sobota, 10 marca 2018

Od katolicyzmu do komunizmu, czyli proces marksizacji nauczania Kościoła



 Tekst o protestantyzacji katolicyzmu czytaliście chętnie i wiele razy, a zgodnie z obietnicą jego rozwinięciem będzie artykuł na temat wpływów i przenikania ideologii marksistowskiej oraz komunizmu do Kościoła. Taka kolejność wynika z konsekwencji wdrażania protestantyzujących zmian, które umożliwiły dalszą modyfikację i destrukcję katolicyzmu od środka.
Tak jak poprzednio, opieram się o analizy ks. Michała Poradowskiego – teologa, socjologa, pedagoga i specjalisty w dziedzinie wszystkich trzech religii biblijnych. Korzystam z jego książki “Kościół od wewnątrz zagrożony”, którą można za kilka złotych zakupić na allegro i do czego bardzo zachęcam. Została wydana w 1983 roku, dlatego tekst ten dotyczy sytuacji na świecie z tamtego okresu, zanim prądy te pojawiły się szeroko w Polsce.
Jeśli nie czytałeś poprzedniego tekstu traktującego o protestantyzacji katolicyzmu, możesz to zrobić klikając poniżej w jego tytuł:
Protestantyzacja katolicyzmu – 5 przemilczanych procesów

Co mam na myśli mówiąc “marksizacja” katolicyzmu?

Oskarżenia o tworzenie teorii spiskowych ze strony postępowych katolików, gdy mowa o marksizacji wywodzą się prawdopodobnie z niezrozumienia, czym ta marksizacja właściwie jest. Powszechna wiedza o marksizmie jest tragicznie uboga, bowiem jednym Marks kojarzy się wyłącznie z komunizmem na wzór rosyjski, który rzekomo już nie istnieje, a innym wręcz przeciwnie – z wizją cudownego społeczeństwa pełnego dobrobytu dla wszystkich, która “nie została zrozumiana” przez komunistów XX wieku.
Jeśli chodzi o marksizację katolicyzmu, mam na myśli tę drugą, tragicznie nieprawdziwą i w konsekwencji niszczycielską wizję i próby wtłoczenia jej w umysły katolików. W marksizacji katolicyzmu chodzi właśnie o redefinicję pojęcia Królestwa Bożego w taki sposób, by oznaczało ono socjalistyczne społeczeństwo przyszłości nie związane z żadną religią, skupione wyłącznie na dobrobycie. Ma to być dobrobyt wyłącznie materialny, fizyczny. Marksizacja wymaga więc nauczenia ludzi, że Kościół to instytucja charytatywna, co w dobie powszechnego niemal ateizmu lub “indywidualnej duchowości” staje się bardzo łatwe.
Katolicyzm jako religię traktuje się coraz częściej jako zbędną “nadbudowę” dodaną w celach politycznych i finansowych przez kler do “bazy”, jaką według marksistów miało stanowić “prawdziwe” nauczanie Jezusa. Twierdzą oni bowiem – zgodnie ze swoim fundamentalnym założeniem o nieistnieniu świata duchowego – że Jezus był człowiekiem, którego celem było nauczenie ludzi służby innym. Nie przyszedł więc, by mu służono, ale właśnie by samemu służyć i tej postawy nauczać.
Z tej wizji będzie wynikała cała masa teorii wplatanych niestety w katolicką teologię, które rozsadzają Kościół od środka czyniąc z niego jedynie organizację charytatywną odartą z elementu nadprzyrodzonego. Co najgorsze, do całej tej manipulacji dobudowuje się elementy pewnego braterstwa i podobieństwa z marksistami, którzy sami siebie przedstawiają przecież jako obrońców biednych i uciśnionych – niemalże więc naśladowców Jezusa-altruisty.
Jedyną zaś drogą, jaka prowadzi do wdrożenia socjalizmu jest jednak rewolucja, toteż naturalną konsekwencją przyjęcia przez katolików takiego punktu widzenia ma być przyłączenie się do niej.

Co mam na myśli, gdy mówię w tym kontekście o “teologii”?

Trzeba nadmienić, że produkowane przez niektórych teologów teksty o wydźwięku marksistowskim wcale do teologii nie należą. Na tym jednak polega problem, bo ze względu na wykształcenie i teologiczną specjalizację ci ludzie mogą “przepchnąć” całą masę szkodliwych teorii sprzecznych z prawdziwym nauczaniem Kościoła. Przez wielu nie zostanie to odrzucone właśnie przez fałszywy autorytet.
To typowa dla marksizmu strategia kształcenia “po swojemu” osób darzonych później autorytetem (naukowców, polityków, ludzi mediów), którzy korzystając z posłuchu prowadzą następnie działania propagandowe. Jest od dekad znana i stosowana, a przede wszystkim diabelnie skuteczna. Jako przykład ciągle przytaczam tu takie osoby, jak pani “profesor” twierdząca, iż pary homoseksualne mają tyle dzieci, co heretoseksualne lub więcej. Ta osoba nadal jest profesorem i nadal jest słuchana przez nieświadome tłumy. W epoce wojny informacyjnej nie ma już znaczenia prawda, bo przekonania budowane są poprzez autorytety, którym wierzy się bez względu na treść.
Ks. Poradowski za przykład takiej pseudoteologii, a w istocie po prostu deklaracji ideowo-politycznych podaje dzieło “Teologia della rivoluzione” Giuseppe Vacariego z 1971 roku, które już samym tytułem pokazuje marksistowski charakter, a na dodatek zostało wydane przez komunistyczną firmę Feltrinelli. Istnieje też wiele prac opisujących “potrzebę” współdziałania komunistów i chrześcijan, jak np. “Theologie des Kommunismus?” szwajcarskiego komunisty Konrada Farnera, które w żaden logiczny sposób nie ma związku z teologią.
No dobrze, wiemy już, co mamy na myśli. Zobaczmy teraz, jakie procesy marksizacji i komunizacji katolicyzmu ks. Poradowski zauważał już w latach 80’, a które dziś osiągają nieporównywalnie większe “wyniki”.

Saduceizm czasów współczesnych

Ks. Poradowski, opisując ten problem zaczyna od przypomnienia nam, kim byli saduceusze chrześcijańscy. Nie wierzyli oni w zmartwychwstanie ciała, czego naturalną konsekwencją było pojmowanie religii jako środka do zapewnienia sobie powodzenia w życiu doczesnym. Nie był to ateizm, jednak niewiara w życie pozagrobowe powodowała traktowanie religii w sposób magiczny i utylitarystyczny. Pogląd ten, jakże by inaczej, istniał w chrześcijaństwie od czasów Lutra, a współcześnie odnawiają go marksiści i stopniowo wprowadzają do wewnątrz Kościoła.
Naturalną konsekwencją przyjęcia tego światopoglądu jest skupienie na doczesności, co stanowi kolejny krok w stronę całkowitego porzucenia duchowości. Religię będzie się uznawało za “dopalacz” w życiu doczesnym, a więc po prostu narzędzie.
Marksiści uważają, że człowiek wierzący w życie wieczne jako okres wiecznego szczęścia w obliczu Boga alienuje się, przestaje zwracać uwagę na życie doczesne i materialne. Zniszczenie idei wyrzeczenia się świata, tak silnej w duchowości katolickiej musi więc być jednym z kamieni milowych na drodze do marksizacji Kościoła.
Saduceizm chrześcijański ma więc konsekwencje bardzo zbliżone do idei zbawienia bez względu na uczynki, choć postępuje jeszcze dalej. Jest za to całkowicie sprzeczny z katolicyzmem.
Zainteresowani pseuoteologią saduceuszy chrześcijańskich mogą przyjrzeć się takim protestanckim teologom, jak:
  • Dietrich Bonhoeffer
  • Rosemary Radford Reuther
  • P. van Buren
  • J.A.T. Robinson
  • Harvey Cox
  • E. L. Mascall
Jeśli chodzi o teologów katolickich opisujących tego typu wypaczenia, są to:
  • jezuita Robert L. Richard
  • apostata (ex-dominikanin) Jordan Bishop McClave
Co ciekawe, “saducejskie” dzieła tych osób nadwyraz często zawierają w tytule słowo “sekularyzacja”, tak dosadnie opisujące procesy dotykające katolicyzm w dniu dzisiejszym.

Socjalistyczne (anty)Królestwo Boże na ziemi

Sprawa redefinicji Królestwa Bożego na ziemi pokazuje zadziwiającą zdolność marksistów do wykorzystywania niejasności. Kwestia ta jest bowiem opisywana przez tzw. eskatologię, czyli dział teologii zajmujący się właśnie sprawami tegoż ziemskiego Królestwa. Jest to jednak bardzo nieprecyzyjna, niejasna i pozostawiająca wiele pola do interpretacji dziedzina teologii, co oczywiście dało się sprawnie wykorzystać.
W tym punkcie uwidacznia się też bezpośredni wpływ protestantyzacji katolicyzmu po Soborze Watykańskim II na jego marksizację, która jest konsekwencją przenikania idei postluterańskich do KRK.
Pogląd o wspólnym celu marksizmu i chrześcijaństwa, jakim miało być ziemskie społeczeństwo przyszłości, zaczął rozwijać teolog protestancki, Karl Barth. Był on też działaczem związków zawodowych i członkiem socjalistycznych ugrupowań oraz komunistycznych ruchów zawiązanych po objęciu przez Hitlera władzy w Niemczech.
Zachwycał się rewolucją rosyjską i twierdził, że poprzez anarchistyczną krytykę wszelkich autorytetów można dojść do realizacji Królestwa Bożego. To właśnie od Bartha wywodzi się marksistowskie rozumienie Królestwa Bożego na ziemi. Uważał on, że chrześcijańskim obowiązkiem jest realizacja marksistowskiej wizji, a jako anarchista rozumiał społeczeństwo idealne jako bezpaństwowe.
Kontynuatorzy jego idei rozwijali tę wizję “Królestwa Bożego”, świeżo po Soborze Watykańskim II dodając do niej “teologię nadziei”. Ważną dla tego nurtu pracą była praca o takim właśnie tytule wydana przez Jurgena Moltmanna. Nadzieja, jako nadająca życiu ludzkiemu dynamikę i będąca motorem napędowym jego działań powinna wedle tej teorii być skierowana właśnie w stronę budowy szczęśliwego społeczeństwa przyszłości, zgodnego z ideologią marksistowską.
Ekumeniczne nastroje i wymuszona nowymi zasadami otwartość sprawiła, że tymi herezjami zatruło się wielu księży, tak że do dziś porusza się te tematy na wszystkich papieskich uniwersytetach. Tzw. teologię nadziei przyjmują też komuniści nawołując jednak, by zmieniła się ona w “teologię komunizmu”. Niektórzy z nich, jak wspomniany wcześniej Farner, uważają bowiem komunizm za jedyną nadzieję na przyszłość, bez której żadnego chrześcijaństwa być nie może.

Wiara bez religii

Zbieżność celów i poglądów protestantyzmu i marksizmu widać dość wyraźnie w idei wiary bez religii. Oczywiście, dla marksistów i komunistów wiara na równi z religią stanowi “opium dla ludu”, jednak mają oni świadomość, że z jednym i drugim na raz nie da się wygrać.
Wyniszczenie moralności spowodowane odrzuceniem nauczania katolickiego (moralności dyktowanej religią, a nie interesem) było widoczne w wiekach XVI-XVII w społeczeństwach wyznających doktryny luterańskie, a tym szlakiem podążają też marksiści w procesie rozsadzania katolicyzmu. Bo skoro Kościół naucza, że wiara jest najważniejsza, to spora część katolików da się oszukać stwierdzeniem, że jest ona wyłącznym warunkiem dobrego życia i zbawienia. Stąd bliska droga do praktycznego protestantyzmu, a od wiary bez religii – do marksizmu i “dobroludzizmu”.
Nurt ten jest już właściwie mainstreamowy, bo nawet prawica jest już przesiąknięta przekonaniem, że bez Kościoła można budować wspaniałe państwo zostawiając wiarę w domach i umysłach, byleby nie wychodziła poza nie. Z kolei lewica z oczywistych względów popiera ten proces rugowania religii z życia publicznego i popycha go o wiele dalej, do poziomu skrajnego i systematycznego wyniszczania tak prawem (np. wymuszanie nieużywania biżuterii z symboliką religijną w miejscach pracy) jak i słowem i “sztuką” w myśl niszczycielskiej Teorii Krytycznej.
Najlepszym przykładem tego, jak daleko zaszedł proces odcinania wiary od religii jest krytyka ze strony samej prawicy skierowana wobec takich ludzi jak Grzegorz Braun za klerykalizm i priorytetowy status Kościoła katolickiego w jego programie wyborczym, czy “pobudkowym”.
Najsmutniejsze w tym całym zamieszaniu jest to, że walka z samą religijnością idzie nieraz z samej hierarchii Kościoła. Coraz częstsza krytyka Różańca ze strony duchownych pod płaszczykiem “braku konieczności monotonnego powtarzania ciągle tego samego”, odchodzenie od kultu Matki Boskiej, wyśmiewanie egzorcyzmów, nazywanie Szatana “konceptem intelektualnym reprezentującym zło”, rugowanie wizualnych reprezentacji świętych z przestrzeni, przemiana Mszy w show i dyskotekę, zeświecczenie strojów księży, a to tylko te najbardziej widoczne. Nie wiemy, czy ci ludzie wiedzą, w jakim kierunku zmierzają. Konsekwencje czynów nie są jednak zależne od tego, czy się ich spodziewamy.

Chrześcijaństwo ateistyczne i marksistowskie

Ponieważ z katolicyzmem walczy cała armia ludzi o różnych poglądach, ich cele i metody będą się różniły, tak jak różnią się prądy marksizujące i protestantyzujące wewnątrz samego Kościoła. Chrześcijaństwo ateistyczne można by nazwać “ostatecznym rozwiązaniem” kwestii katolickiej, bo opiera się na wyrzuceniu z tej religii dosłownie wszystkiego poza naśladownictwem Jezusa z Nazaretu w sprawach służby innym.
Jak wspominałem, komuniści i marksiści z góry odrzucający możliwość istnienia świata duchowego, życia pozagrobowego, a więc i sensu jakiejkolwiek wiary, reinterpretują ideę Królestwa Bożego tak, by odpowiadała socjalistycznej wizji idealnego społeczeństwa. Pozorny bunt Jezusa wobec religijnych nakazów żydowskich rozumieją jako jego areligijność, wszelkie Jego słowa na temat wiary “przegapiają” lub uważają za dopisane później legendy, a ekstremalne wręcz miłosierdzie i altruizm traktują jako… misję wyswobodzenia świata z kapitalistycznego ucisku.
Tak, w pierwszym wieku naszej ery Jezus okazuje się być marksistą/komunistą. Nie on jeden jednak, bo fantazja tych ludzi nie omija nawet Mojżesza, który zgodnie z nową interpretacją był rewolucjonistą ratującym swój naród przed wyzyskiem ze strony Egipcjan.


Katolicy, którzy trafią na księdza-marksistę i usłyszą takie rewelacje mogą zostać sprowadzeni na drogę do katomarksizmu i zmienić się w wyznawców “dobroludzizmu”, zgodnie z którym wszystko co duchowe to jakaś szopka, bo przecież liczy się tylko dobro innych, a w życie pozagrobowe i tak już nikt nie wierzy.
Do czego nas to zaprowadzi?

za: http://sredniowieczny.pl/marksizacja-nauczania-kosciola/

Brak komentarzy: