząsnęło mną do głębi. Czytając w księdze gości wezwania: Niech ta zbrodnia już nigdy się nie powtórzy, uświadomiłam sobie, że TO dzieje się ponownie na naszych oczach, tylko w innym przybraniu. TO dzieje się obecnie w Kanadzie i na świecie.”

Kim jest dziecko poczęte?

Obecną prawną sytuację Mary pogarsza fakt, że złamała warunki poprzedniego wyroku, który zakazywał jej zbliżania się do jakiejkolwiek placówki aborcyjnej w prowincji Ontario na mniejszą odległość niż 200 m. Jej sprawa zaczyna nabierać znaczenia precedensu. Zwraca uwagę, że dziecko poczęte jest człowiekiem. Swoją postawą Mary działa zgodnie z Sekcją 37 Kodeksu Karnego, który zezwala na samoobronę oraz wykazuje niezgodność Kodeksu Karnego Kanady z Konstytucją. To może umożliwić nowe sformułowanie definicji istoty ludzkiej, która dzisiaj nie jest objęta żadną ochroną aż do momentu urodzenia.

Można napisać list


Każdy może napisać do Mary (oczywiście po angielsku). Adres: Vanier Center for Women, 655 Martin Street, Box 1040, Milton, Ontario L9T 5E6, Canada. Z dopiskiem: for Mary Wagner.

Pielgrzymka trwa

Informacje o ostatnich wydarzeniach z peregrynacji otrzymujemy teraz codziennie. Po opracowaniu od razu umieszczamy je na stronie www.odoceanudooceanu.pl Zapraszamy!

Bardzo prosimy o pomoc

Już niedługo Matka Boża Częstochowska stanie na granicy Meksyku, rozpoczynając wizytę w Ameryce Środkowej i Południowej. Trwają rozmowy i przygotowania. Mamy też sporo problemów. Te kraje nie są bogate. Trzeba im pomóc, a na pewno powitają Ikonę bardzo gorąco. Bardzo prosimy Przyjaciół o wsparcie. O towarzyszenie w tej pielgrzymce, o modlitwę, bez której to dzieło nie jest możliwe do przeprowadzenia. Jeśli ktoś z Was zechciałby wspomóc nas również finansowo, bardzo serdecznie dziękujemy! Można to zrobić przez Klub Przyjaciół Ludzkiego Życia.

Serdeczne Bóg zapłać wszystkim,
którzy pomagają ratować życie!

W imieniu KPLŻ
Ewa Kowalewska

Klub Przyjaciół Ludzkiego Życia
Human Life International - Polska
za: http://www.odoceanudooceanu.pl/node/741

wtorek, 1 kwietnia 2014

Święci Geminianus i Severus

Paolo Veronese (ur. 1528 w Weronie, zm. 19 kwietnia 1588 w Wenecji) – jeden z najwybitniejszych włoskich malarzy renesansowych tworzących w XVI – wiecznej Wenecji. Urodził się jako Paolo Cagliari lub Paolo Caliari; często nazywany Werończykiem z racji miejsca swych narodzin. "Święci Geminianus i Severus", 1560 Galleria Estense, Modena (4187) © Courtesy of the Ministero dei Beni e delle Attività Culturali e del Turismo - Archivio Fotografico della SBSAE di Modena e Reggio Emilia

poniedziałek, 24 marca 2014

Z Mszą trydencką od niemal ćwierćwiecza

Data aktualizacji: 2014-03-24 08:23:00

W latach 90-tych nawet w najśmielszych przypuszczeniach nie oczekiwaliśmy ani takiej poprawy statusu formalnego Mszy trydenckiej, ani takiego rozpowszechnienia, jakie ma obecnie miejsce, aczkolwiek nadal nie brakuje trudności i przeszkód – mówi dla portalu PCh24.pl ks. dr Dariusz Olewiński z archidiecezji wiedeńskiej.



Wobec Księdza chyba najlepiej pasuje stwierdzenie, że zainteresował się Ksiądz Mszą trydencką „zanim stało się to modne”. Na swój sposób jest Ksiądz też nestorem i protoplastą polskiego powrotu do tradycji. Kiedy zainteresował się Ksiądz przedsoborowym rytem? Co miało decydujący wpływ na to?

Nie zasługuję na takie zaszczytne tytuły. Dziękuję za życzliwość. Mówiąc najkrócej, Pan Bóg poprowadził przez ludzi i okoliczności, a droga była nieco zawiła. Dla zrozumienia całości muszę podać parę szczegółów biograficznych. Przeszedłem zwykłą parafialną edukację religijną w Polsce. Po maturze w Przemyślu i roku studiów świeckich na Uniwersytecie Jagiellońskim (filologia germańska), rozpocząłem formację zakonno-seminaryjną. Jako kleryk-werbista wyjechałem na dalsze studia do Austrii. Tam po półtora roku odszedłem ze zgromadzenia z powodu ewidentnych i ważkich nadużyć liturgicznych, których praktykowania ze swojej strony odmawiałem nie tylko z powodów czysto formalnych, lecz mając w wyniku słuchania wykładów pewność, że są one narzucane z powodów teologicznych. Po mozolnym poszukiwaniu rozwiązania musiałem stwierdzić, że nie mam wsparcia nawet u przełożonego generalnego, choć prawnie miałem oczywistą rację. Ta sprawa była początkiem otwierania oczu na obecną sytuację w Kościele. Po miesiącach rozmów z kierownikiem duchowym przyjąłem propozycję kontynuowania studiów jako kleryk seminarium archidiecezjalnego we Wiedniu. Tam właśnie zacząłem poznawać liturgię tradycyjną. Dotychczas znałem ją tylko pośrednio, a to z kpiących i pogardliwych uwag. Po raz pierwszy uczestniczyłem w takiej Mszy św. – dzięki propozycji kolegi z seminarium – w niedzielę Chrystusa Króla Wszechświata w 1990 r. (homilię wygłosił ówczesny biskup pomocniczy wiedeński x. K. Krenn, zaprzyjaźniony zresztą z x. kardynałem Jaworskim).

Łacina stanowiła dla Księdza problem?

Od liceum lubiłem łacinę (a łacina też mnie lubiła, jeśli można tak powiedzieć) i dość łatwo mogłem zrozumieć teksty. Cała atmosfera, wraz ze śpiewem gregoriańskim, od razu wydała mi się bliska. Poczułem się w tej liturgii jak w domu. Nie przyszło mi jednak wtedy na myśl, że można by ją stosować w codziennym duszpasterstwie. Rzeczywistość parafialna zbyt od niej odbiegała. Ogólnie także wśród nastawionych kościelnie księży było takie mniemanie, że powrót liturgii tradycyjnej jest nie do pomyślenia, wręcz niemożliwy. Uważałem za swoje zadanie nauczanie wiary oraz wierność przepisom Novus Ordo, a może z czasem stopniowe zbliżenie do liturgii tradycyjnej, jak np. przez ustawienie krzyża na ołtarzu czy używanie Kanonu Rzymskiego. Później w prywatnej lekturze dowiedziałem się, że jest na to nazwa, mianowicie obecnie już słynna „reforma reformy“ postulowana przez x. kardynała Ratzingera. Z takim nastawieniem jako kleryk niekiedy uczestniczyłem w liturgii tradycyjnej i przyjąłem święcenia kapłańskie w Novus Ordo.

Kiedy zaczął Ksiądz naukę starszej formy rytu?

Podczas rekolekcji przed święceniami (prowadzonych notabene przez tyle sędziwego co rześkiego jezuitę, który na zakończenie podarował nam po obrazku św. Ignacego w ornacie barokowym z manipularzem) zacząłem uważnie czytać, a następnie uczyć się na pamięć cichych modlitw kapłana z mszalika tradycyjnego. To było następne głębsze odkrycie duchowego piękna tej liturgii. Podczas wakacji po prymicjach zacząłem prywatnie sprawować Mszę św. według Missale Romanum św. Piusa V. Nie były mi wtedy znane kontrowersje prawne, poszedłem jednak za wyczuciem teologicznym, mówiącym, że liturgia sprawowana w Kościele przez wieki nie może być zakazana. Przełożeni dowiedzieli się z czasem o moim prywatnym używaniu Mszału Rzymskiego. Ze zrozumiałych powodów nie wydali ani zakazu, ale też nie byli tym faktem zachwyceni. Równocześnie starali się wpierw, żebym miał jak najmniej dni wolnych od obowiązkowej Mszy św. parafialnej (zwykle przysługiwał jeden dzień w tygodniu, ale ja tego zwykle nie miałem). Starano się też sprowadzić celebrowane przez mnie Msze św. w Novus Ordo do stylu rozpowszechnionego, czyli zawierającego mniejsze czy większe nadużycia. Gdy to się po roku nie udało, odwrócono sytuację, tzn. miałem Mszę św. parafialną dwa do trzy razy w tygodniu, w inne dni mogłem celebrować według mszału tradycyjnego. Wtedy mogłem już na dobre się zżyć z tą liturgią. Powody tej decyzji musiałbym wyjaśniać szerzej. W skrócie mogę powiedzieć, że chodzi o motywy głównie teologiczne, ale także duchowe i duszpasterskie. Tradycyjną teologię katolicką poznawałem także przez lekturę prywatną. Na studiach usilnie starano się nas raczej zaszczepić przeciw tej teologii, najczęściej w sposób dość brutalny i prymitywny. W tym czasie najbardziej lubiłem patrologię, która mi dała zarówno solidne podstawy myślenia katolickiego, jak też poszerzyła horyzont teologiczny. Potem w liturgii tradycyjnej odkryłem ducha Ojców Kościoła, który jest równocześnie duchem katolickim. U profesorów miałem opinię „dobrego scholastyka” (nie było to z reguły rozumiane pochlebnie), choć pod tym względem byłem tylko samoukiem. Mogę powiedzieć, że liturgia tradycyjna w swym bogactwie, głębii i zarazem wyrazistości odpowiada także duchowi scholastyki, i w ogóle każdej prawdziwie katolickiej teologii, także nowoczesnej – w dobrym znaczeniu tego słowa.

A jak w Polce przyjęto wiadomość o tym, że Ksiądz sprawuje Mszę trydencką?

Boża Opatrzność sprawiła, że w Polsce byłem jednym (wówczas chyba najmłodszym) z pierwszych księży sprawujących Mszę św. tradycyjną po „reformie liturgicznej”. W drodze na prymicje w rodzinnej parafii zajechałem nieco okrężną drogą najpierw na Jasną Górę, gdzie dnia 2 lipca 1993 r. swoją piewszą Mszę św. na polskiej ziemi sprawowałem przed Cudownym Wizerunkiem Matki Bożej, właśnie według mszału tradycyjnego. Była to Msza św. tzw. cicha (po niej przypadkowi uczestniczący pytali mnie, dlaczego nie mówiłem do mikrofonu). Drugą Mszę św. w Polsce (3 lipca 1993 r.) sprawowałem przy konfesji św. Stanisława na Wawelu. Miałem wtedy nawet ministranta, którym był młodszy kolega z seminarium.

W latach 1994-1995 pojawiły się kontakty z wiernymi w Polsce, głównie w Warszawie, Krakowie i Poznaniu. Były to celebracje okazyjne, co kilka miesięcy. Liczba uczestniczących wynosiła od kilku do kilkudziesięciu osób. W 1997 r. udało się wiernym w Warszawie zorganizować celebrację Triduum Paschalnego, bodajże po raz pierwszy od soboru, i jest to chyba kontynuowane nieprzerwanie do dziś. Przyjeżdżałem do Warszawy na Triduum do 2002 r. włącznie, aż inne obowiązki to uniemożliwiły.

Czy orientuje się Ksiądz, jak wyglądała sytuacja polskich tradycjonalistów w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia? W ilu miejscach sprawowana była Tridentina?

Nie jestem w stanie odpowiedzieć wyczerpująco, gdyż nie przebywałem na stałe w Polsce i nie byłem we wszystkich miejscach, gdzie sprawowano liturgię tradycyjną. Zawsze uważałem, że lepiej jest, gdy księża miejscowi zaopiekują się wiernymi. Mogłem tylko pomóc w sposób bardzo ograniczony. Docierały do mnie różne wieści, dobre i niedobre. Zebrałem też swoje własne różnorodne doświadczenia. Mogę powiedzieć, że już w latach 90-tych, gdy zewnętrznie przynajmniej w Polsce nic na to nie wskazywało, miałem przeświadczenie, iż liturgia tradycyjna nie wymarła i nie wymrze, gdyż zawiera i o wiele pełniej niż Novus Ordo wyraża Boże Objawienie, które jest nieprzemijające.

Równocześnie nawet w najśmielszych przypuszczeniach nie oczekiwaliśmy ani takiej poprawy statusu formalnego, ani takiego rozpowszechnienia, jakie ma obecnie miejsce, aczkolwiek nadal nie brakuje trudności i przeszkód.

Mówiąc o tych czasach nie sposób nie wspomnieć również o problemach, które wówczas miały miejsce. Jak zapatrywali się na tradycjonalistów ówcześni biskupi i księża?

Najpierw uwaga odnośnie terminologii: nie należy osób przywiązanych do liturgii tradycyjnej nazywać „tradycjonalistami”, gdyż to słowo ma swoje określone znaczenie w historii teologii (chodzi o herezję XIX-wieczną), które zupełnie nie ma zastosowania w tym przypadku i właściwie jest wręcz obraźliwe. Rozumiem, że to wygodny skrót i że brakuje odpowiedniego poręcznego słowa. Może trzeba je dopiero wynaleźć. Póki co należy mówić o katolikach tradycyjnych, w skrócie o tradikatolikach.

Teraz do rzeczy samej. Mogę powiedzieć tylko o własnych doświadczeniach. Niestety, były dość często niedobre, aczkolwiek były także życzliwe i przychylne reakcje. Te ostatnie miały miejsce, gdy dany ksiądz czy biskup znał i cenił wiernych, którzy prosili o Mszę św. tradycyjną. Właśnie z reguły wierni organizowali celebracje, szukali proboszczów, kościoła itd. Także starając się o celebrację „prywatną” napotykałem różne odpowiedzi. Jako ksiądz „z Zachodu” traktowany byłem przeważnie z mieszanką zarówno polskiej gościnności jak i nieufności. Zasadniczo respektowano celebret, którym zawsze mogłem się wylegitymować. Nierzadko jednak zdarzało się, że umożliwiano jedynie celebrację prywatną w tym znaczeniu, że praktycznie nie dopuszczano do uczestnictwa wiernych. Jeden z proboszczów wprost zażądał, żebym pojawiał się przy ołtarzu dopiero wtedy, gdy nie będzie nikogo w kościele, choć nigdy nie miałem formalnego zakazu celebracji z ludem. W rodzinnej parafii okrzyczany zostałem jako rzekomy „lefebrysta”, i to właśnie przez osoby bliskie księżom, a chyba także przez niektórych księży. Wydaje mi się, że nie wynikało to z braku osobistej życzliwości, lecz raczej ze zwykłej ignorancji, tudzież urazy do takiego liturgicznego „wyróżniania się” czy „braku wspólnotowości”, choć wcale nie unikałem kontaktów poza „koncelebrą”. Szczególnie przykre było jedno spotkanie z pewnym, skądinąd bardzo szacownym, biskupem (już nieżyjącym). Odwiedziłem go, pragnąc podziękować za pisemne życzenia z okazji święceń. Rozmowa przebiegała bardzo życzliwie, ale gdy wspomniałem, że sprawuję liturgię tradycyjną, ów biskup nagle zmienił ton i wstając dał do zrozumienia, że rozmowa jest zakończona. Inny dość znamienny przykład z ostatniego okresu: Kilka lat temu mogłem uczestniczyć w pogrzebie osoby z rodziny w sąsiędztwie mojej rodzinnej parafii. Zostałem zaproszony do przewodniczenia koncelebrze. Po pogrzebie dowiedziałem się od rodziny, że tamtejszy proboszcz (kilka lat starszy ode mnie) wypytywał się dosłownie, „z jakiej sekty” jestem, bo użyłem – były to jedyne elementy tradycyjne – Kanonu Rzymskiego i miałem palce złączone po Konsekracji. A miało to miejsce w jednej z najbardziej tradycyjnych diecezji w Polsce.

Podsumowując mogę powiedzieć, że w latach 90-tych rozpowszechniona była pewna nieporadność odnośnie kogoś, kto sprawował czy chciał uczestniczyć w liturgii tradycyjnej. Najczęściej nie wiedziano, co z tym zrobić. Różne były reakcje, a właściwie różnego rodzaju posądzenia i uprzedzenia. Brakowało przede wszystkim wiedzy odnośnie statusu prawnego. To zostało dość jednoznacznie rozwiązane dopiero przez Motu proprio „Summorum Pontificum”. Jednak klarowność prawna widocznie nie wszędzie dotarła i nie wszędzie została należycie przyjęta.

Czy obserwuje Ksiądz zmianę w tej dziedzinie?

Na ile znam sytuację, wydaje mi się, że właśnie Polska jest krajem, w którym najwięcej się zmieniło w związku z wydaniem rzeczonego Motu proprio. Świadczy to znowu o tym, że katolicyzm w Polsce bardziej niż w innych krajach jest skłonny słuchać Stolicy Apostolskiej. W innych krajach doszło także do pewnej poprawy podczas pontyfikatu Benedykta XVI, jednak raczej nie na tak znaczącą skalę jak w Polsce. Będąc w 2006 r. przez kilka dni w Rzymie, odniosłem wrażenie, że niestety nawet tam pontyfikat ten był przez wielu traktowany jak chwilowy, niewiele znaczący epizod.

Jednakowoż w tym czasie sporo dotarło do świadomości zarówno wiernych, jak też duchownych, zwłaszcza młodych. Tego nie da się wymazać ani z umysłów, ani z historii. Liturgia tradycyjna odzyskała przynajmniej formalnie i częściowo swoją godność. Tym samym ktoś, kto się do niej przyznaje, nie musi być automatycznie jakby „trędowaty”, przynajmniej nie w takim stopniu jak przedtem. Jest po prostu większa normalność, którą powinien docenić każdy, kto myśli i czuje kategoriami Kościoła. Co będzie dalej, tylko Pan Bóg wie.

Czy spodziewał się Ksiądz tak znacznego wzrostu zainteresowania Tradycją w przeciągu kilkunastu lat?

Przyznam, że z początku nie zastanawiałem się nad tym w kategoriach liczebnego wzrostu. Wybrałem stosowanie liturgii tradycyjnej w ramach możliwych dla mnie, choć miało to dość poważne konsekwencje. Wówczas wyglądało na to, że idę wprost pod prąd. Równocześnie nie uważałem siebie za kogoś wyjątkowego i zamkniętego w swoich upodobaniach czy tradiświatku. W moim skromnym doświadczeniu duszpasterskim doszedłem do przekonania, że ludzie współcześni są dość otwarci na prawdę katolicką, w tym także liturgię tradycyjną. Problem polega właściwie na jej udostępnianiu i odpowiednim prezentowaniu. Zasadnicze przeszkody pochodzą najczęściej nie od zwykłych ludzi, lecz od tych, którym zależy na tym, żeby do zwykłych ludzi nie dotarła prawda katolicka. Sam zostałem wychowany w Novus Ordo, całe studia teologiczne wraz z doktoratem odbyłem w atmosferze dość dalekiej od Tradycji katolickiej. Po ludzku patrząc, nie miałem właściwie szans na zainteresowanie w tym kierunku. A jednak. Gdy w 1995 r. pewien przełożony zgromadzenia związanego z liturgią tradycyjną powiedział mi w rozmowie osobistej, że ta liturgia ma przyszłość, raczej nikt, czy jedynie mało kto oczekiwał aż takiej poprawy sytuacji oficjalnej, jaka nastąpiła dziesięć lat później. Szczytem moich marzeń była możliwość sprawowania tej liturgii z wolnym dostępem wiernych, bez rozgłosu czy jakiejś popularności. Prawdzie katolickiej nie trzeba reklamy. Wystarczy ją pokazać, nauczać. Ludzie pragnący i szukający prawdy na pewno pochwycą, choć pozostaje jeszcze oczywiście walka o świętość. Wbrew temu, co się wielu wydaje i wielu głosi, ani zdoności intelektualne, ani wiedza, ani nawet dobrobyt nie są przez się wrogami Kościoła i jego wiary. Tak mniemają moderniści, bo oni – nie uznając prawdy katolickiej – cierpią na wrodzony kompleks niższości wobec współczesności. Dlatego właśnie, usiłując być niby nowocześni, tak łatwo dogadują się z wrogami Kościoła, tworząc przy tym karykaturę katolicyzmu, a owoce tego są, jak wiadomo, pożałowania godne. Tylko prawda jest ciekawa, jak powiedział Józef Mackiewicz. Zadaniem Kościoła jest jej głoszenie. O zainteresowanie nie trzeba się troszczyć. Obojętność owszem boli, nawet niekiedy bardziej niż wrogość. To jest ostatecznie tajemnica serc ludzkich. W każdym razie ludzie XXI w. pod względem religijnym z całą pewnością nie są ani lepsi ani gorsi od poprzednich, czy nawet zamierzchłych pokoleń. Zamiast narzekać na współczesny świat, powinniśmy raczej stale robić rachunek sumienia, czy jesteśmy wierni tej prawdzie, którą Kościół otrzymał od Jezusa Chrystusa i stale nauczał. Można przyjąć, że papieżowi Franciszkowi właśnie o to chodzi. To jest zadanie także dla nas, którzy pragniemy być wierni Tradycji Kościoła.

Jaką obecnie pełni Ksiądz posługę w Kościele? Czy możliwe jest częste sprawowanie Mszy trydenckiej?

Mam obecnie – dzięki dobroci Bożej i wyrozumiałości przełożonych – możliwość wyłącznego codziennego sprawowania liturgii tradycyjnej. Wiąże się to z pewnymi ograniczeniami w innych dziedzinach. Mogę wyznać, że dopiero dzięki tej liturgii zrozumiałem, że kapłanem jest się dla sprawowania Najświętszej Ofiary. To jest najważniejsze, niezależnie od liczebności wiernych. Służę duchowo i sakramentalnie wiernym, którzy o to proszą. Ostatnio miałem szczególne wyzwanie i zarazem piękne zadanie przygotowania do Chrztu św. kilkunastu imigrantów perskich. Mam też kilkuletnią praktykę naukowo-dydaktyczną, zarówno w uniwersytecie, jak też w seminarium duchownym. W miarę moich skromnych możliwości staram się sprostać aktualnym zapotrzebowaniom.

Jak Ksiądz sądzi, czy w najbliższym czasie środowiska tradycyjne czeka regres, czy raczej będą się nadal rozwijać?

Oczywiście nie potrafię przewidzieć. Prawda katolicka jest i pozostanie zawsze aktualna i atrakcyjna. Jak wspomniałem, problemem jest jedynie jej dostępność. A ta zależy od wielu czynników, przede wszystkim od ludzi, tzn. również od nas samych. Nawet najdogodniejsze ramy prawne będą bezowocne, jeśli zabraknie ducha umiłowania Boga i bliźniego. Człowieka dobrej woli przyciągają właśnie prawda i miłość. A możemy je ukazywać także borykając się zarówno z przeszkodami zewnętrznymi, jak też z własną grzesznością i ograniczonością. Tak się Kościół zawsze rozwijał i wzrastał. Tak też będzie zapewne w przyszłości.

Bóg zapłać za rozmowę!

Rozmawiał Kajetan Rajski

Read more: http://www.pch24.pl/z-msza-trydencka-od-niemal-cwiercwiecza,21682,i.html#ixzz2wumuUEFT

piątek, 21 marca 2014

Biblia - nauka

czwartek, 20 marca 2014

Chrześcijańska katedra w Faras (Nubia) przed zniszczeniem przez muzłumanów

FARAS 3D to strona internetowa poświęcona jednemu z najwiekszych odkryć polskiej archeologii - średniowiecznej katedrze w Faras w Sudanie (w starożytności krainę tę nazywano Nubią). Strona internetowa uzupełni multimedialną ekspozycję, jaka będzie udostępniona od października w Muzeum Narodowym w Warszawie. Katedrę w Faras odkrył zespół prof. Kazimierza Michałowskiego. Polscy archeolodzy odpowiedzieli w latach 60. na apel UNESCO, pomogli ratować zabytkowe obiekty na terenie który został później zalany wodami sztucznego jeziora Nasera, po wybudowaniu w Asuanie tamy na Nilu. Na ścianach odkrytej przez Polaków katedry znajdowały się malowidła, ponad 60 trafiło do Warszawy, eksponowane są w Galerii Faras Muzeum Narodowego. Strona internetowa FARAS 3D przedstawia historię i okoliczności tego odkrycia, archiwalne zdjęcia z wykopalisk oraz transportu nubijskiego skarbu archeologicznego do Polski. - Na stronie znajdują się rekonstrukcje graficzne świątyni zestawione ze zdjęciami z badań, a także trójwymiarowe obrazy do oglądania których niezbędne są okulary anaglifowe - wyjaśnia Władysław Jurkow, inicjator przedsięwzięcia. Projekt dofinansowano ze środków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego w ramach programu wspierania działań muzealnych. faras3d.pl Strona projektu na Facebooku. pap, Nauka w Polsce, kk Przeczytaj więcej o: Faras 3D , katedra , Muzeum Narodowe , strona internetowa , Władysław Jurkow , wykopaliska http://www.rp.pl/artykul/1053418,1095092-FARAS-3D.html

środa, 19 marca 2014

Abp Fulton J. Sheen o św. Józefie

poniedziałek, 19 marca 2012 Święty Józef Czy był on stary czy młody? Większość znanych nam posągów i obrazów przedstawia św. Józefa jako starego człowieka z siwą brodą, człowieka, który wziął pod opiekę Maryję i Jej przyrzeczenie zachowując doń taki dystans, z jakim lekarz podnosi niemowlę w żłobku. Oczywiście nie mamy żadnego historycznego potwierdzenia wieku św. Józefa. Niektóre apokryficzne teksty przedstawiają go jako starego człowieka; Ojcowie Kościoła po czwartym wieku dość sztywno trzymali się tej legendy. Malarz Guido Reni również tak uczynił, gdy przedstawił św. Józefa jako starego człowieka z siwymi włosami. Lecz gdy próbujemy zgłębić powody, dla których chrześcijańska sztuka miałaby przedstawiać św. Józefa jako starca, odkrywamy, że jego wiek miał lepiej chronić dziewictwo Maryi. W jakiś sposób wkradło się założenie, że starość jest lepszym opiekunem dziewictwa niż młodość. I tak sztuka, nieświadomie, uczyniła Józefa małżonkiem czystym i nieskalanym na skutek wieku, a nie zaś cnoty. Tak samo można by zakładać, że najlepszym sposobem na pokazanie, że jakiś człowiek nigdy nie dopuściłby się kradzieży, byłoby przedstawienie go bez rąk; założenie to ignoruje poza tym fakt, że starzy mężczyźni także mogą mieć niedozwolone pragnienia, nie tylko młodzi. Zuzanna była kuszona w ogrodzie przez starych mężczyzn. Lecz, co więcej, przestawianie św. Józefa jako starca sprawia, że jawi się on nam jako mężczyzna, któremu nie zostało zbyt wiele sił witalnych, a nie jako taki, który panował nad nimi ze względu na Boga i Jego święte zamierzenia. Pokazywać Józefa czystym tylko dlatego, że jego ciało uległo zestarzeniu, to tak jak gdyby ktoś wychwalał strumień górski, który wysechł. Kościół nie wyświęci na księdza mężczyzny, któremu brakuje sił witalnych. Kościół pragnie mężczyzn, którzy mają coś, co muszą poskromić, nie chce zaś poskromionych, którzy nie mają w sobie energii, by być nieokiełznanymi. Nie inaczej jest z Bogiem. Poza tym, rozsądek każe wierzyć, że nasz Pan wolałby mieć za przybranego ojca kogoś, kto był zdolny do poniesienia ofiary, a nie kogoś, kto został do niej zmuszony. Dodatkowo mamy do czynienia z następującym faktem historycznym: Żydzi krzywo patrzeli na nieproporcjonalne małżeństwo między starymi i młodymi; Talmud dopuszcza takie małżeństwa tylko dla wdów i wdowców. Wreszcie, zdaje się niemożliwe, że Bóg związałby młodą matkę, prawdopodobnie szesnasto- lub siedemnastoletnią, ze starym mężczyzną. Skoro nie zawahał się powierzyć Swą Matkę młodemu człowiekowi, Janowi, u stóp Krzyża, dlaczego miałby Ją oddać staremu człowiekowi przy żłóbku? Miłość kobiety zawsze determinuje sposób, w jaki kocha mężczyzna: jest ona cichym wychowawcą jego męskich sił. Ponieważ Maryję można nazwać „szafarką dziewictwa”* młodych mężczyzn i kobiet i ponieważ jest Ona największą inspiracją dla czystości chrześcijańskiej, czyż logicznie rzecz biorąc nie powinna Ona była rozpocząć od inspirowania i udziewiczania pierwszego młodzieńca, którego prawdopodobnie kiedykolwiek spotkała – Józefa, Sprawiedliwego? Nie poprzez umniejszanie Jego zdolności do miłowania, lecz przez wywyższenie jej odniosła Ona Swe pierwsze zwycięstwo w Swym własnym Małżonku, człowieku, który był mężczyzną, a nie jedynie sędziwym stróżem! Józef był prawdopodobnie młodym mężczyzną, silnym, męskim, atletycznym, przystojnym, czystym i zdyscyplinowanym; ten typ mężczyzny widzimy czasem, jak pasie owce, pilotuje samolot lub pracuje przy desce jako cieśla. Miast być mężczyzną niezdolnym do miłowania, musiał on płonąć z miłości. Podobnie jak niewiele uznania mielibyśmy dla Matki Najświętszej, jeśli złożyłaby Swoje śluby dziewictwa jako pięćdziesięcioletnia stara panna, niewiele uznania mielibyśmy też dla człowieka, który stał się jej mężem, gdyż był w zaawansowanym wieku. Młode dziewczyny w tamtych czasach, podobnie jak Maryja, składały śluby, że będą kochać wyłącznie Boga, czynili tak również młodzieńcy, spośród których Józef był tak znakomitym, że nazwano go „sprawiedliwym”. Miast być wyschniętym owocem podanym na stole Króla, był on raczej kwiatem wypełnionym obietnicą i siłą. Nie był on w jesieni życia, lecz w jego wiośnie, tryskając energią, mocą i kontrolowaną pasją. Maryja i Józef wnieśli przy swoich zaślubinach nie tylko przysięgę czystości, lecz również dwa serca, w których tętniły strumienie miłości większej niż jakiekolwiek uczucie pulsujące w ludzkich piersiach. Żadni małżonkowie nie kochali się nigdy bardziej niż Józef i Maryja. Ich małżeństwo nie przypominało innych małżeństw, gdyż zrzekli się prawa do ciała; w normalnym małżeństwie jedność ciała jest symbolem jego dopełnienia, a ekstaza, która towarzyszy konsumpcji jest jedynie przedsmakiem radości, która spływa na duszę osiągającą jedność z Bogiem na skutek łaski. Jeśli istnieje przesyt i znużenie w małżeństwie, dzieje się tak dlatego, że brakuje mu tego, co miało ono ujawnić lub ponieważ w akcie tym zabrakło wewnętrznej Boskiej Tajemnicy. Jednakże w przypadku Maryi i Józefa nie było potrzeby symbolu jedności ciała, ponieważ ich udziałem była Boskość. Po cóż ścigać cień, skoro mieli oni istotę? Maryja i Józef nie potrzebowali cielesnego dopełnienia małżeństwa, ponieważ, jak pięknie ujął to Leon XIII: „Dopełnienie ich miłości było w Jezusie”. Po co zawracać sobie głowę migoczącymi świeczkami ciała, skoro ich miłością jest Światło Świata? Prawdziwie jest On Jezusem, Radością Serca (voluptas cordium). Jeśli On jest słodką radością serc, nikt nawet nie myśli o ciele. Tak jak mąż i żona stojąc nad kołyską nad nowo zrodzonym życiem zapominają na moment o sobie nawzajem, tak Maryja i Józef, mając Boga w swojej rodzinie, ledwie zdawali sobie sprawę z tego, że mają ciała. Miłość czyni męża i żonę jednym; w przypadku Maryi i Józefa to nie ich połączone miłości uczyniły ich jednym; uczynił to Jezus. Nie było na tym świecie większej miłości od tej i nigdy nie będzie. Nie poszli oni do Boga poprzez wzajemną miłość do siebie; najpierw poszli do Boga i otrzymali głęboką i czystą miłość do siebie nawzajem. *w oryginale “virginizer” Arcybiskup Fulton J. Sheen Źródło: “The World’s First Love”, 1952r., str. 91-96. http://abp-fulton-j-sheen.blogspot.com/2012/03/swiety-jozef.html

Cistercian chant - In Timore Dei

śpiew Cystersów na Jutrznię wychwalający Bojaźń Bożą i przestrzeganie Prawa Bożego.



piątek, 14 marca 2014

Introit z I niedzieli Wielkiego Postu



niedziela, 9 marca 2014


Prezentujemy nagranie introitu (w wykonaniu Jana Vianini'ego - organisty, kantora i kierownika Scholi Gregoriańskiej Mediolanensis) z pierwszej niedzieli Wielkiego Postu, którego słowa zaczerpnięte są z Ps 90, 15.16 i Ps 90, 1.



Invocabit me, et ego exaudiam eum : eripiam eum, et glorificabo eum, longi-tudine dierum adimplebo eum (Ps 90, 15.16). Qui habitat in adiutorio Altissimi, in protectione Dei caeli commorabitur (Ps 90, 1). "Wzywać mnie będzie, a Ja go wysłucham. Wyratuję go i wsławię, nasycę go długim żywotem. Kto się w opiekę oddał Najwyższemu, pod osłoną Boga niebios bezpiecznie przebywa". Introit ten stosowany jest w zwyczajnej formie rytu rzymskiego jako dowolna antyfona na wejście. Wówczas składa się na niego fragment Ps 91(90), 15-16: "Będzie mnie wzywał, a Ja go wysłucham, wyzwolę go i okryję sławą, obdarzę go długim życiem". Poniżej tekst introitu wraz z zapisem neumatycznym:
za: http://www.nowyruchliturgiczny.pl/

czwartek, 13 marca 2014

Niemcy: Chorwacki kapłan przystępuje do FSSPX

Opublikowano , autor: Jakub Pytel

ks. Marek Tilošanec
ks. Marek Tilošanec
15 listopada 2013 r. pochodzący z Chorwacji ks. Marek Tilošanec zgłosił przełożonemu niemieckiego dystryktu Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X chęć wstąpienia w szeregi tego instytutu.
Ks. Tilošanec urodził się w 1986 r. w leżącej przy granicy z Węgrami wsi Kotoriba; formację seminaryjną i studia odbył w seminarium duchownym w Zagrzebiu, a święcenia kapłańskie przyjął w czerwcu ub. roku z rąk bp. Józefa Mrzljaka – ordynariusza utworzonej w 1997 r. diecezji waraždinskiej (wśród najbliższej rodziny ks. Tilošaneca w każdym z czterech ostatnich pokoleń był katolicki kapłan); Mszę prymicyjną odprawił w nowym rycie, a następnie – mimo niechęci władz duchownych i piętrzonych trudności – podjął starania o możliwość odprawienia Mszy św. prymicyjnej w rycie trydenckim, co uczynił 30 sierpnia w niewielkim kościółku pw. św. Marcina w Zagrzebiu. Niedługo później bp Mrzljak oświadczył nowo wyświęconemu kapłanowi, że skoro celebruje w tzw. starym rycie, ma wątpliwości w kwestii Mszy novus ordo i sprzeciwia się udzielaniu Komunii św. na rękę, to powinien poszukać innej wspólnoty. Ks. Tilošanec postąpił zgodnie z tą sugestią i zgłosił się do ks. Firmina Udressy’ego, deklarując chęć przystąpienia do FSSPX.
6 lutego br. ks. Tilošanec odprawił Mszę św. w kaplicy należącego do Bractwa Św. Piusa X seminarium duchownego pw. Najświętszego Serca Jezusowego w Zaitzkofen w Bawarii; podczas kazania powiedział m.in.:
Drodzy Seminarzyści, Drodzy Bracia! Jest to, w pewnym sensie, moja trzecia prymicja. Pierwszą, po wielu dyskusjach z proboszczem, który nie był zbyt przychylny Tradycji, celebrowałem w nowym rycie; drugą odprawiłem zgodnie z postanowieniami motu proprio [Summorum Pontificum] i do ostatniej chwili nie byłem pewien, czy dojdzie do tej celebracji ze względu na nieprzychylną postawę biskupa, który też w żadnym razie nie jest przyjacielem Tradycji. I wreszcie teraz, po raz pierwszy, nie spotkałem się z jakimikolwiek trudnościami związanymi z taką celebracją (…) Ta Msza św. oznacza realizację mego pragnienia, aby całkowicie poświęcić się służbie naszemu Panu, czyniąc to w najdoskonalszy sposób, jaki On ustanowił i tak, jak chce tego Kościół – postępując w zgodzie z jego tradycją. Droga do tego nie była łatwa (…) Przyczyną jest kryzys, który panuje dziś w Kościele. To jest kryzys, który przenika wszystkie warstwy życia kościelnego. Obejmuje wiarę, teologię, liturgię, dyscyplinę, duchowość, życie moralne zarówno wiernych, jak i kapłanów. Żadna pojedyncza instytucja, żadna forma lub dziedzina działań Kościoła nie została oszczędzona, a zatem i seminaria (…) W nowoczesnych seminariach wszystko jest zorganizowane zupełnie inaczej niż powinno, niż zawsze było w prawdziwych katolickich seminariach (…) A w tym miejscu [w seminarium w Zaitzkofen] od pierwszej chwili poczułem, że mam do czynienia z zupełnie inną sytuacją (…) Tutaj znalazłem nauczanie Kościoła, jakiego  wcześniej musiałem ciągle szukać u Denzingera (chodzi o Enchiridion symbolorum, zbiór najważniejszych katolickich wyznań wiary oraz dokumentów Magisterium Kościoła dotyczących nauczania w sprawach wiary i moralności, skompletowany po raz pierwszy przez prof. Henryka Denzigera w 1854 r. – przyp. red.) i w dawnych zakurzonych podręcznikach; liturgię, której jedynym i absolutnym centrum jest Bóg, a człowiek jest tylko narzędziem Bożego działania; dyscyplinę i ład, które uzdalniają do okiełznania nieuporządkowanych przyzwyczajeń; miejsce, w którym każdy może czuć się dobrze w stroju duchownym; wreszcie duszpasterstwo, które bierze swój początek w życiu duchowym i które daje pierwszeństwo łasce Bożej. Znalazłem tutaj nie tylko wartości nadprzyrodzone, ale także naturalne – miłość braterską i prawdziwą społeczność, ale nade wszystko milczenie, poczucie wspólnoty, refleksję, możliwość przebywania w Bożej obecności, świętość życia (…). 
za: http://news.fsspx.pl/2014/03/niemcy-chorwacki-kaplan-przystepuje-do-fsspx/

środa, 5 marca 2014

Ważne przesłanie dla Polski - dr Michael Jones

Film na:
http://pelplin.oaza.pl/2014/02/dr-michael-jones-ostrzega-polakow/


Dr Michael Eugene Jones to katolicki pisarz, apologeta, profesor i były wykładowca Kolegium Najświętszej Marii Panny w Notre Dame w stanie Indiana. Uzyskał doktorat na Temple University w Filadelfi. Jest komentatorem mediów i obecnym (od 1981 roku) wydawcą i redaktorem naczelnym magazynu „Culture Wars” (dawniej „Fidelity Magazine”).
Profesor Jones to autorytet w sprawach rewolucji kulturowej na Zachodzie. W Polsce jest on znany nie tylko dzięki książce „Libido Dominandi”, ale także dzięki dr Gabriele Kuby, która powołuje się na niego w pierwszym rozdziale swojej książki „Globalna rewolucja seksualna”, poświęconemu historii rozwoju przewrotu obyczajowego na świecie. Autor dysponuje znacznym dorobkiem badawczym w dziedzinie historii, socjologii i politologii zjawisk towarzyszącym tym obcym kulturowo procesom.
Książka „Libido dominandi. Seks jako narzędzie społecznej kontroli” to przełomowe dzieło w kwestiach badań nad negatywnymi mechanizmami towarzyszącymi rewolucji seksualnej.
za; http://pelplin.oaza.pl/2014/02/dr-michael-jones-ostrzega-polakow/

Toplista Tradycji Katolickiej
Powered By Blogger