środa, 12 września 2007

Apologia...

12 września 2007, N. Imienia Maryi.

APOLOGIA UCZNIÓW ARCYBISKUPA


Ostatnie decyzje Ojca Świętego, a szczególnie Jego Motu Proprio dotyczące Mszy świętego Piusa V, prowokują często dyskusje na temat Bractwa świętego Piusa X. Wiele się mówi o decyzjach przełożonych Bractwa, a i z ust samych „tradycjonalistów” nierzadko pada zarzut, że postawa Bractwa jest zbyt nieprzejednana. Dlaczego nie dążycie do praktycznej zgody, która otworzyłaby wam drzwi tak wielu kościołów, pytają zwolennicy „pokoju z Rzymem”. Aby tę postawę zrozumieć, trzeba się jednak cofnąć może nawet o kilkadziesiąt lat, trzeba stanąć z boku, a przede wszystkim, spojrzeć z poziomu nadprzyrodzonego, wyciągając nie tylko Sumę teologiczną świętego Tomasza, ale prosząc tego wielkiego świętego o światło na temat sensu i wielkości Kościoła, Prawdy oraz odpowiedzialności i misji każdego z katolickich biskupów.

SKĄD SIĘ WZIĘŁO BRACTWO

Każde Zgromadzenie ma swoje źródła, o które Kościół zawsze pyta, osądzając o jego przydatności i wielkości. Zawsze patrzy się uważnie na osobę założyciela, i zazwyczaj, a nawet zawsze, na potwierdzenie świętości Kościoła, Bóg posługuje się wielkimi świętymi, którzy zresztą powstanie Zakonu czy Zgromadzenia okupują zazwyczaj cierpieniem. Tak było ze świętym Dominikiem, Franciszkiem, tak było z reformą Karmelu, z założeniem Redemptorystów czy tysiąca innych pobożnych instytutów czy zgromadzeń, będących klejnotami w koronie Kościoła, lśniącymi głęboką pobożnością i świętością swoich członków. Istnieje też duch, duchowość, stanowiąca jasną ścieżkę, prowadzącą według Ewangelii, oraz cel, odróżniający jeden Zakon od drugiego.

Założycielem Bractwa jest, jak wiadomo, zmarły już Arcybiskup Marcel Lefebvre. Nie będziemy tutaj pisać o pięknych cnotach, jakie potwierdzają liczne świadectwa z całego świata, padające z ust nie tylko wiernych tzw. ruchu Tradycji. Przyjrzyjmy się samemu Zgromadzeniu i jego duchowości, zapytajmy, jaka ona jest i po co Kościołowi takie dzieło.

Arcybiskup przez wiele lat kształcił seminarzystów, już jako młody dość ksiądz, kiedy został najpierw profesorem w seminarium swojego Zakonu, a potem już jako Biskup, zakładając i wspomagając seminaria w Afryce. Często myślał, a i mówił, pisał o tym, że dobrzy księża są absolutnym warunkiem istnienia chrześcijaństwa, żarliwego chrześcijaństwa, i starał się, jak mógł, prowadzić i wzbudzać powołania. Widział bardzo dobrze konieczność całościowej, głębokiej kapłańskiej formacji, kształtującej tak umysł, jak i serce. Francuska szkoła duchowości była mu bliska, czerpał też pełnymi garściami z prostej i pięknej nauki Wielebnego Ojca Libermanna. Osią tej duchowości jest wiedza doktrynalna, tak istotna dla ukształtowania się katolickiego osądu i wrażliwości, miłość do Kościoła, do jego dogmatów, ale też życie wewnętrzne. To życie skupiało się przede wszystkim na liturgii, będącej „życiem samego Chrystusa”, na Mszy, to życie toczyło się przede wszystkim u stóp tabernakulum, przy Matce Bożej. Tą duchowością przesiąkał Arcybiskup, duchowością prostą, radosną i dogmatyczną, nieustannie rozważając dzieła Łaski, Tajemnice Trójcy i Chrystusa oraz Jego Matki, powracając do nauczania Kościoła i czerpiąc życie z Sakramentów. Duchowość ta, kontemplacyjna, ale zrównoważona, idąca do wiernych z wielką miłością, była, według Arcybiskupa Lefebvre, źródłem prawdziwego i owocnego kapłaństwa. Z wielką wdzięcznością, w swoich wspomnieniach, Arcybiskup pisał o profesorach z seminarium w Rzymie, dziękując im za zaszczepienie w nim miłości do Papieskiego nauczania, szczególnie do Encyklik, do zdrowej duchowości. Taki był jego ideał – ideał kapłaństwa, które czerpie ze źródła łask, które pochyla się nad nauką Kościoła.

WIEDZA BEZ DUCHOWOŚCI JEST BEZOWOCNA, DUCHOWOŚĆ BEZ WIEDZY – ŚLEPA

Taką też zasadę wpoili młodemu jeszcze seminarzyście Marcelemu Lefebvre jego duchowi mistrzowie. Szacunek do wszystkiego, co pochodzi od Kościoła, do Jego oficjalnej modlitwy, jaką jest liturgia, pogłębił się u Arcybiskupa właśnie w seminarium, gdzie długo był mistrzem ceremonii, przygotowując wszystkie liturgiczne uroczystości, opiekując się zakrystią i Sanktuarium.

TRADITIO

To wszystko, jak skarb, postanowił przekazywać dalej, widząc w tym po prostu konsekwencję sakr biskupich, obowiązek spoczywający na nim jako na księdzu i na katolickim Pasterzu. W Afryce kandydatom do kapłaństwa pragnął dać to, co otrzymał, co kochał: spuściznę Kościoła, Wiarę, Liturgię, Tradycję. Tradidi vobis ut et accepi, można powiedzieć. Podkreślał też jednak znaczenie cnoty nadprzyrodzonej Miłości, Caritas, którą zresztą był zafascynowany od pierwszych lat w stanie duchownym. Nie chciał, aby księża byli „suchymi dogmatykami”, nie na darmo zresztą hasłem jego episkopatu stały się słowa świętego Pawła: „Uwierzyliśmy Miłości”. Wiele razy powtarzał swoim wiernym, a potem kapłanom Bractwa, o potrzebie naśladowania Boga, który jest Miłością. „Jeśli nie będziemy Miłością, będziemy wynaturzeni” napisał w jednej ze swoich książek. „Ponieważ to Bóg nas stworzył na swoje podobieństwo, a Bóg jest Miłością”.

SOBÓR

Nadszedł Sobór i jego wypaczenia – Arcybiskup stał się w międzyczasie Przełożonym Zgromadzenia Ojców Ducha Świętego. Już wcześniej zaczęły się trudności, nowy, liberalny duch. Trudno było walczyć z tendencją misjonarzy, a nawet biskupów, do socjalizmu, do negowania społecznej nauki Kościoła. Po powrocie do Francji Arcybiskup ze zdumieniem zrozumiał, że sprawy mają się bardzo źle. Tendencje lewicowe przenikały myślenie francuskiego kleru. W seminariach fascynowano się zakazanymi niedawno teoriami. Na Soborze, wybierając pomiędzy odwiecznym nauczaniem, a nową, niejasną nauką, starszy już hierarcha powiedział jasno: nie mogę. Starał się, jak tylko mógł, podczas obrad Soboru, przeciwdziałać progresistom, ale skutek był niewielki. Kilka z soborowych dokumentów wyraźnie oddalało się od przejrzystej, katolickiej doktryny. Walka o liturgię również okazała się dramatem, biorąc pod uwagę, że definicja Mszy, jaką podano na samym początku, była po prostu protestancka.

Arcybiskup po Soborze postanowił przejść na zasłużoną emeryturę i pisać książki. Nie wiedział dla siebie miejsca w „nowym” Kościele i nie widział wcale zapowiadanych oznak wiosny. Zmiany napełniały go raczej smutkiem.

POCZĄTEK BRACTWA

Wówczas zgłosiło się do niego kilku seminarzystów, prosząc go o opiekę i kierownictwo, o pomoc w zostaniu prawdziwie katolickimi kapłanami. Po pewnym wahaniu Arcybiskup się zgodził, widząc swój obowiązek biskupa, obowiązek pracy dla Kościoła i przekazywania Wiary. Bractwo od samego początku miało być po prostu dziełem kapłańskim, szkołą kapłańskiej świętości w wierności odwiecznej nauce Kościoła i Jego świętej liturgii, oraz duchowości świętych. Założyciel nie zakładał niczego więcej, niczego nowego, ekscentrycznego, niezwykłego. W ciągu kilku lat liczba seminarzystów ciągle rosła, a seminarium żyło swoim życiem, życiem spokojnym, można powiedzieć, modlitwy, nauki, a czasami wypraw seminarzystów w góry, otaczających Ecône. Dzień do dzisiaj toczy się wokół porannej Mszy, wypełnia go nauka i modlitwa, wspólna i osobista. Nauka dogmatów, oparta na świętym Tomaszu, zakłada też obronę Wiary. Tego ostatniego moderniści nie mogli ścierpieć. Nie dość, że ten Biskup nie przyjął nowej liturgii, to jeszcze ich krytykował, jasno, wyraźnie i ze spokojem. Mówił, że nie umie słuchać ślepo Soboru, który nie zgadza się z poprzednim nauczaniem. I zaczęło się prześladowanie.

Powoływano się rzecz jasna na autorytet Soboru, na posłuszeństwo, które zresztą święty Tomasz nazwałby ślepym i nierozumnym. Przyjeżdżano z nowym mszałem, zapewniając starszego już hierarchę, że jeśli chociaż raz odprawi nową mszę, kłopoty znikną. Arcybiskup się modlił, zachowywał spokój i odpowiadał zawsze podobnie: nie mogę.· Musiałbym zaprzeczyć temu, w co wierzę. Aby przyjąć kontrowersyjne soborowe dokumenty, musiałbym zaprzeczyć katechizmowi, którego się nauczyłem jeszcze jako dziecko. Kto mnie zwolni z wyznawania Wiary jako chrześcijanina i z głoszenia jej jako biskupa? Nie umiał i nie chciał wpadać w sprzeczności. Dla niego nigdy nie istniał kompromis prawdy z błędem, nie istniała tak zwana wolność religijna. „Jak to się ma do pierwszego przykazania? Jakie prawa mogą mieć błędy? A co z Prawem Boga, odwiecznym Prawem do otrzymania Chwały od swoich stworzeń?” pytał. Na te argumenty zazwyczaj odpowiadano mu tylko: „Bądźcie posłuszni”...

„Co takiego robię?” pytał Arcybiskup. Odsłaniał prawdę o stanie Kościoła... zadając kłam optymistycznym teoriom progresistów.

DZIWNA WIOSNA

Problem sakr biskupich, do których doszło, zakładał właśnie stan konieczności, który rzecz jasna budził opór zwolennikom teorii „wiosny Kościoła”. Według nich, Kościół był właśnie w rozkwicie, miał mnóstwo katolickich biskupów, księży i seminarzystów i nie potrzebował wcale anachronicznego seminarium, które wciąż tkwiło w dawnej liturgii i cytowało chórem świętego Tomasza. Którego nie da się istotnie pogodzić z teorią ewolucji dogmatów, tak potrzebną hierarchom, bez obaw negującym podstawowe prawdy Wiary Katolickiej, chociażby dotyczące Nieba, Piekła, Czyśćca czy konieczności Chrztu. Nie mówiąc już o niezliczonych dziwactwach, wypowiadanych na temat Najświętszego Sakramentu, herezjach głoszonych o Matce Bożej, a nawet otwartych, zbiorowych buntach wobec Papieskiego nauczania dotyczącego chociażby aborcji czy święceń kobiet. Liturgiczne „innowacje” przeżywały właśnie swoje smutne apogeum, a ten starzejący się biskup chciał powrotu łaciny... Trudno jednak zaprzeczyć nie tylko statystykom, ale i temu, że dyscyplina czy duchowe życie w wielu seminariach przeżyło prawdziwy kryzys, bo centrum życia w wielu domach stał się niestety telewizor, a siostry zakonne masowo, we Francji, porzucały habity, nie po to, aby opuścić Zgromadzenia, ale po to, by ... chodzić do fryzjera. Wypowiedzi wiernych i sondaże, zwłaszcza w krajach zachodnich, wskazywały na coraz większą ignorancję wobec podstaw Wiary, albo wręcz świadome odrzucanie nauki Kościoła, Rzym zaś nabrał wody w usta, woląc publiczne przeprosiny, często nie za swoje zbrodnie, niż przyznanie do prawdziwego i strasznego w skutkach błędu, jakim były niektóre soborowe dokumenty i decyzje.

DUCHOWOŚĆ BRACTWA

Co się działo wówczas w Ecône i w kaplicach Bractwa? Przekazywano Katolicką Prawdę, a kapłanów karmiono kapłańską duchowością. Żyło się Sakramentami, pouczano o chrześcijańskich obowiązkach, o doskonałości, o Wierze. Niczego niezwykłego w kaplicach i seminariach by się nie znalazło – żadnych osobistych nauk, żadnych nowości czy „cudów”. Jedynym Cudem jest Najświętszy Sakrament i Msza, ołtarz, wokół którego skupia się wszystko, „Ofiara Pana Naszego, mistyczne odnowienie Kalwarii”. To jest centrum waszego życia, mawiał Arcybiskup. Sam chętnie spędzał czas przed tabernakulum. Pytany o duchowość Bractwa odpowiadał, jak zawsze, z rozbrajającą prostotą: duchowość Bractwa to duchowość Kościoła. Nie chcemy innej.

W SERCU KOŚCIOŁA – A DLACZEGO NIE Z RZYMEM?

Msza jest sercem Kościoła, mawiał założyciel Bractwa, nakłaniając zawsze seminarzystów i księży do szczerej i synowskiej modlitwy za Ojca Świętego. Dlaczego więc dzisiaj Bractwo nie chce skorzystać z ugody, nie zabiega o zniesienie sankcji, o zbliżenie do Rzymu? Bractwo nigdy nie uznało za słuszną ani ekskomuniki, ani innych kar. Uznawało zawsze, że nie można kogoś karać za szczere pragnienie ratowania Kościoła, za to, że Arcybiskup chciał stworzyć i uchronić od zniknięcia katolickie seminarium, przepełnione miłością do Kościoła, do dusz, uchronić od zniszczenia odwieczną Liturgię, której dzisiaj Jego Świątobliwość Benedykt XVI zwrócił należne jej prawa. Rzym musiałby przyznać, że Kościół przez zmiany i soborowe niejasności znalazł się na skraju przepaści, a w chwili sakr było to szczególnie jaskrawo widoczne. A na ten temat Rzym milczy, a czy duchowi synowie Arcybiskupa mogliby przyznać, że się pomylił, wiedząc dobrze, że jemu zawdzięczają swoje kapłaństwo i całą duchową drogę?

Ale to tylko jedna kwestia. Bractwo jest dziełem Kościoła, i tylko jemu służy, wychowując dobrych księży, którzy potem kierują wiernych na ewangeliczne ścieżki, ni mniej, ni więcej tylko tak, jak nauczali inni wielcy święci... Strzeże Prawdy, Sakramentów, Duchowości wszystkich czasów, nie tylko tej niedawnej, ale i wcześniejszej. Odważnie mówi o błędach. Również tych na samych szczytach hierarchii. Porzucenie tej misji byłoby minięciem się z powołaniem tego Zgromadzenia. O to przecież Arcybiskup walczył całe życie, o całą Wiarę, o odnowienie wszystkiego w Chrystusie, według słów świętego Papieża Piusa X. Bractwo pragnie właśnie dlatego dogmatycznej, teologicznej dyskusji, wiedząc, że przykład idzie przecież z góry, z Rzymu... wiedząc dobrze, że nie walczy tylko o małe, zaciszne miejsce choćby w katedrze, gdzie w błogim spokoju mogłoby celebrować Liturgię z największą nawet pompą, ale walczy o cały Kościół, o Jego duchowe dobro, jakim jest posłuszeństwo Bożej Prawdzie. Wszystko inne byłoby, wbrew pozorom, duchowym egoizmem i sprowadzaniem roli Bractwa do zapewnienia sobie spokojnej pozycji i nawet pewnego poważania...

Nigdy nie twierdził, że nowa msza zawsze jest nieważna, odżegnywał się od kategorycznych sądów, jakoby wszyscy poza „Tradycją” mieli trafić prosto do piekła, nie chciał mieć nic wspólnego z teoriami sedewakantystów. Tym niemniej chciał pozostać wiernym łasce swoich Sakr Biskupich, obowiązkowi zachowania i głoszenia Wiary, w porę, nie w porę, przestrzegania owieczek przed błędami. Zwłaszcza przed modernizmem, sączącym się w dusze, przed liberalizmem, przed protestancką mentalnością, którą przeniknięta została nowa teologia i praktyka liturgii i mszy. Ostrzegał przed tą nową, szeroką drogą łatwości, letniości, zgody ze światem, przyjemnościami i jego wszelkimi teoriami. Jednocześnie modlił się za Rzym, i starał nigdy niczego nie mówić od siebie, a zawsze opierać się na nauczaniu Magisterium, na dogmatach. Czy wolno nam chcieć być mądrzejszymi niż Rzym, chcieć go nawracać? Pytają niektórzy. Ponieważ Bóg jest Prawdą, a zadaniem Kościoła jest Jej przekazywanie, pytanie należy zadać inaczej: a czy Rzym potrzebuje nawrócenia?

Brak komentarzy: